Movies Room - Najlepszy portal filmowy w uniwersum

Michael - recenzja filmu! Gdzieś to już słyszałem

Autor: Łukasz Kołakowski
28 kwietnia 2026
Michael - recenzja filmu! Gdzieś to już słyszałem

Część z was zapewne kojarzy redaktora RMF FM, dziennikarza muzycznego i odważnego komentatora popkultury Jacka Tomkowicza. Na jego kanale na Youtubie jednym z popularniejszych formatów jest seria Gdzieś to już słyszałem (Jacku, jeśli z jakiegokolwiek powodu trafisz na ten tekst — prośba o częstsze odcinki). Zamysł jest wyjątkowo prosty. Czasami myślimy, że jakiś głośny hit radiowy jest dziełem oryginalnym. Dziennikarz szybko potrafi wyprowadzić nas z tego błędu, ukazując historię danego kawałka. Może to być sampel, linia melodyczna, a innym razem literalnie cały utwór. Świetnie ogląda się te filmiki jako kilkunastominutowe przerywniki do obiadu. W czasie seansu Michaela cały czas zastanawiałem się, czy nadawałoby się to do kina. 

Hasło będące tytułem tej recenzji może pójść w dwie strony. Michael jest bowiem trochę taką wysokobudżetową ekranizacją formatu. Najważniejsze od początku wydaje się być maksymalnie wierne puszczenie jeszcze raz największych hitów artysty, o którym traktuje. Gdzieś to już słyszałem to jednak również zdanie, które pojawia się w mojej głowie za każdym razem, kiedy widzę argumenty zwolenników tego filmu w internecie. Bo nawet bardziej spodziewanym od tego, jak finalnie Michael wygląda, jest kształt osi sporu, jaki wywołuje. Kilku wielkich artystów już miało podobnie bronione nieudane biografie.

Król Popu nie porwał krytyków. Pierwsze recenzje Michaela wskazują na wielką klapę

Mam przy okazji tej premiery dużo smutnych wniosków. Pierwszy i najważniejszy jest jednak taki, że Michael Jackson jak czekał na porządną kinową biografię, tak czeka dalej, a główną przyczyną jest fakt, że dobry film był tutaj nikomu nie w smak. Z bardzo wielu powodów. Bo przecież zapewne dużo dłuższy materiał, który nakręcono i który mógł mieć kilka lepszych momentów, trzeba było pociąć na odpowiedni metraż. Bo zarabia to, co jest, a Jaafar Jackson jest powszechnie bardzo chwalony. Bo zdanie krytyków, dalekie od ideału, pomaga budować oblężoną twierdzę i ugruntowywać fanów w opinii, że wystarczy kilkanaście nawet luźno powiązanych momentów z biografii artysty poprzecinać piosenkami i już, gotowe. Bo finalnie, to co mamy na ekranach nie wywoła żadnych kontrowersji, wszak nawet nie liże ciemniejszych stron biografii Króla Popu. Ciepłe kluski sprzedane, malkontenci ponarzekają, viralem staną się moonwalki na salach kinowych, wszyscy ukontentowani. 

Ta polemika pojawiła się nie bez przyczyny. Pewnie zaraz ktoś chciałby poprzedni akapit skontrować, że pewnie ja i inni, nie do końca doceniający robotę Antoine’a Fuquy oczekujemy jakiegoś kinowego aktu oskarżenia, burzenia pomników Michaela. Lubimy w takich dyskusjach wychylać wahadła maksymalnie, a jeśli tyczy się to filmu tak głośnego, który jednocześnie tak bardzo dzieli, to okazja jest podwójna. A to przecież nie tak. Wszystko, czego oczekiwałbym po Michaelu, tak żeby relatywnie dobrze się na tym filmie bawić to jakiś, jakikolwiek, temat przewodni. Motyw, który ciągnąłby film do jakiejś kulminacji, a mi dał cel, którym mógłbym tłumaczyć wizytę na sali kinowej. Tak jak wspomniałem jednak wcześniej, dwie godziny przychodzi nam oglądać różne losowe wydarzenia z życia artysty, które w każdym momencie, w którym temperatura mogłaby zostać podbita, są poprzecinane piosenkami, czy to ze studia czy z występów scenicznych. Pamiętacie tę słusznie wyśmianą, absurdalną scenę z Bohemian Rhapsody w której Rami Malek jako Freddie Mercury oznajmia swoim kolegom z zespołu, że jest śmiertelnie chory? Tutaj, choć w mniejszej skali, jest takich momentów kilka. Właściwie od jednego do kolejnego pędzi cały film. Nie ma miejsca na człowieka, nie ma miejsca na historię, nie ma miejsca na choćby pochylenie się nad skalą fenomenu, jaki wywołała postać Michaela. 

