Nie bez przyczyny promocja ukrywa najważniejszy pomysł, jaki ma na ten film. Jeszcze w Dream Scenario wiedzieliśmy, że z jakiegoś powodu różnym ludziom w randomowych momentach zacznie się śnić Nicholas Cage. Drama natomiast będzie, bo Zendaya wypali do Pattinsona przed ślubem coś, co każe przewartościować relację Co to będzie? Jeśli chcecie ten film oglądać, powinniście zrobić wszystko, aby pozostało to przed wami w tajemnicy.
Przed Dramą paradoksalnie zaszaleć marketingowo można i mniej i bardziej. Spoilerowo zalecałbym milczenie, jednak pomysł jakoś można teasować a niezaznajomionym z filmografią reżysera wmawiać, żeby biorąc pod uwagę jego poprzednie dokonania, liczyć na coś naprawdę szalonego. Treściową oszczędność wynagradza jednak fakt, że łatwiej sprzedać film z Zendayą i Pattinsonem, niż bez nich. Ważne, żeby tylko nie przebrnąć przez to, co powiedziała Emma (czyli Zendaya).

To jest tyleż błogosławieństwo filmu, co i jego przekleństwo. Borgli wymyślił bowiem kolejny, naprawdę znakomity pomysł na historię. Pomysł, który pozwolił mu wszczepiać w wykreowaną na ekranie relację toksyny. Zaczyna się pięknym pierwszym spotkaniem, próbą tańca przed ślubem i kilkoma innymi wydarzeniami, które Emma i Charlie wspominają, przygotowując przemowę ślubną. Scenariusz umyślnie kreuje związek idealny i wykorzystuje elementy słodkiej komedii romantycznej po to, żeby to tytułowa Drama stała się większym szokiem. Im bardziej cukierkowo bowiem jest, tym większe zmieszanie po rozpoczęciu mięska. U bohaterów, ale również u samego widza.
Przekleństwem ten znakomity pomysł jest jednak dlatego, że podobnie jak w Chorej na siebie, debiutanckim pełnym metrażu Borgliego, szybko okazuje się, że jest właściwie jedynym. To, co napędza te fabularne klocki szybko się zużywa, co sprawia, że już na przestrzeni relatywnie niedługiego metrażu film zaczyna się powtarzać. Jasne, na obronę tego faktu można wysnuć, całkiem zgodne przecież z prawdą założenie, że jest on trochę o tym. O karuzeli myśli, które wydawałoby się pewnego swego przyszłego nowożeńca na ostatniej prostej pcha w jedną otchłań. Koncepcyjnie ten argument przyjąć jeszcze można, lecz fabularnie sprawia on, że film zwyczajnie potrafi się zrobić nudny. A tak się nieszczęśliwie składa, że bardzo niedawno w kinach mieliśmy dwa tytuły, które z Dramą mi się właśnie w taki sposób, jako pewne strumienie świadomości bohaterów sprzęgają. Są nimi Marty Supreme i Kopnęłabym cię, gdybym mogła. Zarówno film z fenomenalną kreacją Rose Byrne, jak i Timmy’ego Chalameta były także o tym. Ich bohaterowie, tak jak Charlie, mniej lub bardziej świadomie w swoim potoku myśli byli pchani ku jednemu celowi. Tam jednak działo się dużo więcej ciekawych rzeczy.

Im dalej w las, tym bardziej seans wygląda tak, jakby w ślubnych przygotowaniach zatrutych strzałą przedziwnej deklaracji błądził po omacki. Jakby pomysł Borgliego na tę historię bardziej niż kanwą koherentnej opowieści był historią, którą kiedyś rzucił wśród znajomych znad kufla piwa, poddając im pod myślenie co by było, gdyby wasza druga połówka przed ślubem powiedziała wam, że… Dokładnie taką scenę, tylko z Zendayą, Pattinsonem i całą ekipą, miałem przed oczami podczas oglądania. Nietrudno sobie wyobrazić, że naprawdę mogła się wydarzyć.
Wraz z moją redakcyjną koleżanką Agatą byłem na tym seansie właśnie dla norweskiego reżysera, jego szalonych pomysłów i ciekawości, jak potoczy się tym razem ich ekranowa realizacja. Na pewno jednak to nazwisko głównym celem kinowej podróży będzie w tym przypadku dla znakomitej mniejszości widzów. Wszyscy będą chcieli zobaczyć Pattinsona i Zendayę tworzących ekranową parę. Rola tego pierwszego po raz kolejny bywa charakteryzowana jako zrywanie z wizerunkiem i tym wizerunkiem po raz kolejny ma być ze Zmierzchu. Na premierze słyszałem z ust prowadzącego kolejną tego typu opinię i aż trochę mnie naszło, żeby ją odkłamać. Od końca tamtej sagi był już on na liście płać u Cronenberga, Bonga, Eggersa, Nolana, Safdiech czy Reevesa, ale jak widać jeszcze trzeba od Edwarda Cullena się odżegnywać. Dodam więc, że jest to rola, która nic nie odkłamuje, a raczej ugruntowuje pozycję Pattinsona jako aktora z ekstraklasy. Wymagająca sporo milczenia i przystępnego dla widza ukazania wiatraka, jaki kręci się bez przerwy w głowie bohatera. Do tego pierwszego, wspólnego przeżywania sytuacji skrajnie nowej Zendaya jest dla niego idealną partnerką. Tą rolą zaczyna kolejny, prawdopodobnie piekielnie udany i kasowy rok. I choć na już za chwilę ma zarezerwowany trzeci sezon Euforii i trzy hitowe superprodukcje, to nie wiem czy tutaj u Borgliego nie dała najciekawszej kreacji.

Na miejscu jest bowiem to, co akurat zawsze norweskiemu reżyserowi się udaje, czyli atmosfera opowieści. Znowu trzyma on film na poważnych tonach, nawet mimo faktu, że główny wątek jest śmiesznostraszny, a cały komizm z niego wynikający nie wypisuje się raczej na twarzach głównych bohaterów. Świetnie działa w tym filmie fakt, że choć oglądając, nie raz zaśmiejemy się do łez, to jednak w żadnym wypadku nie będziemy chcieli znaleźć się w takich sytuacjach. Tu nie śmieszy wymuszony gag, a ten dziwny dyskomfort, który dość swobodnie udaje się reżyserowi i aktorom wypracować. O ile czasem nie przegnie, bo kilka scen ciągnie ten sytuacyjny żart o kilka ujęć za długo. Warto też wspomnieć, że filmowi brakuje szerszego komentarza społecznego. Choć o motywie przewodnim z uwagi na spoilery wspomnieć nie mogę i nie chcę, mogę zdradzić tyle, że wpisuje się on w szerszy kontekst i temat nośny w debacie publicznej. Szkoda jego niewykorzystania.
Mimo, że nie czuję pełnej satysfakcji z tego seansu, nie będę go specjalnie odradzać, a następny film Borgliego również trafi wysoko na listę moich oczekiwań. Ponownie bardzo będę chciał zobaczyć, jaki pomysł na film urodzi się w głowie tego gościa. A jeśli zdarzy się tak, że zdoła on do niego dołożyć satysfakcjonujący scenariusz na pełnym metrażu, to mamy gwarantowany hit. Cały czas jest to jednak bardziej nadzieja niż obietnica.
Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina. Kontakt pod [email protected]