Podczas recenzji drugiej części piątego sezonu zapowiadałem, że powrócę jeszcze do finału oraz spróbuję domknąć całość tej opowieści jednym, syntetycznym spojrzeniem. Dziś wiem, że tego nie uczynię. Nie dlatego, że zabrakło mi czasu czy chęci. Powód jest znacznie prostszy i zarazem bardziej dotkliwy: finał Stranger Things okazał się dla mnie doświadczeniem zbyt osobistym, by opisywać go chłodnym, krytycznym językiem.
Nie był to finał fatalny. Nie był nawet szczególnie zły. Był raczej taki, jaki bywa zmierzch rzeczy wielkich - poprawny, chwilami poruszający, lecz pozbawiony tej iskry, która pozwala legendzie odejść z podniesioną głową. A jednak największym ciężarem nie jest tu sama jakość zakończenia, lecz świadomość, że coś się definitywnie skończyło. Że domknęła się opowieść, która przez dekadę towarzyszyła nam niczym cichy, wierny towarzysz - nie narzucając się, a jednocześnie stale obecna.
Stranger Things było serialem szczególnym. Przez dziesięć lat karmiło nas nostalgią, lecz czyniło to z wyczuciem, bez taniego sentymentalizmu. Było powrotem do dzieciństwa, którego wielu z nas nigdy w pełni nie przeżyło - dzieciństwa zbudowanego z rowerów, piwnic, kaset magnetofonowych i wiary, że przyjaźń rzeczywiście może przenosić góry. Czwarty sezon osiągnął w tej materii poziom niemal doskonały: emocjonalnie gęsty, mroczny, pełen prawdziwego napięcia i poczucia, że stawka nigdy nie była wyższa. Być może właśnie dlatego piąty sezon nie potrafił unieść ciężaru własnych ambicji.

Pierwsza część finału była obietnicą - intensywną, niemal duszną od emocji. Odcinki te pulsowały energią, jakby zapowiadały nadchodzącą katastrofę, po której nic już nie będzie takie samo. Widz miał prawo oczekiwać katharsis: zakończenia bolesnego, może nawet okrutnego, lecz prawdziwego. Zamiast tego otrzymaliśmy drugą część sezonu, która zdaje się bać własnych konsekwencji. Narracja wyhamowuje, napięcie się rozmywa, a finał - zamiast uderzyć - przechodzi obok nas niemal nieśmiało.
Od szóstego odcinka serial staje się przewidywalny, a miejscami wręcz niefrasobliwy w obchodzeniu się z własną logiką. Rozumiem intencję twórców - Stranger Things zawsze było opowieścią do przeżywania, nie do chłodnej analizy. Jednak nawet emocje potrzebują fundamentów. Gdy te zaczynają się kruszyć, widz przestaje ufać opowieści. Odnosi się wrażenie, że twórcy za wszelką cenę pragnęli szczęśliwego zakończenia, jakby obawiali się powiedzieć widzom prawdę: że dorastanie nie zawsze kończy się zwycięstwem.

Nie twierdzę, że finał nie pozostawił we mnie śladu. Przeciwnie - zmusił mnie do gorzkiej refleksji nad współczesnością. Nad światem, który coraz bardziej zamyka się w ekranach, w uproszczeniach, w natychmiastowej gratyfikacji. Nad rzeczywistością, w której relacje zastępowane są algorytmami, a prawdziwe emocje - cyfrowymi symulacjami sztuczenj inteligencji. Dawne kino science fiction straszyło nas przyszłością. Dziś przyszłość już nadeszła i, paradoksalnie, przestała przerażać - zaczęła po prostu męczyć. Gdybyśmy dzisiaj otrzymali wizję Skynetu to kibicowałbym im, a nie Sarze i Johnowi Connorom.

Dawać tak niską notę dla tego serialu jest dla mnie jak dawanie eutanazji osobie, którą kocham. Nie chcę się żegnać, ale to ten etap, gdzie wolę by nie cierpiała i miała spokój. To trochę jak rozstanie z dziewczyną, z którą zamiast w zgodzie - rozstajecie się pokłóceni. Macie sporo fantastycznych wspomnień, których nie da się przytaczać z żalem, przez co nie chcecie ich zapomnieć. Mogę się boczyć, mogę kręcić nosem ale po co? Nie jest to klapa na poziomie Gry o Tron. Bracia Duffer powiedzieli, że każdy może sobie ten finał interpretować jak chce. Moja interpretacja jest taka, że cały serial dzieje się w głowie Mike’a, po tym jak Will zmarł, więc jest jedną, wielką kampanią D&D. Zapewne niejeden raz wrócę do tego serialu, jak i do tego sezonu. Może moja ocena się zmieni? Kto wie. No i smuci, bo drugi taki serial już się nie wydarzy, patrząc na to ile dostajemy miniseriali, by człowiek nie musiał za długo się skupiać. Tak samo jak dostajemy czegoś drugi sezon - jest on zrobiony po macoszemu, w przeciwieństwie do pierwszego.
Geek i audiofil. Magister z dziennikarstwa. Naczelny fan X-Men i Elizabeth Olsen. Ogląda w kółko Marvela i stare filmy. Do tego dużo marudzi i słucha muzyki z lat 80.