Advertisement
banner

Gra o tron – recenzja 8. sezonu, być może największego rozczarowania w historii telewizji

Chyba nie było jeszcze takiego serialu, na który tyle osób – niezależnie od preferencji co do gatunku czy rodzaju medium – czeka z zapartym tchem, w międzyczasie dzieląc się swoimi spostrzeżeniami tudzież teoriami na temat tego, co wydarzy się potem. Wyczekiwany wielki finał tej sagi pobił w zasadzie wszelkie możliwe rekordy oglądalności i może minąć naprawdę wiele czasu, nim pojawi się produkcja, która ten wynik przebije. Z drugiej strony, ze świecą szukać pozycji, która stanowi tak wielki zawód i scenopisarską porażkę w jednym. Od ostatniego epizodu minęło już kilka dni, zatem może nie na chłodno, ale już po pierwszych emocjach rzućmy okiem na końcowy szlif serialowej interpretacji Pieśni Lodu i Ognia.

8. sezon zaczyna się od przybycia połączonych sił Daenerys Targaryen i Jona Snowa do Winterfell, by tam postawić się wyglądającym na niezwyciężone siłom Nocnego Króla. W międzyczasie Cersei, która – jak wiemy z końcówki ubiegłego sezonu – nie ma zamiaru wspierać swoich potencjalnych wrogów, zbiera siły i czeka na dalszy rozwój wydarzeń. Napięcie rośnie i wszyscy wiedzą, że już wkrótce dojdzie do wydarzeń, które zadecydują o kształcie Westeros na bardzo długi czas – lub też na wieczność, jeżeli liczyć możliwość triumfu Białych Wędrowców.

Zobacz również: Gra o tron – finał serialu wyśrubował nowy rekord oglądalności. Widzowie powszechnie rozczarowani

Zacznijmy może od zalet sezonu, bo z tym z pewnością pójdzie sporo szybciej. Przede wszystkim nie można zignorować tego, że chyba każdy epizod aż lśni od przepychu na miarę filmowych blockbusterów. Piękne ujęcia, malownicze starcia, oszałamiające efekty specjalne (szczególnie widać to przy scenach ze smokami) i poruszająca ścieżka dźwiękowa z najlepszymi motywami Ramina Djawadiego od lat. Trudno także narzekać na lwią część obsady. Bo choć taki Kit Harington dobitnie pokazał, że w dramatycznym momencie nie potrafi wiele więcej od robienia smętnych min, to już Peter Dinklage, Nikolaj Coster-Waldau czy Rory McCann  niezależnie od powierzonych im zadań radzą sobie co najmniej dobrze. Tak czy inaczej, powyższe aspekty produkcji bardzo mocno podwyższają ostateczną ocenę i aż żal, że nie są częścią lepiej napisanej produkcji, bo to po prostu absolutna pierwsza liga. Od biedy wypada również pochwalić drugi odcinek, któremu co prawda daleko do najlepszych odcinków Gry o tron w historii, jednak bogaty jest w kilka miłych akcentów sprawiających, że wieloletni fani mogą nieco powspominać. Największą jego zaletą jest to, że w żaden sposób nie ciągnie fabuły do przodu. Że co, to nie jest zaleta? Cóż, świeżo po obejrzeniu tamtego odcinka też tak sądziłem, ale z wielu powodów z czasem zacząłem traktować tę kwestię jako wyjątek od reguły.

Finał jakiejś serii zazwyczaj polega na gruntownym podsumowaniu i domknięciu najważniejszych wątków oraz oczywiście ostatecznym rozliczeniu kluczowych punktów narracji. Tak w mocnym uproszczeniu można scharakteryzować pewne uniwersalne prawidła rządzące nie tylko w produkcjach telewizyjnych, ale i praktycznie każdych wielowątkowych historiach – nie rozróżniając już rodzaju mediów. A rozbuchana, pełna różnorakich tropów, niedomówień czy przepowiedni fabuła Gry o tron potrafi przyprawić niejednego fana o ból głowy (mimo że naturalnie w stosunku do literackiego pierwowzoru została i tak mocno skrócona). Dlatego też skrócenie 8. sezonu do zaledwie sześciu epizodów miało prawo dziwić. Teraz zaś – gdy widzimy już pełny obraz finału finałów, jak to niektórzy nazywają – zdziwienie zamienia się w szok i niedowierzanie. Nie chcę rozrzucać na czynniki pierwsze tych wszystkich ordynarnych skrótów fabularnych czy gigantycznych przeskoków w czasie – bo to nie miejsce na to, a i w Internecie roi się od naprawdę celnych analiz tychże mankamentów – ale nie mogę zignorować całego tego twórczego bałaganu. Nierzadko ma się wrażenie, że na ekranie lecą usunięte sceny z właściwej wersji produkcji, a końcówka to już w ogóle przypomina nie pełnoprawny odcinek, a mylnie wstawione streszczenie. Nie ma wątpliwości, że odpowiednie zakończenie Sagi Lodu i Ognia wymaga co najmniej 1-2 sezonów więcej. Zresztą najlepszą na to odpowiedzią jest pewna wypowiedź samego George’a R.R. Martina:

