
Już na samym starcie komiks nie daje czytelnikowi prostych rozwiązań. Główny bohater Liam to nie typ o dobrym serduszku i dużym bicepsie. Chłop kradnie kobiecie paszport i dokumenty niezbędne do podróży statkiem poza kontynentalną Europę. Nie wiemy o nim zbyt wiele, a on sam zachowuje się tak, jakby nie chciał, by to się zmieniło. Pozostałe postaci nie są lepsze. Mamy profesora Zyzeka, jego asystentkę i ochroniarza. Sam Zyzek to również niestandardowy typ. Jajogłowy ma w swej głowie tajemniczy projekt, ale okoliczności są na tyle niepokojące, że nie oczekiwałbym arkadyjskiej wizji odnowy świata. Caryl Ferey nie próbuje sprzedać nam popkulturowych klisz również na płaszczyźnie obrazu swego świata.
Istotne jest tu tło polityczne i społeczne. Dziś Islandia to kraj, od którego inne państwa mogłyby się uczyć zarządzania w niełatwych warunkach. W wizji Fereya to wyspa, która ma dość kolejnych fal uchodźców. Mamy secesjonistów na północy i rząd w stolicy, pragnący utrzymać wszystko zgodnie z regułami mijającej cywilizacji. Administracyjne reguły mają się nijak do rzeczywistości, czego przykładem są obozy dla imigrantów, żywo przypominające sowieckie łagry czy niemieckie obozy koncentracyjne. Oczywiście jeszcze bez rozpędzonej maszynki do mielenia żywotów.

Jeśli jednak miałbym szukać analogii do innych dzieł gatunku, byłaby do Droga Cormaca McCarthy'ego. Rak zżerający świat może nie jest w tak zaawansowanym stadium jak w dziele amerykańskiego pisarza, ale Ferey posługuje się podobnymi narzędziami narracji. Z każdej strony wieje mrokiem i mrozem, a bohaterowie opowieści nie są najlepszymi przedstawicielami swego gatunku. Islander tom 1: Wygnanie to ledwie początek historii, ale Ferey mówi wystarczająco wiele, bym nie spodziewał się nadejścia kawalerii czy cudownych rozwiązań reanimujących dawny porządek. Scenarzystę solidnie wspomaga rysownik, też niepróbujący ocieplać nastrojów.
Corentin Rouge powinien udzielać korepetycji z tego, jak powinno się rysować świat w kryzysie. Islander to historia mająca w sobie najwięcej z postapo, ale znajdziecie tu wątki katastroficzne i political fiction. Ludzie nie chodzą w pancerzach i nie tworzą barbarzyńskich klanów, będąc jedynie wynędzniałymi dziećmi upadającej cywilizacji. Są wspomniane obozy dla uchodźców, którym daleko do humanitarnych ośrodków. Zewsząd wyczuwalna jest atmosfera niepokoju i chłód ukazany w dwojaki sposób. Ten dosłowny, wyciągający ciepło i nadzieję z ciała, ale też metafizyczny, mówiący cichym głosem, że świat, jaki bohaterowie znali, minął. Niemałą rolę odgrywa tu sama Islandia. Kraina malownicza w swej surowości, ale nie w czasach końca, gdzie stabilny ustrój sypie się jak domek z kart.

Islander tom 1: Wygnanie to komiks dystopijny, z niepokojącą realistyczną nutą. Aż pozwolę sobie na parafrazę dwóch wielkich poetów, Herberta i Eliota. Innego końca świata nie będzie, a nadejdzie on nie z hukiem, lecz skowytem. Tak jak w dziele Fereya i Rouge'a. Choć bądźmy pozytywnej myśli. Islander to świeżynka na rynku komiksowym i dobrze się stało, że NSC wydało nam go niedługo po jego oryginalnej premierze. Wypatrujmy więc kolejnych tomów, bo to opowieść o postapokaliptycznej duszy, która nie mami nas okrucieństwem i przerysowaniem, a przestrzega realizmem i dojmującą, ciężką od beznadziei atmosferą.

Tytuł oryginalny: Islander 1: L'éxil
Scenariusz: Caryl Ferey
Rysunki: Corentin Rouge
Tłumaczenie: Jakub Syty
Wydawca: Non Stop Comics 2026
Liczba stron: 160
Ocena: 85/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.