Advertisement



Opowieść podręcznej – recenzja 2. sezonu

Kiedy ogłoszono, że Hulu zamówiło drugi sezon Opowieści podręcznej, byłam bardzo sceptyczna – zwłaszcza, że scenarzyści mieli dopisać ciąg dalszy do stworzonej przez Atwood historii Fredy. Nie na darmo przecież pisarka zakończyła swoją powieść w takim, a nie innym miejscu – zostawiając czytelników w niepewności, co do dalszych losów głównej bohaterki oraz Gileadu. A biorąc pod uwagę, jak dobrze zrealizowano sezon pierwszy, poprzeczka zawieszona została wysoko.

Ucieczka jest niemożliwa

Premierowy odcinek drugiego sezonu zapowiadał fascynującą historię – podejmował akcję w miejscu, w którym zakończyła się rok wcześniej. Pojmana przez funkcjonariuszy Oka Freda zostaje zabrana wraz z innymi Podręcznymi, które ośmieliły się nie wykonać rozkazu Ciotki Lydii. Czeka ją kara, choć mniej surowa niż jej pozostałe towarzyszki, dzięki niezwykle prostemu faktowi: jest w ciąży. To zapewnia jej o wiele większą ochronę przed torturami niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak mimo bycia w wyczekiwanym i błogosławionym stanie, przez cały sezon na Fredę czekać będzie szereg różnych kar – za upór, hart ducha, niezłomność, bunt a przede wszystkim ucieczkę. Szpony Gileadu sięgają dalej i głębiej niż, jako widzowie, byśmy tego chcieli. Jeśli bowiem cokolwiek w tym nowym świecie działa, jak powinno, to jest tym z pewnością manipulacja i indoktrynacja. A przynajmniej – takie można odnieść wrażenie.

Opowieść podręcznej

fot. Kadr z serialu

Zobacz również: Na pierwszy rzut oka: 1. sezon Ostrych przedmiotów!

Przywileje i kary

Drugi sezon Opowieści podręcznej zmienia perspektywę, ze skoncentrowanej na pokazaniu tego, jak opresyjny dla jednostki jest nowy system polityczno-ideologiczny, tak tym razem scenarzystów najbardziej interesują kobiety oraz ich sposoby radzenia sobie w tym nieprzyjaznym dla nich świecie: negocjowanie nowych miejsc i poszukiwania sojuszników. To, że Freda próbuje to uczynić od początku, wiemy, dlatego bardziej zaskakujący okazuje się wątek Sereny – uprzywilejowanej i zupełnie tego faktu nieświadomej: wykształconej, inteligentnej twórczyni nowego świata, która porzuciła karierę pisarki, filozofki na rzecz bycia podporządkowaną panią domu, której głównym zajęciem jest robienie na drutach oraz dbanie o roślinki. Tylko że, jak pokazuje to nam drugi sezon, jej życie znacząco różniło się od ideału, jakim miało w zasadzie być. Chociaż bowiem kobietom Gileadu nie wolno ani czytać, ani pisać, pomaga ona od czasu do czasu mężowi w sprawach państwowych, porządkując korespondencję czy dokumenty. Dlatego gdy pan Waterford zostaje ranny w wyniku wybuchu w nowo wybudowanym Czerwonym Centrum, to ona przejmuje stery, nie godząc się, aby idealny świat, który pomagała budować, został pochłonięty przez strach i terror. Za to zostanie przez męża, a więc przedstawiciela patriarchalnej władzy, ukarana. To pierwszy krok ku temu, aby w końcu zdała sobie sprawę, jakiego porządku społecznego była apostołem.

To jednak nie wszystko – niektóre sceny w drugim sezonie serialu sugerują, że wydarzyło się coś, co doprowadziło do zmiany w społeczeństwie Gileadu. Widać to choćby w nieobecnych dotychczas na ekranie rozmowach pomiędzy Podręcznymi. Większość ich interakcji ograniczała się do pustych uwag na temat pogody czy ustalenia trasy spaceru. Po wydarzeniach z pierwszego odcinka oraz późniejszych, z Czerwonego Centrum, kobiety wymieniły się imionami, zaczęły dyskutować o ciąży Fredy, ale i nawiązywać do przeszłości, a także do zakazanej już kultury popularnej XX wieku. Co ważniejsze jednak – nikt ich za to nie karci ani nie karze. Mam nadzieję, że jest to wynik świadomej decyzji scenarzystów, element budowanej przez nich przyszłości Gileadu, nie zaś konsekwencji wyjścia poza świat powieściowy.

