Advertisement
Advertisementpixel

Wielkie kłamstewka – recenzja 2. sezonu, czyli Zbrodnia i kara w Monterey

Serial bazujący na prozie Liane Moriarty to prawdziwy hit. Odkąd tylko dwa lata temu pojawił się na antenie, zbiera rozliczne pochwały od większej części widzów, jak i krytyków. Na tle większości podobnych produkcji w swoim 1. sezonie Wielkie kłamstewka odznaczają się rozbudowanymi postaciami kobiecymi, niebanalnie poprowadzoną narracją i świetnym wątkiem kryminalnym w tle. Przy takich sukcesach druga odsłona była tylko kwestią czasu. Czy było warto?

Gdy tylko usłyszałem informację o kontynuowaniu przygód niesławnej piątki z Monterey, nie byłem pewien, co o tym sądzić. Z jednej strony pierwsza seria od pilotowego odcinka aż do wybuchowego finału poraziła mnie zupełnie i po jej zakończeniu zdecydowanie chciałem więcej. Z drugiej jednak, obawiałem się, że decyzja ta podyktowana jest nie jakimś konkretnym pomysłem na dalsze losy naszych bohaterek, ale próbie wyciągnięcia nieco więcej z tej machiny. Na szczęście moje najgorsze przypuszczenia nie sprawdziły się w żadnym stopniu. 2. sezon produkcji HBO to konsekwentny krok dalej, rozwijający dotychczasowe wątki. Zabiera nas w kilka miesięcy po tragicznej nocy, podczas której zginął Perry (Alexander Skarsgård), mąż Celeste (Nicole Kidman). Choć  finał ubiegłego sezonu zakończył się pozornym happy endem, to był zaledwie początek problemów.

Wielkie kłamstewka

Fot. HBO

Zobacz również: Na pierwszy rzut oka: 2. sezon Wielkich kłamstewek

Konstrukcja fabuły 2. sezonu z konieczności znacząco różni się od tego, co widzieliśmy w poprzednim. Przede wszystkim dlatego, że kryminalna część została już rozwiązana – przynajmniej patrząc z perspektywy widza, w końcu jednym z wątków Wielkich kłamstewek są skutki alternatywnych zeznań piątki bohaterek w kwestii fatalnej nocy. Rzeczone „kłamstewko” staje się gruntem, na którym kiełkują inne problemy. U każdej z kobiet przejawia się to w inny sposób, ale z równą konsekwencją pogłębia wszelkie rany, a zwykłe nieporozumienia doprowadza do totalnej eskalacji. W ten sposób uaktywniony efekt domina u każdej z nich odpala w inny sposób – w zależności od charakteru danej protagonistki – ale zawsze prędzej czy później doprowadza do zniszczeń. Epizod po epizodzie, dekonstrukcja ich charakterów przebiega w sposób konsekwentny i bezlitosny. Narracja jest prowadzona na tyle sprawnie i dynamicznie, że pewna jednostajność wątków nie powinna przeszkadzać w ogólnym odbiorze. Swoisty dla produkcji czarny humor, choć nie został zupełnie usunięty, ustąpił na rzecz mocnego zwrotu w obyczajową stronę serialu. To bardziej czas rozliczeń niż szarżowania. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie sposób zakończenia sezonu. Wygląda to trochę tak, jakby scenarzyści tak zatracili się w rozpisywaniu tragedii każdej postaci, że za późno zorientowali się, iż trzeba kończyć to przedstawienie, w ostatnich kilkudziesięciu minutach rozwiązują więc każdy z wątków, przez co część z nich zwieńczono nieco sztucznie.

kadr z serialu Wielkie kłamstewka

Zobacz również: Orange is The New Black – recenzja finałowego sezonu

Ale poza rzeczonym ostatnim aktem, każda z postaci tworzących tę wielką mozaikę chodzi jak w zegarku. Co więcej, jakimś sposobem udało się rozrzucić ciężar narracji niemal po równo na całą piątkę – a to nie udało się nawet w ogółem znacznie lepszej pierwszej odsłonie. Chodzi przede wszystkim o dwie osoby, które w 1. sezonie pełniły rolę raczej postaci zaczepnych. Bonnie (Zoe Kravitz) nie jest już jedynie „tą, która odebrała męża Madeline (Reese Witherspoon)”. Scenarzyści świetnie wykorzystali fakt, że to właśnie ona w sposób najbardziej bezpośredni przyczyniła się do śmierci Perry’ego, w konsekwencji staczając się w przepaść najszybciej. Wtóruje jej Renata (niesamowicie charyzmatyczna Laura Dern), bizneswoman z sukcesami, będąca w przeciągu lwiej części pierwszej serii małym czarnym charakterem. Po dogadaniu się z resztą ekipy poznajemy ją bliżej, zwłaszcza, że i jej grunt zaczyna się palić pod nogami.

Rzecz jasna, poziom utrzymuje także pierwotne trio: dochodząca do siebie po konfrontacji z gwałcicielem Jane (Shailene Woodley), starająca się odpokutować dawną niewierność Madeline i walcząca o własną kondycję psychiczną i dzieci Celeste – szczególnie ta trzecia, głównie dzięki popisowej grze Kidman. Jednak największym obsadowym atutem jest tu bez wątpienia postać Mary-Louise. Meryl Streep perfekcyjnie wciela się w matkę Perry’ego, zawierając w sobie inteligencję, wrażliwość i zarazem diaboliczność, nie popadając  przy tym w niezamierzoną autoparodię. Aktorka kradnie praktycznie każdą scenę, w której się pojawia. Jej niebanalny wkład daje ogromny powieść świeżości w szeregi serialu, pozwalając na pewne upostaciowienie problemów, ale jednocześnie nie sprowadzając jej do roli płaskiego, komiksowego złoczyńcy.

kadr z serialu Wielkie kłamstewka

Zobacz również: Wielkie kłamstewka – czy powstanie 3. sezon?

Tak jak można było się spodziewać, Wielkie kłamstewka w swoim 2. sezonie nie dorównują premierowej serii, jednak w dalszym ciągu nie schodzą poniżej bardzo wysokiego poziomu. Historia nie jest już tak wyjątkowa i efektowna, do tego doszło do mocnego wyłożenia się na finiszu, jednak są to kwestie jak najbardziej do wybaczenia. Przede wszystkim ponownie możemy się cieszyć oglądaniem produkcji z ciekawymi kobiecymi postaciami z krwi i kości, wbrew obecnym przykrym tendencjom. Czy z kolei powinien powstać jeszcze jeden sezon? To już jest kwestia na inną rozmowę, choć wydaje się, że właśnie teraz wyciśnięto ostatnie wartościowe soki z tej koncepcji. Ale kto wie, co nam może przynieść przyszłość.

Ilustracja wprowadzenia: HBO

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?