W scenie, w której Cathy, wybranka serca Heathcliffa i piękniejsza połowa ekranowej pary zażyła już trochę luksusu u swoich nowych sąsiadów, spotykając swojego kochanka w nowym, wystawnym stroju mówi, że teraz pachnie lily of the valley. Zaświszczał mi w głowie wtedy nie zapach, a nazwa, jakbym ją już wcześniej w kontekście filmowym słyszał. Po kilku minutach przyszło oświecenie. Tak – to Breaking bad, bo właśnie ta niepozorna roślinka była jednym z wielu narzędzi, które zadawało śmierć w rękach Waltera Heisenberga White’a. Nie wiem, czy jest to jakieś nawiązanie, nie spodziewam się, ale na pewno pada, w ważnym dla fabuły filmowych Wichrowych wzgórz momencie. Wtedy to bowiem uczucie, które łączy bohaterów, również zaczyna być śmiercionośne.
Choć to uczucie jest w powieści najważniejsze, nabiera na znaczeniu głównie przez bogactwo kontekstów. U Emily Jane Brontë to bardziej odczucia i dezawuujące ludzkie postawy niż sami bohaterowie, są na pierwszym planie. To, a także specyficzna forma narracji i kilka innych aspektów sprawia, że choć książkowi puryści chcieliby pewnie zobaczyć na ekranie jak najwierniejszą historię, oddanie jej jest właściwie niemożliwe.

Rzecz w tym, że już w materiałach promocyjnych reżyserka tego filmu, znana z doskonałej Obiecującej. Młodej. Kobiety. Emerald Fennell wykłada nam kawę na ławę. Mówi dokładnie, jaki filtr przyłoży do Wichrowych wzgórz robiąc swoją filmową wersję. Wspomina, że jak najlepiej chciała oddać odczucia, które towarzyszyły jej podczas czytania powieści w wieku 14 lat. Tak niedojrzały umysł może próbować szukać w tej historii namiętności i miłosnego piękna. A nas widzów nakierować na to, czego możemy się po tym filmie spodziewać.
Już od pierwszych scen widzimy bowiem, że zamiast uczuć na pierwszym planie będą bohaterowie. Że Margot Robbie i Jacob Elordi, para w każdym kadrze nadająca się na okładkę każdego pisma świata, przejmie opowieść. Cathy jest postawiona nieco wyżej, dalej jednak daleko od dostojnych pałaców. Heathcliffa natomiast poznajemy jako przybłędę, którą pewnego dnia zabiera na tytułowe Wichrowe wzgórza jej ojciec. Między dwójką od samego początku zaczyna rodzić się uczucie i relacja z góry skazana na niepowodzenie. Do tego dochodzi fakt, że pragnienie cały czas jest obsesyjne i budowane trochę na fakcie, że zarówno ona, jak i on skończenie ze sobą razem mają jakby w gwiazdach. Dlatego można ich scharakteryzować, jako tych bohaterów, którym romantyczna wizja miłości snuje przyszłościowy happy end niezależnie od działań.

To chyba największa zmiana, na jaką postawiła Emerald w stosunku do oryginału, jednak jej umotywowanie jest jasne. W filmie, który ma opowiedzieć o pięknym uczuciu, trudno byłoby utrzymać emocje widza, mając do dyspozycji dwie, mówiąc wprost, tak odrażające osoby, jak książkowi Cathy i Heathcliff. Stąd scenariusz trochę bardziej skupia się na tym, aby pokazać ich wspólną chemię, a we wszystkich wydarzeniach, które dzieją się dookoła i prowadzą do finału, trochę przykrywa ich winę. Choć jedno i drugie zarówno siebie jak i partnera ciągnie jednoznacznie na ścianę, mamy okazje poczuć w stosunku do nich współczucie. Coś, co byłoby nie do pomyślenia po odłożeniu lektury.
Skutki ich działań pozostają jednak niezmienne. Wichrowe wzgórza nawet w romantycznej wersji Fennell są o ludziach, którzy celowo lub nie, z uwagi na zastaną sytuację lub żądzę zemsty, cały czas robią sobie krzywdę i nie są w stanie zaznać spokoju. Reżyserka chce ubarwić ich relacje, dostosować do czegoś, co gatunkowi puryści chcieliby nazwać melodramatem, bądź bardziej potocznie romansidłem, nie unika jednak destrukcyjnej siły uczucia, które jest istotą oryginalnej inkarnacji tej opowieści. Świetnie jednak, że nie dzieje się to na siłę, a pasuje także do tego, co sama wykreowała na ekranie. Piekło naznaczonej wieloma przeciwnościami miłości Heathcliffa i Catherine otworzy przed nami swe kręgi.

