Pokemon Sword/Shield – recenzja gry. Nowa konsola, stare Poki!

Na pełnoprawną odsłonę Pokemonów na Switcha musieliśmy trochę poczekać. Na osłodę dostaliśmy Pokemon Let’s go, Pikachu/Eevee, lecz był to tylko eksperyment bazujący na pierwszej generacji kieszonkowych stworków. Tym razem jednak możemy przystąpić do łapania zupełnie nowych poków, pierwszy raz na flagowej konsoli od Nintendo.

Pokemony Sun i Moon miały swoją premierę jesienią 2016 roku i wyciskały resztki mocy obliczeniowej z podstarzałej już konsolki Nintendo 3DS. Wtedy też z łatwością można było wybaczyć twórcom wiele uproszczeń i niedogodności – po prostu na więcej nie pozwalał handheld, na którego powstała gra. Dlatego z wielką niecierpliwością liczni fani Pokemonów na świecie czekali na wydanie nowej odsłony na Switchu, którego parametry pozwalałyby na wyeliminowanie wcześniejszych wad i wprowadzenie Poków na zupełnie inny poziom. Tak właśnie miało być. Jednak jak wiadomo, rzadko kiedy w życiu wszystko jest takie, jak oczekujemy.

Zobacz również: Czy warto zagrać w Star Wars Jedi: Upadły zakon? Recenzja gry!

I niestety, tak to właśnie wygląda w przypadku Pokemon Sword/Shield, które miały być czymś zupełnie nowym, a okazały się praktycznie tym samym, w co mieliśmy okazję zagrać już trzy lata temu. Ale po kolei. Pokemon Sword/Shield wprowadza do świata poków już ósmą generację kieszonkowych stworków. W rezultacie dostajemy ponad 80 zupełnie nowych zwierzątek do odkrywania i łapania – choć jednocześnie twórcy obcięli starsze generacje o połowę przedstawicieli. Fabularnie wygląda to tak samo, jak w poprzednich odsłonach. Wcielamy się w wybraną przez siebie postać, dostajemy pierwszego pokemona i wyruszamy w świat, by złapać je wszystkie – tym jednak razem akcja przenosi się się do regionu Galar. Potem odwiedzamy liderów pokemon, których musimy pokonać, by ostatecznie zostać mistrzem regionu. Z nowości dostajemy misje do wykonania przed igrzyskami i te są całkiem fajne. Poza tym nic tu nowego i na nic nowego nie liczyłem.

Na powiew świeżości liczyłem natomiast w wielu innych aspektach gry. Pierwsza z brzegu kwestia to oprawa graficzna. Ta, mimo większych możliwości Switcha, prawie nie różni się od tej z 3DS-a – poza oczywiście podbiciem rozdzielczości do wyższej. Znajdzie się klika fajnie wyglądających miejscówek, jednak całość mogła prezentować się zdecydowanie lepiej, a jak pokazuje niedawny port Wiedźmina 3, konsolka daje ku temu możliwości. Twórcy nie wysilili się też, jeśli chodzi o mechanikę rozgrywki. Nadal więc biegamy od jednej kępki trawy do drugiej i walczymy z pokemonami, aby tylko podekspić naszych pupilów. Sama droga od Gyma do Gyma jest bardzo liniowa i łapanie różnych poków tego nie zmienia. Do tego dochodzi praktycznie zerowy poziom trudności, gdyż wystarczy godzina-dwie grindu i już jesteśmy silni niczym bogowie, a wrogowie nie stanowią żadnego wyzwania. Walki to również loteria – niektóre ataki potrafią wyglądać bardzo ładnie, a niektóre to bezczelne pójście twórców na łatwiznę.

Zobacz również: Blacksad: Under the Skin – recenzja. Świetna gra/zepsuta gra.

