Pamiętam jeszcze ten wczesny okres, gdy na Prime Video ukazały się pierwsze odcinki The Boys. Kompletna zmiana w stosunku do ówczesnego mainstreamu, brak typowych dla gatunku hamulców i sporo uwspółcześnionych wątków względem oryginału Gartha Ennisa, mimo wszystko wydawanego już kawałek czasu temu, bo w latach 2006-2012. Spora ich część działała nawet na plus, a nawet jeśli nie - trzeba Erica Kripke i spółkę szanować za odważne podejście. Sezon czwarty to znaczący zjazd formy, ale finał dał nadzieję na niezłą młóckę pod koniec. Wreszcie ukazały się dwa pierwsze epizody finału, przyjrzyjmy się im zatem.
Już trailery wyraźnie wskazały, że cliffhanger z ostatnich chwil 4. sezonu The Boys nie będzie miał wielkiego znacznie - przynajmniej na dłuższą metę. W porządku, pokazał on obóz koncentracyjny made by Vought, ale wiadomo było, że długo w nim nie posiedzą ani Hughie, ani zresztą Mother's Milk, czy Frenchie. Trudno było zresztą zrobić coś innego, gdy Homelander jest tak nakręcony. Już wcześniej był w kiepskim stanie, a akcje dywersyjne Starlight, czy zdrada A-Traina jedynie to podsyciły.

No i właśnie szaleństwo najsilniejszego z supków może być jednym z ciekawszych punktów finału. Dyktatura Vought sama w sobie działa jak perfekcyjnie naoliwiona machina. Tam gdzie trzeba używa wymuszeń, ewentualnie socjotechnicznych sztuczek, by trzymać lwią część narodu w szachu. Na razie jej największą bolączką jest… sam Homelander. Już na starcie potwierdza się, że nasz osobliwy dyktator nie nadaje się do subtelnej gry. Jego rozliczne kompleksy, brak dystansu, czy hipokryzja jedynie się pogłębiają, a on sam odczuwa coraz silniej samotność - co wydatnie utrudnia Sage i spółce kierowanie krajem oraz powstrzymywanie Homelandera przed napadami wściekłości. Nie będę zdradzał, w jaki sposób Ashley zmutowała po wstrzyknięciu sobie Związku V, ale teraz jej osobowość ewoluowała w interesującym kierunku i może stanowić fajną zmienną. A gdzieś w tle pobrzmiewają coraz bardziej żałosny Deep i coraz bardziej tajemniczy Noir.
W przeciwnym obozie wcale nie jest dużo lepiej. Butcher powoli staje się odpowiednikiem Homelandera, wskutek czego okazuje się jednocześnie paliwem, jak i powolną trucizną swojej drużyny. Potencjalny miecz obosieczny w postaci trucizny na supki pobrzmiewa coraz głośniej, Starlight, Hughie i reszta przeżywają kryzysy związane z ostatnimi wydarzeniami. Ogólny obraz intrygi ma zatem niezgorszą perspektywę i dość optymistycznie patrzę na przyszłość. Ale nie łudziłem się, że dorówna sezonom 1-3, i chyba słusznie. Nawet część interakcji między postaciami jest nazbyt toporna, usilnie nawiązując do wcześniejszych wydarzeń poprzez męczącą ekspozycję, tak jakby Kripke chciał jeszcze wykrzesać trochę więcej nostalgii z widza. Przyznaję też, że kilka wątków dało się bez problemu przewidzieć - co jest smutne, gdy przypomnę sobie, jak pierwsze sezony potrafiły mnie zaskoczyć zwrotami akcji.

Nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowany początkiem The Boys - głównie dlatego, że absolutnie nie nastawiałem się na wybitną telewizję. Ale muszę przyznać, że budowanie napięcia idzie na razie całkiem nieźle. Nie ma litości nad bohaterami - nawet tymi ważnymi - i już w epizodzie pierwszym pojawiają się ofiary. A przecież jest jeszcze wiele wątków do eksplorowania, na czele z powrotem Soldiera Boya (bo, nie oszukujmy się, Prime Video obrało taką strategię kampanii promocyjnej, że to żaden spoiler). Czekam na kolejne odcinki i zobaczymy pod koniec maja, co nam wyjdzie z tego apokaliptycznego szaleństwa.
Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.