Advertisement
banner

Czarnobyl – recenzja pięcioodcinkowej perełki HBO

Chyba nie będzie żadnego bardziej wymownego wydarzenia dla HBO w tym roku jak zestawienie premier ostatniego sezonu Gry o tron i Czarnobyla. W trakcie, gdy najbardziej oczekiwany przez fanów produkt stacji, zawodził, gdzieś tam na boku pojawiła się perełka, która ten zawód szybko uciszyła. Teraz, bardziej na chłodno, wszyscy już o ósmym sezonie historii z Westeros zapomnieli, bo wszyscy oglądają już Czarnobyl i wszyscy mówią już o Czarnobylu. W tym jednak przypadku jak najbardziej słusznie.

Przed premierą dużego echa ten serial za sobą nie niósł, jednak sam osobiście mocno na niego czekałem. W najnowszej bardzo bogatej przecież historii wschodu Europy trudno jest bowiem znaleźć równie tragiczną, ale jednak przy okazji równie intrygującą kartę. Wątek katastrofy jądrowej w elektrowni imienia towarzysza Lenina jest frapujący na tak wielu płaszczyznach, że zadanie leżące przed twórcami tego miniserialu było nad wyraz trudne. Zdali je jednak na piątkę, w dodatku taką z dużym plusem.

To, co najbardziej imponuje mi w Czarnobylu, to mistrzowskie zarządzanie czasem ekranowym. Nie jestem zwolennikiem tak krótkich seriali, bo bardzo często chcą one powiedzieć za dużo, dlatego koniec końców niektóre rzeczy muszą porzucić, a inne rozwiązać na szybko (podobno tak jak w finale Gry o tron, jakbym oglądał, to bym potwierdził). Tutaj jednak pięć mniej więcej godzinnych epizodów robi wszystko w porządku, rozkładając akcenty kilku płaszczyzn podejścia do katastrofy znakomicie. Pisząc swego czasu wrażenia na temat pierwszego odcinka wspomniałem, że nie ma tu bohaterów wybijających się na pierwszy plan, jednak serial szybko to zmienił i zrobił na wielki plus. Nie zapodziało się jednak przy okazji napięcie w mrocznych zakamarkach reaktora, czy cierpienie poszczególnych ofiar katastrofy. Mały  zarzut można uczynić z wysunięciem aż tak mocno na pierwszy plan wątku zwierzęcego w przedostatnim odcinku, jednak poza tym jest wręcz wzorowo. W dodatku nie tylko w tej materii.

Serial może też stanowić tutorial dla młodych adeptów rzemiosła w kwestii tego, jak bardzo niepotrzebne jest podbijanie stawki sztucznym patosem. Przecież jest tu tyle scen, które można byłoby w ten sposób położyć, że gdyby to zrobiono, zapewne szybko rozbolałaby nas głowa. Czarnobyl jednak nie kładzie żadnej, a wręcz podbija stawkę swoją powściągliwością. Scena wybierania trzech ochotników, którzy przekręcą zawory pod reaktorem, to modelowy przykład tego o czym mówię. Tu niechciane skutki mogą być tak olbrzymie, że po prostu trzeba poświęcać ludzi w imię wyższego dobra. I działa to rewelacyjnie bez chórów i przemów. Bo jak to mówi bohater Stellana Skaarsgarda, trzeba po prostu.

Jak już jesteśmy przy Skaarsgardzie, to pogadajmy od razu o tym, jak dobrze jest ten serial zagrany i obsadzony. Para głównych bohaterów, Shcherbina I Legasov, tworzy fantastyczny i znakomicie docierający się na przestrzeni kolejnych epizodów duet, a Ci, którzy  im wtórują, dają sobie radę równie znakomicie. Bez znaczenia czy pod toną charakteryzacji, czy bardziej naturalnie, wszystkim aktorom należy tutaj bić brawo. Nie chcąc nawet specjalnie nikogo wyróżniać.

Piękne w tej opowieści jest również to, jak dobrze została opracowana realizacyjnie. Zdjęcia i muzyka dostosowują się do wielo i róznowątkowości scenariusza a takie kwestie jak montaż, charakteryzacja czy scenografia to kolejne perełki w koronie. A korona jest bardzo duża, bo przecież Czarnobyl to teraz lider rankingu seriali dwóch największych filmowych baz w światowym w internecie. Czy na wyrost? Oczywiście, ale coś jest z nim jednak na rzeczy. W dodatku, jeśli ma z tej pozycji detronizować Grę o tron, to zapraszam serdecznie.

Bardzo chciałem w rubryce oceny pojechać tu blisko maksymalnej, ale troszkę jednak zabrakło. Pierwsze trzy odcinki miałem pewność dania wyższej oceny, po czwartym ze względu na wspomniany wcześniej zbyt wyraźny akcent psi trochę mi przeszło, jednak w dalszym ciągu jestem pod wielkim wrażeniem tego, co zobaczyłem. Czarnobyl nie jest może jakimś artystycznym arcydziełem, jednak w kwestii realizacyjnego rzemiosła to robota nie tyle solidna, ile znakomita, praktycznie w każdej materii. Resztę robią już okoliczności i zdarzenie, o którym serial ten opowiada. A razem w tym kotle gotuje się jeden z najlepszych seriali roku. Chociaż już niedługo pod okiem stacji matki wyrośnie mu godna konkurencja. Zapewniam bowiem, że dziewczyny z Monterey, przynajmniej na początku, trzymają poziom. Jest więc w najbliższym czasie na HBO co oglądać. No chyba że anulowaliście subskrypcję po finale Gry o tron…

Redaktor

Z zawodu publicysta. W redakcji Movies Room recenzuje filmy już od 2015 roku. Uwielbia produkcje Pixara, "Wesele" Smarzowskiego i Breaking Bad.

Kontakt pod [email protected]

Twitter: xkolek1

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?