Emi Buchwald to osoba, której polskie kino potrzebowało. Jej pełnometrażowy debiut, Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej, to film pełen uczuć, zrozumienia potrzeb młodych osób, a przede wszystkim – miłości do kina. Nic dziwnego, że o Emi i jej debiucie mówi się cały czas od ostatniego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – to właśnie tam pierwsi widzowie pokochali jej „Duchy”, a film otrzymał nagrody w czterech kategoriach. Niecałe dwa tygodnie temu Emi zdobyła również Orła za Odkrycie roku.
My mieliśmy okazję porozmawiać z reżyserką oraz współscenarzystką Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej, która opowiedziała nam o swoim debiucie oraz o procesie jego powstawania.
Zapraszamy do lektury naszego wywiadu z Emi Buchwald oraz do oglądania jej filmu, który od zeszłego piątku jest już w stałej dystrybucji kinowej.
Agata Karasińska: Moje pierwsze pytanie będzie pewnie dość nietypowe. Ale jako studentka filmoznawstwa czuję, że po prostu muszę je zadać - czy Ty lubisz nurt Nowej Fali?
Emi Buchwald: (śmiech) Bardzo lubię. Nowa Fala spowodowała, że zaczęłam w ogóle robić filmy. Mimo, że wydarzyła się dużo wcześniej niż się urodziłam.
Oczywiście na początku oglądałam głównie kino amerykańskie, które trafiało do mnie jako do bardzo młodej osoby. Aż w pewnym momencie zobaczyłam Męski-żeński Godarda i pomyślałam sobie: „Wow, tak też można robić filmy”. Czyli niepotrzebna jest wielka ekipa i całe to zamieszanie, które trochę mnie przerażało. I pomyślałam też sobie, że jeżeli miałabym robić filmy, to chciałabym je robić właśnie w ten sposób. Czyli trochę bardziej dokumentalnie, w żywej tkance miejskiej, z bliskimi, młodymi ludźmi, w takim ruchu i spontaniczności jak we francuskiej Nowej Fali.
AK: Oczywiście pytam w nawiązaniu do Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej. Jeden mój kolega po obejrzeniu uznał, że „polska Nowa Fala jest coraz bliżej”. Sama o tym nie myślałam, ale kiedy przeczytałam jego opinię, pomyślałam: „kurczę, no coś w tym jest!”.
EB: Nie miałabym nic przeciwko, żeby nasz film stał się zalążkiem Polskiej Nowej Fali. To byłoby niezłe. (śmiech)
AK: Zwłaszcza, skoro mówisz, że Nowa Fala ukształtowała Cię jako twórcę.
EB: Była jednym z ważnych, kształtujących elementów, tak. Z drugiej strony finansowanie filmów młodych ludzi, debiutantów, wpływa na nasz sposób działania. Nie dostajemy takich budżetów, jak nasi starsi koledzy. Co może jest w jakimś sensie zrozumiałe. Teraz powstał nowy program debiutów w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej z silniejszym wsparciem pierwszych filmów. Ale wcześniej była sekcja mikrobudżetów z finansowaniem poniżej miliona złotych. Poza tym, a z mojej perspektywy przede wszystkim, jest Studio Munka, które produkuje dwa pełnometrażowe filmy rocznie, ale te budżety też są malutkie. Ledwo pozwalają na symboliczne wynagrodzenia dla twórców. W związku z tym, że jesteśmy trochę spychani na bok, siłą rzeczy robimy te filmy tak, jak robili to właśnie nasi poprzednicy, Nowofalowcy. Dlatego te produkcje mogą mieć sporo podobieństw. Nie tylko z powodu podejścia, ale też warunków. Dobrym przykładem jest to, że nie możemy zamknąć ulicy, żeby kręcić w mieście. Musimy naprawdę wejść w korek i stać z kamerą na balkonie jakiegoś przypadkowego mieszkania, które ktoś nam użyczył i pozwolił wejść. Oczywiście to mi się też bardzo podoba, bo lubię taki szalony sposób działania.