Ginie w tym również Jaafar Jackson, bo choć widać, że chłopak wykonał naprawdę tytaniczną pracę, to w żadnym momencie nie jest postacią, która jakoś byłaby w stanie podnieść film. Jasne, świetnie tańczy, oddaje manierę wujka w głosie i bardzo dobrze się za niego przebiera. Słowem, robi wszystkie rzeczy, do których nie potrzeba filmu kinowego, bo może je równie dobrze zrobić doświadczony cosplayer na dowolnym evencie promocyjnym. Dosłownie - po takim przygotowaniu mogli puścić go w trasę koncertową i pewnie zarobiliby całkiem podobnie, a nie trzeba byłoby męczyć widzów w kinie. Fakt powiązania rodzinnego aktora odgrywającego główną rolę jest na swój sposób rozczulający, a dla niego na pewno ważny, jednak to też jest aspekt, który kryje się gdzieś poza tym filmem. Dobrze wypadła za to robota młodziutkiego Juliano Valdiego. Dopóki w przerywnikach muzycznych i wydarzeniach między nimi widzimy początki The Jackson 5 a nie Michaela solo, to wygląda może nawet podobniej niż Jaafar.

Jako miecz Damoklesa wiszący nad głową zdobywającego coraz większy rozgłos Michaela zawsze stoi ojciec, który przechodzi drogę od zaborczego tyrana do… zaborczego tyrana menadżera. Jeden jedyny kontekst, który jakoś kształtuje postać Michaela to właśnie ta relacja. Choć opowiedziana nieudolnie, jednowymiarowa i pełna uproszczeń, to jednak minimalnie bardziej jakaś w porównaniu do pozostałych wątków. Joseph jest jednoznacznym villainem, Michael jednoznacznie bohaterem pozytywnym, a tylko uwolnienie się od ojca pozwoli mu na pełne artystyczne spełnienie. Ta rodzinna walka o prymat kończy się nawet w punkcie, który mógłby pozwolić na jakąś ciekawą kulminacje. Zamiast tego jest jednak cięcie i piosenka. 

Mogłem się tego spodziewać. Whitney, Amy czy Freddie już takie ciepłe kluchy dostali, a tutaj nic nie zapowiadało, że będzie inaczej. Wyrósł jednak chyba jak do tej pory najgorszy przedstawiciel uniwersum muzycznych superbohaterów. Film, który tak jak te wspomniane wyżej, całą wartość czerpie nie z historii, którą opowiada, a tej, która wydarzyła się dawno temu poza nim. Bo Michael Jackson i jego spuścizna jest, tak jak wspomniane wcześniej aspekty czymś, czemu nie potrzeba tego wykalkulowanego na bycie możliwie jak najbardziej nijakim potworka. Wszystko co w niej wartościowe, gdzieś już słyszałem wcześniej. 

Zobacz inne recenzje kinowych hitów na portalu: 

Projekt Hail Mary - recenzja filmu! Uwaga, naukowy bełkot

Drama - recenzja filmu! Nauki przedmałżeńskie

Super Mario Galaxy Film – recenzja filmu! Here we go again

Chcesz nas wesprzeć i być na bieżąco? Obserwuj Movies Room w google news!

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina. Kontakt pod [email protected]

Więcej informacji o
Komentarze (0)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

Ocena recenzenta

30/100
  • Nie wiem, naprawdę nie wiem. Może aktorzy się starają
  • Ten film jest o niczym
  • Trudno w tym poprzecinanym występami bałaganie odnaleźć jakąś spójną fabułę
  • Jaafar Jackson ma pole do popisu właściwie tylko w występach, można było nakręcić tylko je

Movies Room poleca