Szepty mroku to opowieść surowa, skupiona na bohaterach i napięciu, które rodzi się między słowami. Teraz, wraz z 4. sezonem emitowanym na AMC, do rezerwatu powracają Joe Leaphorn, Jim Chee i Bernadette Manuelito. Czy pierwszy odcinek nowej odsłony utrzymuje wysoki poziom poprzednich sezonów?
Nie będę ukrywał – Szepty mroku to serial, który trafia we mnie nie tylko warsztatem, ale i nastrojem. Ma w sobie trudny do podrobienia klimat, oparty bardziej na atmosferze niż na fajerwerkach fabularnych. Lata 70., niewielkie miasteczka położone z dala od wielkich ośrodków, pustka krajobrazu i gęstość społecznych napięć – wszystko to przywołuje skojarzenia z dawną telewizją, oglądaną niegdyś na niszowych kanałach, stanowiących alternatywę wobec dominujących wówczas czterech gigantów polskiego eteru. Tym bardziej cieszy fakt, że serial powraca, i to w formie, która już od pierwszych minut sygnalizuje pewną zmianę konwencji. Scena otwierająca nowy sezon uderza z rozmachem i bez większego trudu mogłaby odnaleźć się w filmie Quentina Tarantina – dynamiczna, brutalna, pozbawiona zbędnych wprowadzeń.

1. odcinek w przemyślany sposób przygotowuje grunt pod to, co dopiero ma nadejść. Choć zapowiedzi sugerują zmianę lokacji w dalszej części sezonu, tutaj jeszcze jej nie doświadczamy. Zamiast tego otrzymujemy nowe postaci – wyraźnie zarysowane, obiecujące przyszłe konflikty. Szczególną uwagę zwraca nowa antagonistka: postać bezkompromisowa, świadoma swojej siły, niebojąca się ani stanowczych decyzji, ani otwartej brutalności. Choć jej obecność jest na razie zaledwie zasygnalizowana, trudno przejść obok niej obojętnie. Fizycznie łączy w sobie chłodną elegancję z niepokojącą drapieżnością – gdzieś pomiędzy ikonografią Czarnej Wdowy a scenicznym wizerunkiem Johanny Platow z zespołu Lucifer. Bezwzględna, zadziorna, a zarazem hipnotycznie seksowna.
Serial nie rezygnuje przy tym z charakterystycznego dla siebie balansu tonalnego. Obok scen śmiertelnie poważnych pojawia się humor – oszczędny, sytuacyjny, nigdy nachalny. Ta umiejętność lawirowania pomiędzy dramatem kryminalnym a lekką ironią od zawsze była jedną z najmocniejszych stron Szeptów mroku. Można dostrzec tu pewne pokrewieństwo z Twin Peaks - podobne wyczucie absurdu codzienności - jednak bez sięgania po elementy paranormalne i surrealizm rodem z bujnej wyobraźni Davida Lyncha.

Co istotne, 1. odcinek nowego sezonu jest narracyjnie bardzo zachowawczy – i to należy uznać za jego zaletę. Twórcy nie spieszą się, nie próbują szokować co kilka minut, nie zdradzają kart zbyt wcześnie. Serial pokazuje, że ma czas i że potrafi z niego korzystać. To rzadka umiejętność we współczesnej telewizji, gdzie zbyt często tempo mylone jest z napięciem. Tutaj zachowany zostaje zdrowy balans: nie ma nudy, ale też nie ma fabularnego przeładowania. Widz otrzymuje dokładnie tyle, by poczuć niedosyt i chęć dalszego śledzenia wydarzeń.
Choć wiadomo, że nowy sezon przyniesie zmiany, na ich ocenę przyjdzie jeszcze pora. Po 1. odcinku mogę jednak powiedzieć jedno – czuję wyraźny apetyt na więcej. Szepty mroku pozostają serialem intrygującym, konsekwentnym i dającym autentyczną satysfakcję z oglądania. To propozycja dla widza cierpliwego, ceniącego atmosferę i dobrze poprowadzoną opowieść. Przekonać się o tym można, śledząc emisję na kanale AMC – odcinki emitowane będą co tydzień w poniedziałki o 3:00 oraz 22:00.
Geek i audiofil. Magister z dziennikarstwa. Naczelny fan X-Men i Elizabeth Olsen. Ogląda w kółko Marvela i stare filmy. Do tego dużo marudzi i słucha muzyki z lat 80.