AK: Podobno najlepsze historie w filmach to te oparte na życiu i ja się z tym w sumie zgadzam. Teraz pytanie – ile w Twoim filmie jest inspiracji Twoim życiem, a ile jest po prostu wymyślonej historii?
EB: Punktem wyjścia Duchów jest w jakimś stopniu moje życie i moje doświadczenia, a właściwie nasze doświadczenia, bo mam też na myśli moje rodzeństwo, którego mam pięcioro. W filmie towarzyszymy czwórce bohaterów, więc już tu nastąpiła pewna kondensacja, nie jest dokładnie tak samo. Sporo emocji i sytuacji odnosi się faktycznie do tego, co przeżyliśmy. Ale są to doświadczenia jeszcze szerzej kolektywne, bo pracuję ze współscenarzystą, Karolem Marczakiem, który też ma rodzeństwo. Ale jednak konstruując scenariusz, trzeba odpowiedzieć na potrzeby filmu, więc odchodzimy od tego, co wydarzyło się naprawdę. Gdyby wykorzystywać nasze doświadczenia tak stuprocentowo, film mógłby stać się zrozumiały tylko dla nas. A chodzi jednak o to, żeby zrobić coś, co będzie w miarę uniwersalne. Co spowoduje, że widzowie będą mogli znaleźć tam siebie albo kogoś, kogo znają.
AK: A czy rodzeństwo pomagało Ci na którymś etapie realizowanie filmu?
EB: Tak, część z mojego rodzeństwa też zajmuje się różnego rodzaju sztuką.
Mój starszy brat, Kuba Maria Mazurkiewicz, jest autorem oryginalnego plakatu do Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej, tego z Dusiołkiem. Stworzył też całą typografię w filmie, czyli napisy początkowe, końcowe, rozdziały. Dla mnie to jest tak samo istotne jak cała reszta filmu, bo mam poczucie, że te elementy też tworzą opowieść.
Z kolei dzięki naszemu przyjacielowi z dzieciństwa, Jankowi Owczarkowi, który jest kuratorem sztuki w Muzeum Literatury w Warszawie, mogliśmy powiesić tam obraz z nocną marą, na którą patrzy Benek. Do tego Kuba, Janek i moja młodsza siostra, Sara Francuz, projektantka przedmiotów, pomogli nam wymyślić to, jak wystawa Jany morfuje. Czym jest na początku, a czym jest na końcu jako igloo w domu. Jako dzieci robiliśmy bazy z materacy, poduszek i kołder. Spędzaliśmy tam razem czas, bawiliśmy się, więc to trochę odwołanie do czasów dzieciństwa. Z kolei moi młodsi bracia, Tymek i Jonasz Mazurkiewicz, pomogli mi w sferze muzycznej. Dzięki nim dostałam sporo kawałków od młodych muzyków, z którymi się przyjaźnią.
AK: Czyli to jest właściwie taka rodzinna produkcja.
EB: Tak, myślę, że bez tego film w ogóle by nie powstał w takim kształcie. Udało się też dzięki wsparciu rodziny, przyjaciół, ludzi, z którymi współpracowaliśmy przez lata. Dzięki temu wszystko spięło się w całość. I właśnie w tym tkwi ogromna wartość.
AK: Wrócę jeszcze na chwilę do scenariusza Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej. Bo jak mówisz - jesteś jego współautorką. Czy pisanie scenariusza z drugą osobą jest ograniczające, czy jednak rozwijające?
EB: No właśnie, to jest dobre pytanie. Panuje takie przeświadczenie, że kino autorskie wymaga, żeby reżyserka, czy reżyser byli również jedynymi scenarzystami swoich filmów. Dlatego istnieje lęk przed zapraszaniem współscenarzystki lub współscenarzysty do współpracy. I ja też się tego bałam.