To jednak film Emerald Fennell, a jest ona reżyserką bardzo silnie sprzężoną ze współczesną popkulturą i w jej produkcji nie może zabraknąć akcentów stojących w jasnym kontraście z poważną wymową opowieści i całą atmosferą mrocznego romantyzmu. Każdy, kto w jej debiutanckim, feministycznym kinie zemsty zapamiętał scenę w sklepie, w której Obiecująca. Młoda. Carey Mulligan wraz z Bo Burnhamem tańczą między półkami śpiewając Paris Hilton doskonale wie o czym mówię. Tutaj jedną bronią jest perwersja, a drugą czasem wręcz rubaszny żart albo nawet całe wątki, każące nam patrzeć przez palce na niektóre postacie. O ile stary Earnshaw w takiej konwencji działa, tak Isabella, bodaj najmocniej obrywająca rykoszetem od niszczycielskiej siły miłości głównych bohaterów, już zdecydowanie mniej. Jej wątek, nawet gdy nie wiesz jak bardzo został spłycony, zdaje się doczepiony na siłę. Tak, jak kilka rażących bezcelowym brakiem pruderii scen.
I o ile to, jak ten film podchodzi do opowieści, może podzielić widzów na naprawdę wiele obozów, tak wszystkich ku uciesze oczu powinien złączyć zachwyt nad tym, jak ten film wspaniale wygląda. Choć rozgrywa się głównie w dwóch, niezbyt mocno oddalonych od siebie domostwach oraz na pięknych krajobrazach między nimi, ich wygląd, kolory, dbanie o detal i symbolika zachwyca właściwie na każdym kroku. Tytułowe Wichrowe wzgórza im dalej w las tym odrażają, ale i ciekawią coraz bardziej, a w stojącym w kontraście do nich Drozdowym gnieździe kolor i przestrzeń cały czas gra na przepych połączonym z jednoczesną emocjonalną pustką, jaka panuje w stworzonej na siłę relacji Catherine a Edgarem Lintonem. Nie brak tu kadrów, które ocierają się o granicę kiczu, jednak wszystko jest absolutnie przepiękne.

Choć już Saltburn dzielił publiczność, to pozostanie niczym przy tym, jaki rozstrzał opinii może wywołać trzeci film Emerald Fenell. Wbije on klin zarówno między fanów i znających powieść, jak i tych, którzy chcą po prostu zobaczyć dobry romans na Walentynki, love story na podstawie utworu, który co prawda często jest jako gotycki i klasyczny romans przedstawiany, lecz jego lektura pozwala zauważyć, że z typową romantyczną historią ma tyle wspólnego, co Dzień świra z komedią. Przekornie można powiedzieć, że tym, którzy takiej właśnie historii, w klimacie harlekinów oczekiwali, reżyserka wyszła naprzeciw. Nie adaptuje Wichrowych wzgórz, a odbiór Wichrowych wzgórz, jaki mógł się zrodzić w głowie rozmarzonej 14-latki. Pewnie to właśnie w największym stopniu sprawi, że ta interpretacja, podobnie zresztą jak oryginał, nie ucieknie od kontrowersji. Jest to jednak kolejny film Emerald Fennell, o którym chce się długo rozmawiać. Mam nadzieję więc, już po premierze dalej go odkrywać. Tak na prawdopodobnych kolejnych seansach, jak i poza nimi.
Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina. Kontakt pod [email protected]