
Jay Kristoff ukazuje losy najemnego wojownika Deathstroke'a, który w trakcie jednego ze zleceń trafia na niezwykłego dzieciaka. Od tej pory jego losy się komplikują, a on sam przechodzi pewną przemianę, co prowadzi oboje ku wielkiemu przeznaczeniu. Wielki chłód nie jest czymś naturalnym, a ma konkretnego sprawcę. W walce z globalnym ociepleniem może liczyć na wsparcie bliskich, lecz pierw nie obywa się bez familijnej szamotaniny.
Wszechzimę można wręcz nazwać laurką dla Slade'a Wilsona. Jay Kristoff kieruje losem najemnika w bardziej złożony sposób niż w przypadku niektórych bohaterów DC z poprzedniego tomu, nie ujmując w niczym temu klasycznemu antybohaterowi. Terminator zyskuje wręcz na utracie swego super-wizerunku na rzecz asgardzkiego sznytu. Do tego jego relacje są zdrowsze niż zazwyczaj, nawet jeśli początkowo bywają dość szorstkie dla wzmocnienia elementów akcji. Na plus zaliczyć można również interpretacje pozostałych bohaterów, wśród których najlepiej wypadł Wintergreen, będący odpowiedzią na pytanie „co by było, gdyby Tony Stark był Alfredem?”. Gotham też ma swoją reprezentację, subtelnie wplecioną we wszechzimowe realia.

Wprawdzie to Kristoff jest tu głównym autorem, ale dostajemy też krótką opowieść pióra Toma Taylora. Geneza Aquamana w standardowym świecie DC jest prosta i bezpieczna w porównaniu z początkami Supermana czy Batmana. Taylor w pomysłowy sposób gra atlantydzkimi motywami, rozszerzając przy tym swój świat. Za rysunki odpowiada tu niezawodny Ricardo Federici, doskonale balansujący średniowieczny pejzaż z majestatem podwodnych królestw. Album dominuje jednak inny rysownik.
Tirso bez trudu poradziłby sobie z nordyckimi mitami, a to, jak wizualnie przetwarza wizerunek Deathstroke'a, godne jest miodu pitnego od samego Odyna. Mniej barw, więcej mroźnej surowości. A jak już mowa o kolorach. Dominuje biel, czerń i szarzyzna. To celowy zabieg wynikający z fabuły, albowiem wraz z zimą nastała, ujmijmy to, monochromatyczność barw. I tu właśnie kluczowym elementem jest małoletnia osóbka pod opieką Slade'a. Tirso momentami jest na tyle autentyczny w kreowaniu północnego chłodu, że ktoś kompletnie nieznający świata DC mógłby wziąć album za samodzielne dzieło fantasy inspirowane nordyckimi mitami. A to już o czymś świadczy.

Mroczni Rycerze ze stali: Wszechzima to sequel na tyle samodzielny, by nie być przyczepką pierwszego tomu. Osadzony w tych samych klimatach fantasy wiarygodnie stanowi integralną część tego uniwersum. Wiele robią rysunki, przenikające szarym mrozem każdy kadr i wynoszące całość poza superbohaterską bańkę. Kristoff nie bał się przełamać pewnych dogmatów z głównego uniwersum i momentami wyszło mu to nawet lepiej niż Taylorowi. Komiks świetny jako niezobowiązujący elseworld DC Comics, ale też historia w klimatach nordyckich sag, a dodatek w postaci historii atlantydzkiej pozwala śmiało założyć, że to jeszcze nie koniec.

Tytuł oryginalny: Dark Knights of Steel: Allwinter
Scenariusz: Jay Kristoff, Tom Taylor
Rysunki: Tirso, Ricardo Federici
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Wydawca: Egmont 2026
Liczba stron: 224
Ocena: 75/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.