Po dwóch pierwszych, o dziwo dość leniwie i nostalgicznie poprowadzonych epizodach – a to już 1/3 całości – reszta sezonu to wielka rwana gonitwa mająca na celu  odwalenie na skróty tego, co jeszcze zostało. Właściwie ci, którzy nie oglądali serialu od początku tudzież gdzieś po drodze odpuścili środkowe sezony, absolutnie nie muszą zbyt wiele nadganiać. Treść została tak skrojona, żeby upchnąć to, czego wyrzucić się nie da, i bezrefleksyjnie olać pewne istotne ciekawostki z uniwersum, a nawet całe wątki. Nie jestem twardym zwolennikiem wyjawiania wszystkiego, cenię sobie celne niedomówienia, ale np. pozostawienie ważkich pytań przewijających się przez większą część sezonów, tak jakby one w ogóle nie istniały – to już inna kwestia. Chcecie poznać motywy kryjące się za inwazją Nocnego Króla? Zapomnijcie. Czekacie na to, aż wreszcie dowiecie się o tym, czego naprawdę chce niejednoznaczne bóstwo zwane Panem Światła, które wskrzesiło Jona Snowa? Nic z tego. Jesteście ciekawi, co się dzieje na ziemiach na południe od Siedmiu Królestw, zostawionych na pastwę losu przez Daenerys? Ta sama sytuacja. Sam zaś tytuł tej wielkiej epopei – Saga Lodu i Ognia – nie tylko został wyzuty z wszelkiego większego znaczenia dla ostatecznych rozstrzygnięć, ale bezczelnie sprowadzony do… a w sumie to nie napiszę. Kto chce, ten sam zobaczy i oceni, czy jest to fair zarówno w stosunku do widzów, jak i tak ambitnej w swoich założeniach historii.

A co z wątkami, które jednak zostały ukazane (biedni scenarzyści coś jednak musieli sklecić)? Dużo dają chociażby wspomniane świetne efekty specjalne i ogółem szczegóły techniczne (dobra, nie licząc niesławnej bitwy w trzecim epizodzie rodem z filmów DC, do której nie przekonam się chyba nigdy). Problem w tym, że popularni D&D (nie mylić z Dungeons&Dragons) zachowali się tak, jakby chcieli potwierdzić od lat już krążące złośliwe komentarze, jakoby nie dawali sobie rady, gdy zabrakło materiału bazowego od Martina. Dialogi przypominają chwilami telenowelowe kwestie. Głupot scenariuszowych z kolei jest chyba więcej niż we wszystkich poprzednich sezonach razem wziętych. Postacie powszechnie uznawane za mądre i rozsądne popełniają dziecinne błędy, sceny batalistyczne roją się już nie tyle od objawów nieznajomości podstawowych zasad taktyki wojennej, co zaprzeczają zdrowemu rozsądkowi.  Do tego dochodzą jeszcze jedne z najgorszych plot twistów, z jakimi kiedykolwiek miałem nieszczęście się spotkać. Benioff i Weiss chyba pozazdrościli Martinowi kreowania sytuacji będących dla widza istnym narracyjnym obuchem w głowę. Tylko że to, co w koncepcjach pisarza było logicznie wynikającym skutkiem takich a nie innych czynów, u naszych poczciwych showrunnerów to zazwyczaj totalne łamanie charakteru postaci. Dość powiedzieć, że co najmniej kilka misternie budowanych story arców danych bohaterów zostało zszarganych, czasem wręcz zatoczyło koło. Nie spotkałem się dotąd z tak nie tylko wysokobudżetową, ale i posiadającą już pewną renomę produkcją, która roiłaby się od tak, zdawałoby się, niemożliwych do popełnienia gaf.

Gra o tron

kadr z serialu Gra o tron

Zobacz również: Gra o tron – petycja o nakręcenie remake’u 8. sezonu przekroczyła milion podpisów!

Nie miałem i nadal nie mam zamiaru brać udziału w jakichś protestach czy petycjach o napisanie nowej wersji finału serialu – bo choć zjawisko to jest ładnym odzwierciedleniem nastawienia fanów, samo w sobie nie ma nawet krzty sensu. Gra o tron w duecie z Avengers: Koniec gry stała się oczywistym popkulturowym tematem numer jeden ostatnich miesięcy, dzięki czemu zyskała przeogromną oglądalność i siłą rzeczy zamknęła pewien bardzo ważny rozdział w historii telewizji. Pozostaje jedynie dość przykry posmak tandety. Już od 5. sezonu serial ten zaczął powoli wyzbywać się cech, za które zyskał taką popularność – czyli przede wszystkim łamiące schematy podejście do traktowania swoich bohaterów – nie oczekiwałem zatem powrotu do formy z okresu pierwszej połowy sagi, bo to byłaby nierealistyczna mrzonka. Liczyłem za to na pełną fajerwerków, co najmniej poprawnie nakreśloną klamrę zamykającą odyseję Starków, Lannisterów i spółki, dając im godne pożegnanie, które będzie się wspominać z nostalgią. Ten serial był dla wielu osób początkiem regularnego oglądania telewizyjnych produkcji (ze mną niżej podpisanym włącznie) i nawet jeżeli w swoich najlepszych chwilach nie wytrzymuje porównania z takimi filarami, jak The Wire, Breaking Bad czy Rodzina Soprano, wkład w rozpoczęcie nowej ery popularności takiego sposobu opowiadania historii jest niezaprzeczalny. Dlatego na taki koniec Gra o tron po prostu nie zasłużyła.

Ilustracja wprowadzenia: HBO

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?