Movies Room - Najlepszy portal filmowy w uniwersum

Zabójczo dobre seriale w BBC First

76. Berlinale: Everybody digs Bill Evans – recenzja filmu. Ciężkie brzmienia melancholijnego jazzu

Autor: Hanna Kroczek
25 lutego 2026
76. Berlinale: Everybody digs Bill Evans – recenzja filmu. Ciężkie brzmienia melancholijnego jazzu

Półmrok. Światło zatrzymuje się na krawędzi fortepianu. Odbija w lakierowanych klawiszach, rozlewa po twarzy jazzowego muzyka. W powietrzu wisi dym papierosowy, ciężki i lepki. Publiczność siedzi blisko. Każdy ruch palców jest widoczny. Każdy błąd byłby słyszalny.

Jazz w Everybody Digs Bill Evans nie przynosi ukojenia. On napina nerwy.

Grant Gee w swoim fabularnym debiucie nie opowiada historii o spełnionym marzeniu. To film o ciężarze sławy, o presji, która z każdym kolejnym sukcesem zaciska się mocniej. Geniusz nie jest tu darem a obowiązkiem. Ciągłym potwierdzaniem własnej wartości przed światem, który nigdy nie ma dość.

Narracja przeskakuje między latami 60. i 70., a czas nie układa się w prostą linię. Wcześniejsze fragmenty toną w czerni i bieli — surowe, klaustrofobiczne, pełne napięcia. Późniejsze wypełniają się ciepłymi barwami: pomarańczami, brązami, przygaszonym żółtym światłem lamp. Kolor nie oznacza ulgi. Raczej zmęczenie. Ciało, które zaczyna zdradzać szybciej niż talent.

Za tę wizualną opowieść odpowiada autor zdjęć Piers McGrail, który buduje emocje światłem i bliskością kadru. Kamera niemal dotyka dłoni na klawiszach, zatrzymuje się na napiętych szczękach, na spojrzeniach uciekających w bok między kolejnymi frazami muzycznymi. Z kolei montażysta Adam Biskupski prowadzi sceny koncertowe w rytmie improwizacji — rwane, nerwowe, pełne nagłych pauz i przyspieszeń. Obraz nie ilustruje muzyki. On z nią współoddycha.

Muzyka jest sercem filmu. Nie nostalgicznym wspomnieniem epoki, lecz nieustannym napięciem. Jazz jako ryzyko, wyścig, próba udowodnienia własnej wartości — dokładnie ten rodzaj emocji, o którym mówił Sebastian w La La Land. Tu nie ma komfortu. Każdy występ jest egzaminem.

Zobacz także: 76. Berlinale: Josephine – recenzja filmu. Dziecięca ciekawość pierwszym stopniem do piekła

W centrum tej historii stoi Bill — postać inspirowana legendą Bill Evans — grany z niezwykłą precyzją przez Anders Danielsen Lie. Aktor buduje bohatera bez efektownych gestów. Na scenie jest skupiony do granic możliwości, jakby świat poza fortepianem nie istniał. Po zejściu ze światła reflektorów — coraz bardziej wycofany, cichy, samotny. W jego spojrzeniu widać zmęczenie człowieka, który nie ma prawa zawieść. Rodzina z bolącym sercem obserwuje jego powolne osuwanie się w przepaść. Chcą pomóc, są przy bliskim. Jednak strata zaprzyjaźnionego muzyka pcha Billa w melancholijne zakątki umysłu.

Uzależnienie pojawia się tu bez sensacyjności. Jak naturalna konsekwencja życia w ciągłym napięciu. Jak próba uciszenia świata, który domaga się nieustannej doskonałości. Wszyscy diggują Billa. Publiczność, krytycy, środowisko. Mit artysty działa bez zarzutu. Tyle że mit nie musi odpoczywać. Człowiek — już tak.

Everybody Digs Bill Evans to film bardzo dobry — wizualnie hipnotyzujący, precyzyjnie zmontowany, muzycznie intensywny, aktorsko przejmujący. Ale przede wszystkim gorzki. Oklaski i pochwały nie są w stanie go osłodzić. W momencie rozpadania się wewnętrznego świata bohatera nic nie ukoi jego cierpienia. Geniusz stał się ciężarem nie do udźwignięcia. Jazz stał się melodią śmierci.

Chcesz nas wesprzeć i być na bieżąco? Obserwuj Movies Room w google news!

Hanna Kroczek

Dziennikarka

Studentka dziennikarstwa, miłośniczka szeroko pojętej popkultury. Fanka filmów Marvela, krwawych horrorów i Szekspira. Od niedawna zapalona widzka dokumentów. Członkini Zespołu Edukatorów Filmowych. W wolnej chwili czyta książki, robi zdjęcia i chodzi na koncerty.

Komentarze (0)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.