Fabuła koncentruje się na Colinie (Harry Melling) – wycofanym parkingowym zmagającym się z lękami społecznymi i trudną sytuacją rodzinną. Mieszka z nadopiekuńczą matką chorą na nowotwór, która za wszelką cenę chce doczekać chwili, gdy syn „ułoży sobie życie”. Z jednej strony próbuje uszczęśliwiać go na siłę – aranżuje randki, motywuje do wyjścia z pokoju. Z drugiej – szczerze jej na nim zależy. Ważną postacią jest także ojciec: bezgranicznie oddany żonie, wspierający wobec rodziny, lecz wyraźnie przerażony perspektywą samotności.
Podczas jednej z zaaranżowanych (i nieudanych) randek Colin przypadkiem poznaje Raya (Alexander Skarsgård) – charyzmatycznego motocyklistę, który zaprasza go na spotkanie w Wigilię Bożego Narodzenia. Od tej chwili relacja bohaterów zaczyna ewoluować w kierunku układu oparty na dominacji i uległości (dom/sub). Ray wprowadza Colina w świat kinków, BDSM oraz środowisko motocyklistów-fetyszystów. To, co szczególnie zwróciło moją uwagę, to fakt, że Pillion opowiada o odnajdywaniu siebie i szukaniu wspólnoty, ale nie wpisuje się w schemat narracji o trudnym coming oucie. Bycie gejem nie jest tu problemem. Problemem okazuje się wejście w nienormatywną relację, która łamie znane wyobrażenia o związku w kontekście romantycznym.

fot. materiały promocyjne
Film spotkał się z mieszanymi opiniami. Głównie wpłynęła na to średnio trafiona promocja (lub celowo myląca!). Dla osób nieznających powieści, wydawać by się mogło, że Pillion będzie feel good romansem. Tymczasem to, co dzieje się między bohaterami, trudno nazwać zdrowym. Nie chodzi o samo BDSM czy odgrywanie ról – problemem jest brak jasno wyznaczonych granic i ich wielokrotne przekraczanie przez Raya. W queerowych kręgach pojawiają się głosy, że film jest antyreklamą BDSM albo uproszczoną fantazją na ten temat. Zwracano między innymi uwagę na brak rozmowy o oczekiwaniach i potrzebach zaangażowanych bohaterów.
Osobiście skłaniam się ku interpretacji, że to raczej jednostkowy przypadek niezdrowej relacji, niż próba wrzucenia do jednego worka całej społeczności. W końcu w tle widzimy innych członków motocyklowej grupy, którzy mają jasno wyznaczone granice i wydają się szczęśliwi w swoich układach. Colin natomiast jest bardzo młodym, queerowym mężczyzną, który dopiero odkrywa siebie oraz ma ogromną potrzebę bycia zauważonym czy też kochanym.

fot. materiały promocyjne
Ewentualne wrażenie romantyzacji historii wynika z perspektywy, jaką przyjmuje reżyser. Widz od początku ogląda świat oczami Colina – wszystko, co pojawia się na ekranie, jest dla niego nowe, fascynujące, ale i dezorientujące, podobnie jak dla przeciętnego odbiorcy. Dlatego Ray zostaje przedstawiony jako charyzmatyczny, tajemniczy… zarówno bohater, jak i widz mają się w nim zakochać. Właśnie dlatego Pillion nosi znamiona romansu. Colin tak bardzo pragnie być zauważony, ignoruje czerwone flagi, często nie rozumiejąc, że Ray nadużywa swojej władzy, ukrywając to pod pozorem kinku - odbiera jego zainteresowanie jako „bycie wybranym”.
Aby oddać stan emocjonalny Colina, Lighton operuje skrajnymi emocjami – humorem, smutkiem, poczuciem spełnienia i nieskończonym pragnieniem zarazem. Film potrafi w jednej chwili być ciepły i zabawny, aby za moment łamać serce. Wraz z nastrojem zmieniają się kolory i scenografia: najszczęśliwsze momenty rozgrywają się w barwnych, otwartych przestrzeniach symbolizujących wolność, której Colin doświadcza odnajdując siebie. Chwile smutku i nadużyć najczęściej mają miejsce w zamkniętym mieszkaniu, w szarym świetle lub w klaustrofobicznej przestrzeni auta – przeciwieństwie kojarzącego się z przygodą motoru.

fot. materiały promocyjne
Pillion to nie tylko opowieść o relacji. To także przenikliwe studium męskości w epoce narastającej izolacji. Termin „toksyczna męskość” stał się dziś wygodnym kluczem do odczytywania dzieł z etykietą „progresywnych”. Choć i tutaj znajduje on swoje uzasadnienie – a jego najbardziej wyrazistym ucieleśnieniem jest Ray – mam wrażenie, że interpretacja filmu powinna sięgać szerzej, ku samej kondycji współczesnych mężczyzn.
Twórca pokazuje różne strategie radzenia sobie z osamotnieniem. Część bohaterów – jak motocykliści, do których dołącza Colin – nie wypiera swoich potrzeb i potrafi tworzyć trwałą, wspierającą wspólnotę. Bliskość nie stanowi dla nich zagrożenia. Inni, w tym Colin i jego ojciec, paraliżowani są lękiem przed odrzuceniem czy też wizją życia w pojedynkę. Rozpaczliwie poszukują zakorzenienia, nawet jeśli oznacza to rezygnację z własnych granic. Colin łaknie uwagi Raya, choć od początku widać, że łączący ich układ daleki jest od ideału.

fot. materiały promocyjne
W pewien pokrętny sposób Pillon jest dla mnie duchowym spadkobiercą kultowego (niejednokrotnie krytykowanego) filmu Call Me by Your Name. Oba są filmami cielesnymi, niewygodnymi, momentami prowokującym…ale przede wszystkim wciągającym. Relacji między bohaterami trudno się oprzeć. To opowieść o dojrzewaniu do własnych granic i bolesnej lekcji, że odnalezienie siebie bywa procesem pełnym błędów – zwłaszcza gdy mylimy bliskość z zależnością i tak bardzo pragniemy być kochani.
Na pytanie „czy warto?” z pewnością odpowiem: warto. Duet Melling-Skarsgård działa na ekranie wspaniale, czuć między nimi chemię, której historia wymagała. Dzięki temu łatwo zanurzyć się w świecie, który przedstawia Harry Lighton. Bez wątpienia będę czekać na kolejne filmy debiutującego reżysera.
Pillion (2025), oficjalny zwiastun PL, w kinach od 20 lutego
Fanka filmów, literatury i popkultury, od małego karmiona klasykami kina przez rodziców- filmoznawców. W wolnych chwilach spędza czas na chodzeniu na koncerty, siedzi przy nowym cosplay'u lub dobrej herbacie i jeszcze lepszej książce. Miłośniczka Tolkiena i animacji wszelkiej maści.