
Moon Knight i wampiry. Jako obrońca niewinnych duszyczek krążących nocami po mieście, sieje wśród krwiopijców postrach na tyle duży, że wzbudza zainteresowanie możnych ich świata. W Moon Knight tom 2 naraża się niejakiemu Mentorowi (nie mylić z tatką Thanosa...), a to ledwie część jego przygód w tym tomie. Gościnnie pojawiają się Blade i Venom, z którymi team-upy wychodzą ciekawiej niż w przypadku par bardziej poprawnych trykociarzy.
Ellis czy Bendis ukazywali Moon Knighta jako jednostkę ekscentryczną i niepokojąco szaloną. Swego rodzaju desperata w bieli. MacKay dojrzalej podchodzi do kwestii jego życia osobistego, idąc tu trochę tropem Lemire'a. Ot Spector wykłóca się z Lockeyem i Grantem o kondycję wspólnego ciała, ma trudną relację z byłą partnerką i matką swego dziecka, że nie wspomnę o kontaktach z obecnymi i dawnymi współpracownikami. Zwłaszcza jedną z nich, która od lat zasługiwała na nieco więcej czasu kadrowego.

Tigra przez lata funkcjonowała w drugiej lidze herosów Marvela. Była na tyle ważna, by nie dać o sobie zapomnieć, ale nie aż tak, by stać w szeregu obok Carol Danvers czy Spider-Woman. Tu ma swoje pięć minut, gdzie pokazuje pazur, ale i tą łagodniejszą, matczyną twarz. Greer ma bowiem syna, o którego genezie nie wypada spoilerować. Chłopak jest uroczym i sympatycznym młokosem i oby kiedyś o nim nie zapomniano. Gdzieś w cieniu przemyka Spector, będący kimś w rodzaju dziwnie fajnego wujka i mam nadzieję, że MacKay zadba o stosowne rozwinięcie tej relacji.
Na szczególną pochwałę zasługuje Rachele Rosenberg. Artystka ta odpowiada za kolory i choć nie ma tu feerii barw, to sposób, w jaki podkreślona jest biel, budzi szacunek. Cappucio i Sabbatini z kolei dbają o to, by działania Pięści Khonshu faktycznie miały nocny charakter. I nie chodzi tu wyłącznie o porę jego urzędowania. Walki są surowe, szybkie niczym bijatyki w ciemnym zaułku i nawet te bardziej spektakularne akcje są ciche, precyzyjne i zabójcze niczym polowanie sowy. Dobrze mają się też elementy grozy, bo nierzadko biel stroju herosa pokrywa szkarłat. Moon Knight ma szczęście do rysowników.

Moon Knight tom 2 Jeda MacKaya ma w sobie sporo mroku i psychologii, ale to nadal superbohaterska akcja, choć nie dla bojaźliwych dusz. Moon Knight za nic ma wielką odpowiedzialność wuja Bena, chwiejąc się na granicy życia i śmierci. Swojej lub swoich bliskich. MacKay umie jednak uczłowieczyć tego szaleńca i strona obyczajowa ma się tu dobrze. To album łączący dynamikę superbohaterską z mroczniejsza tematyką Trzeci tom został już zapowiedziany, choć i klasyka z pracami Billa Sienkiewicza kiedyś mogłaby ujrzeć światło dzienne... Lub chociaż księżycowe.

Tytuł oryginalny: Moon Knight Vol.3: Halfway to Sanity, Moon Knight Vol.4: Road to Ruins
Scenariusz: Jed MacKay
Rysunki: Alessandro Cappuccio, Federico Sabbatini
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Wydawca: Egmont 2026
Liczba stron: 300
Ocena: 80/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.