Cannes 2018 – dzień 7 i 8: Shoplifters, Asako I & II, Blackkklansman i At War

W ubiegłym tygodniu narzekaliśmy na brak ciekawych filmów w Cannes. Jak to bywa często, finalne dni przyniosły kilka dobry propozycji oraz natłok projekcji, których nie można przegapić.

 Konkurs główny

shoplifters 01

Manbiki kazoku (Shoplifters)

reż. Hirokazu Koreeda

Japoński reżyser ma oko do relacji rodzinnych. Jego najnowszy film jest równie znakomity, co pamiętny Jak ojciec i syn z 2013 roku. Spadkobierca mistrza Yasujiro Ozu oraz społeczny komentator potrafi lirycznie opowiedzieć o związkach między domownikami, ale też dopilnować tego, żebyśmy zrozumieli kontekst ekonomiczny przedstawianej historii. Shoplifters działa doskonale na obydwu poziomach, nie popada w liryzm i dosłowność, nie przypomina taniego melodramatu, ani irytującej agitki.

Ojca i jego siedmioletniego syna z rodziny, o której opowiada w swoim filmie Koreeda, poznajemy na zakupach w supermarkecie. Jednak postacie nie mają zamiaru za nic płacić. Okradanie sklepów ich normalny zwyczaj – pomagając sobie, obserwując pracowników i ochroniarzy, popełniają zbrodnię idealną. Wracając do domu ukradną jeszcze jedno: małą dziewczynkę, siedzącą samotnie na balkonie. Na początku motywuje ich chęć pomocy. Dziecko jest głodne, na zewnątrz jest zimno, a rodziców nigdzie nie widać. Kiedy dorośli postanawiają najedzoną dziewczynkę odstawić na miejsce, słyszą kłótnię pijanych rodziców, obarczających się odpowiedzialnością za jej zniknięcie. „I tak jej nie chciałam” słyszymy zza kadru krzycząca matkę. Może to i lepiej, żeby została na razie pod okiem Osamu i Nobuyi, bo tam przynajmniej ktoś o nią zadba.

Mieszkająca pod Tokio rodzina ledwo wiąże koniec z końcem, a każdy pracuje, jak może. Okradane sklepów jest tylko jednym ze sposobów na przetrwanie. Siostra chłopaka pracuje dorywczo w klubie ze strip-tease’em. Nestorka rodu dostaje regularną emeryturę, jedyny stały dopływ gotówki, po tym, jak Osamu miał wypadek w swojej pracy. Jednak brak pieniędzy zastąpiony jest miłością między domownikami. Dwójka najmłodszych bohaterów zaczyna przejawiać pewne elementy zazdrości, ale to normalne w tym wieku. To nie jest najważniejszym tematem Shoplifters. Z upływem czasu zacznie się wyjaśniać, że związki w oglądanej przez nas rodzinie nie są tak oczywiste, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

Film Koreedy otrzymał gromkie brawa na premierze, bo najwyraźniej trafił do serc wielu widzów. Ujmująca historia doskonale pokazuje w jaki sposób relacje między ludźmi czasami ważniejsze są niż więzi krwi.

Ocena: 85/100

Asako 01 

Nemeto Sametemo (Asako I & II)

reż. Ryusuke Hamaguchi

Drugi japoński tytuł w konkursie głównym spokojnie można traktować jako double bill w zestawieniu z filmem Koreedy. Hamaguchi w delikatny sposób opowiada o niezwykłej relacji między parą młodych ludzi. Asako poznaje Baku w Osace i od razu się w sobie zakochują. Dla jej znajomych jasne jest, że chłopak to tylko kłopoty. I tak się dzieje, kiedy on znika bez śladu z jej życia. Dziewczyna ma złamane serce i wyprowadza się do Tokyo. Tam, po dwóch latach, poznaje Ryohei’ego – jest on kropla w kroplę podobny do jej poprzedniego kochanka. Tylko jest zupełnie innym człowiekiem.

Hamaguchi skupia się w swoim filmie delikatnych relacjach między bohaterami, pyta o źródła fascynacji i wyznaczniki miłości. Asako spotyka się początkowo z Ryoheim tylko dlatego, że przypomina on Baku. Coś jednak w niej pęknie i ta powierzchowna znajomość zamieni się w prawdziwy związek. Tylko czy dziewczyna jest szczęśliwa i czy zapominała o starej miłości. Nietrudno się domyśleć, że bohaterka spotka się z dawnym kochankiem. W Asako I & II rutyna zestawiona zostaje z przygodą, fantazja z rzeczywistością. Obserwacje codziennych, trywialnych zachowań, współgrają z małymi dramatami i absurdami tego świata (trzęsienie ziemi, spotkanie dwóch ludzi o tej samej twarzy). Reżyser świetnie buduje liryczną atmosferę tej nieprzeciętnej, romantycznej historii.