Opowieść podręcznej

fot. Kadr z serialu

Ale zrobił się też lekki bałagan

Jednakże ta zmiana perspektywy przyniosła coś jeszcze – bałagan w narracji. Zniknął gdzieś wątek związany z handlem Podręcznymi z Meksykiem, zastąpiony próbą nawiązania relacji dyplomatycznych z Kanadą. Próbą, dodajmy, niechętną oraz zakończoną fiaskiem w momencie, gdy przekazane przez Nicka Lukowi listy uwięzionych i ciemiężonych w Gileadzie kobiet zostają upublicznione w internecie. Wrażenie niespójności sprawia również wątek Sereny, ale w tym przypadku akurat jest on dość dobrze umotywowany. Utrata przywileju oraz miejsca w hierarchii domowego, wewnętrznego królestwa sprawiają, że jej zachowanie staje się schizofreniczne – raz jest po stronie Fredy oraz innych kobiet, a raz korzysta ze swojej władzy i zapowiada, że wyrzuci ją z domu tuż po porodzie. Ale też to właśnie Podręczna jest jedyną osobą w domu, nad której losem pani Waterford ma tak wielką władzę. I chociaż obie kobiety zaczyna łączyć jakaś dziwna nić porozumienia, coś na kształt wypaczonej przyjaźni, to otaczających je świat zbyt często będzie w nią interweniował.

Szkoda trochę, że twórcy nie zdecydowali się poświęcić więcej uwagi Koloniom, temu strasznemu miejscu, w które zsyłani są wszyscy odmawiający ugięcia karku przed władzą, ale dość słabi, aby zanadto państwu nie zagrażali. Można się tu było pokusić o stworzenie zupełnie alternatywnej subkultury, wypracowanej przez wyrzutków społecznych, nie mających szans na powrót do Gileadu, a zatem nikogo nie powinno już obchodzić, co dzieje się w brakach przymusowych pracowników. Podobnie rozczarowuje zepchnięcie na margines Moiry oraz jej losów w Kanadzie – właściwie jedyne, co możemy podejrzewać, to fakt, że kobieta cierpi na PTSD, związane z faktem, że była wykorzystywana seksualnie najpierw jako Podręczna, a później jako prostytutka w klubie Jezebel. Wiemy, że Luke jest dla niej oparciem na tyle, na ile potrafi, ale czy znalazła pomoc u specjalisty? Zdecydowanie takiej potrzebuje, zwłaszcza po tym, gdy w końcu odkryła, co spotkało jej ukochaną. Zresztą scenie, w której przez wiele godzin Moira przedziera się przez zgromadzone zdjęcia i raporty o zabitych przez Gilead, również poświęcono dużo mniej uwagi niż problemom June, a przecież niosła ona podobnie silny ładunek emocjonalny.

Opowieść podręcznej

fot. Kadr z serialu

Zobacz również: Ania, nie Anna – recenzja 2. sezonu

Pozostaje trzymać kciuki

Drugi sezon Opowieści podręcznej nie jest już tak przerażający, jak pierwszy – w miejsce strachu wzbudza jednak coś innego: gniew ukierunkowany na tych, którzy zgotowali taki a nie inny los bohaterkom i bohaterom; na niemożność zainterweniowania oraz pokazania, do czego tak naprawdę doprowadzili. Daje jednak również nadzieję, że może jednak nie jest taż tak źle, jak nam się wydaje – w końcu June już raz uciekła, być może zatem uda jej się to podobnie? A poza tym, czy fakt, że Podręczne rozmawiają ze sobą o wiele swobodniej nie oznacza, że cały opresyjny, wyzyskujący kobiety system już niedługo się posypie? Chociaż wciąż wizualnie urzekająca i piękna (naprawdę, kostiumolożka i zdjęciowcy powinni dostać dużo nagród), druga odsłona Opowieści podręcznej to troszkę inny serial niż w przypadku pierwszego sezonu – tak w kwestii emocjonalnego tonu, jak i głównego, fabularnego akcentu. Nadal jednak jest to historia trudna.

Ilustracja wprowadzenia: Kadr z serialu

Interesuję się popkulturą, fanami, mangą i anime. Sporo piszę, ale takie życie doktorantki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?