Pewnego urozmaicenia doświadczamy w formie Wild Arena, czyli dużej otwartej przestrzeni, gdzie napotykamy masę różnych poków, również tych całkiem silnych. W tym obszarze możemy wziąć udział w Max Raids, czyli raidach, gdzie walczymy z silnymi, gigantycznymi wersjami pokemonów. W walce może wziąć udział czterech graczy, którzy łączą się przez sieć lub po prostu gramy z botami. Na koniec pokonanego poka możemy złapać, co wygląda bardzo efektownie. Bitwy z wielkimi pokemonami są pewnym wyzwaniem, ale tylko na początku. Po krótkim grindzie praktycznie nie stanowią wyzwania. Gigantyczne formy to nowość, która związana jest z regionem Galar. Również my z czasem możemy powiększać nasze pokemony w walce. Za pomocą Dynamaxingu mogą urosnąć na trzy tury, a dzięki temu zyskują specjalne ataki. Szkoda jednak, że zmiany rozmiaru nie zawsze idą w parze ze zmianą wyglądu – ma to miejsce tylko w przypadku Gigantamaxingu dla wybranych poków.

Warto wspomnieć, że twórcy wprowadzili też pewną mechanikę, która choć trochę umila zabawę. Mowa tu oczywiście o zaczerpniętej z Pokemona Let’s go widoczności pokemonów w trawie. Niby to nic wielkiego, jednak pozwala nam na oszczędzenie nerwów, gdy nie chcemy wpaść dziesiąty raz na tego samego poka. Podoba mi się decyzja, iż po walce doświadczenie dostaje wszystkie sześć pokemonów, które mamy w drużynie. Zdecydowanie skraca to niepotrzebne grindowanie reszty ekipy. W Pokemon Sword/Shield widać kilka fajnych pomysłów, szkoda jednak, że wiele nowości tonie za kompletnie nieprzemyślaną konstrukcją świata. Bo po co nam rozkładany obóz, gdzie możemy ugotować jedzonko i uzdrowić tak poki, jak co krok naplotkujemy ludzi, którzy leczą je zupełnie za darmo? Zupełnie tak samo jest z balansem trudności, który szybko się sypie i nie zachęca do zbierania wszystkich pokemonów. I chyba w tym przypadku zrozumiała jest decyzja o obcięciu liczby poków o połowę.

Zobacz również: Need for Speed Heat – recenzja najlepszej odsłony wyścigówki EA od lat!

W pewnym sensie rozumiem twórców Pokemon Sword/Shield, którzy boją się drastycznych zmian. Poki to duża marka, która ma ogromną rzeszę fanów, a ci pewnie niechętnie widzieliby rewolucję w formule znanej od ponad 20 lat. Nie widzę tu jednak przyszłości, jeśli kolejne odsłony będą skupiać się tylko na wymyślaniu nowych stworków, a fabuła i rozgrywka będzie ciągle stała w miejscu. Potrzeba tu również kroku do przodu względem grafiki, animacji i udźwiękowienia, bo to, co zaprezentowano w Pokemon Sword/Shield, nie przystoi na 2019 rok – brak voice actingu, serio? Świetnie, że twórcy kombinują coś z urozmaiceniami, ale to wszystko musi być dobrze przemyślane, aby miało jakikolwiek sens, a tutaj wiele rzeczy nie ma. Jednak nie zrozummy się źle ؘ– łapanie poków to nadal wielka przyjemność i ponad 30 godzin zabawy zleciało mi momentalnie. Mimo wszystko liczyłem na pewien powiew świeżości, a tego tutaj nie dostałem.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor współprowadzący działu Gry

Zawodowy kanapowiec, którego siłą trzeba powstrzymywać przed obejrzeniem kolejnego odcinka serialu. Wieloletni fan kina azjatyckiego - żaden łamiący prawa fizyki chiński wojownik czy wytatuowany japoński gangster nie jest mu straszny. Podczas wypadu do kina ze znajomymi nie pogardzi również dobrym filmem superbohaterskim.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?