Ocena: 70/100

 Blackkklansman02

BlacKkKlansman

reż. Spike Lee

Historia opowiedziana w tym filmie jest tak nieprawdopodobna, że aż prawdziwa. W latach 70. pierwszy czarnoskóry policjant w Colorado postanowił zinfiltrować organizację Ku Klux Klan, podszywając się przez telefon za białego Amerykanina. Razem z kolegą, który spotykał się z członkami osobiście, zdemaskowali członków społeczności oraz ich plany. Spike Lee używa tej historii jako pretekstu do ciągle obecnego problemu rasowej nierówności w Stanach Zjednoczonych. Policjanci strzelający do Afroamerykanów tylko za to, że mają inny kolor skóry, ciągle są na porządku dziennym. Organizacje neofaszystowskie czują się silne jak nigdy wcześniej, skoro nawet sam Trump nie pogardza ich istnieniem. BlacKkKlansman nie jest zatem niezobowiązującą komedią, ale drzemie w nim wyraźne, polityczne przesłanie.

Owa ideologiczna część filmu jest w pewnym momencie tak mocno podkreślana, że zaczyna irytować. Kolejna aluzja do Trumpa, kolejny przytyk do policji, uszczypliwa uwaga o tym, że Ameryka znów zasługuje na swoją wielkość (odwołanie do hasła prezydenta). Lee nie jest mistrzem delikatnej metafory i jeżeli potrafimy mu to wybaczyć, BlacKkKlansman będzie udanym i satysfakcjonującym seansem. Jest tu mnóstwo humoru z najwyższej półki, budowanego na słownych żartach oraz przypominającej farsę sytuacji: czarni i żyd (Flip, w tej roli Adam Driver) zapisują się do KKK brzmi jak dobry żart. Bohater, Ron Stallworth grany przez Johna Davida Washingtona (syn Denzela), oddaje doskonale dziwną pozycję, w jakiej się znalazł. Jest bez wątpienia częścią czarnej społeczności (afro, ubranie, zainteresowania), ale jest przez nią pogardzany, jako że jest „świnią” (lub polskich odpowiednikiem – psem), częścią systemu, który zniewala jego społeczność. Ron chce zmienić coś od wewnątrz, ale przekonanie do tego nowej sympatii mężczyzny, Patrice (Laura Harrier) nie będzie łatwe. Niestety, z resztą postaci nie jest tak różnorodnie. Policjanci w jednostce bohatera są albo rasistami, albo nie. Delikatne niuanse w świecie Spike’a Lee nie istnieją.

Blackkklansman01

BlacKkKlansman ma piękne kolory i świetne kostiumy, styl epoki oddano doskonale. Narracyjnie w drugiej części filmu napięcie niestety spada, Ron zajmuje się więcej spotkaniami z dziewczyną, niż swoim śledztwem, zostawiając robotę Flipowi. Wątek ten, niezbędny do zbudowania finału, wypada najsłabiej. Natomiast już samo zaskoczeniem jest głośnym, wyraźnym głosem w kwestii rasowej. Nie tylko film nie kończy się na pozytywnej nucie, ale Lee dorzuca jeszcze fragmenty współczesnych nagrań z Charlottesville, gdzie doszło do starć z ultraprawicowymi organizacjami. Pozytywnego zakończenia być nie może, bo przez ostatnie czterdzieści lat niewiele się zmieniło.

Ocena: 60/100

atwar 01 

En guerre (At War)

reż. Stephane Brize

Dziesięciominutowa owacja na stojąco, którą zakończył się pokaz filmu Brize udowadnia, że społeczne sprawy są niezwykle bliskie sercu francuskiej publiczności. Reżyser, który był w Cannes ze znakomitą Miarą człowieka, znów zaangażował Vincenta Lindona do swojego projektu. I wyszedł z tego zwycięsko, bo aktor kolejny raz udowadnia, że jest nieprzeciętnie utalentowany i może zagrać wszystko. W porównaniu z poprzednią produkcją duetu, jego nowa postać jest pełna energii, wygadana i z zaciekłością walczy o sprawiedliwość.

Te cechy będą mu potrzebne, bo Laurent Amédéo jest związkowcem, który reprezentuje pracowników fabryki Perille w rozmowach z zarządem i właścicielami. Firma, mimo przynoszących przez fabrykę zysków, zdecydowała się na zamknięcie działalności. Decyzja motywowana jest sytuacją na rynkach oraz ekonomią, ma jednak za nic ludzi, którzy tam pracują. Wielu z nich po stracie pracy pewnie już nigdy nie znajdzie zatrudnienia. Laurent, razem z kolegami, toczy nierówną walkę o przyszłość ich miejsca pracy. W ogromnej większości At War rozgrywa się w salach podczas spotkań, które z minuty na minutę stają się coraz bardziej gorące. Spotkania przeradzają się w protesty, okupację miejsc pracy, konfrontację z policją. Trwający coraz dłużej pat wpływa na stan strajkujących, którzy powili dają się manipulować, przechodząc na stronę firmy, oferującej sowitą odprawę.

Film rozpoczyna się od cytatu Kto walczy, może przegrać. Kto nie walczy, już przegrał autorstwa Bertolda Brechta. Opowieść o nierównym pojedynku między zachłanną, międzynarodową firmą, zwykłymi ludźmi, każe nam kibicować tym drugim bez chwili zawahania. Najciekawsze jednak, że trafnie udaje się reżyserowi uchwycić panującą wśród pracowników frustrację, ich słabości i strach, które przeradzają się w przemoc. Doskonała analiza współczesnej sytuacji ekonomicznej, film humanistyczny i mocno lewicowy. Ken Loach byłby dumny.

Ocena: 70/100

Zobacz pozostałe artykuły z 71. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?