Postanowiłam jednak, że chcę pisać szybciej, sprawniej i nie chcę, żeby ta pusta kartka była tak przerażająca. Zaprosiłam współscenarzystę, który był wtedy jeszcze studentem w Szkole Filmowej w Łodzi – wspomnianego Karola. Nie za bardzo miałam pojęcie jak on pisze, więc to była decyzja intuicyjna. Ale też zrobiłam to z premedytacją, bo nie chciałam pracować z wielkim, uznanym scenarzystą, który ma już wypracowany swój język i mógłby chcieć mi go narzucić. Chciałam, żeby ktoś wszedł ze mną w dialog.
Kiedy piszę sama, ciągle się oceniam i podważam swoje pomysły. A kiedy zaczęliśmy współpracę, ten wewnętrzny krytyk odpuścił, bo się nakręcamy i otwierają się kolejne okienka w głowie. Dzięki temu ta praca jest też bardziej uformowana. We dwójkę zawsze coś się dzieje, nawet jeśli są mniej kreatywne dni.
Z mojej perspektywy współpraca z Karolem bardzo mi pomogła, nie wykluczając przy okazji autorskości. To jest mit, że ciężko pracować ze współscenarzystą, kiedy robi się tego rodzaju kino.
AK: Czyli jednak to bardziej rozwijające doświadczenie!
EB: Według mnie tak. Praca nad tekstem wymaga gigantycznego skupienia. Wymyślasz coś od zera. Możesz opowiedzieć o wszystkim. I często pojawia się moment zwątpienia. A kiedy piszę ze współscenarzystą i mam jakiś pomysł, ale myślę, że jest głupi, to i tak mówię go na głos i nagle okazuje się, że odbijamy się od tego “głupiego pomysłu” i pojawia się bardzo dobre rozwiązanie. W tej dwuosobowej pracy istotne jest to, żeby słuchać siebie i pozwolić sobie nawzajem mówić.
AK: A co było dla Ciebie najtrudniejsze przy pracy nad Duchami?
EB: Myślę, że najtrudniejsze były jednak kwestie finansowe, bo one wpłynęły również na ilość dni zdjęciowych. Wyszliśmy od 16 dni, skończyliśmy na 20, bo dostaliśmy dodatkowe pieniądze z Mazowieckiego Funduszu Filmowego. Jak na ilość materiału, lokacji, warunków, to bardzo mało czasu.
Zazwyczaj na planie fabuły pracuje się maksymalnie nad czterema stronami tekstu – nam zdarzyło się osiem. Do tego mieliśmy też małą ekipę, czyli często niewystarczającą ilość ludzi, dlatego miejskie, samochodowe sytuacje z dużą ilością przerzutów były karkołomne.
Oglądałam ostatnio filmik z Davidem Lynchem, który wścieka się, że nie może po prostu pomyśleć na planie. Wszystko musi dziać się tak szybko, a on chciałby usiąść i popatrzeć. A nie da się, bo nie ma czasu. Może więc nigdy nie ma go wystarczająco, niezależnie od tego, na jakim etapie twórczym jesteś.
AK: A jednak pomimo niełatwych warunków udało się. W dodatku Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej zbiera świetne recenzje. Mnie oczywiście również się podobał. Film zaraz wchodzi do kin, zdobywa nominacje, nagrody, cały czas organizowane są specjalne pokazy. Czy teraz z perspektywy czasu czujesz satysfakcję czy jednak masz takie poczucie, że coś byś zrobiła inaczej?
EB: Staram się odrzucać od siebie tego typu myśli. Kiedy pracuję nad filmem, chcę być jak najbardziej obecna na każdym etapie, pracując ze wszystkimi współtwórcami. Wiem, że od tego momentu zależy to jak film będzie wyglądał już zawsze, nie chcę później żałować, że czegoś nie dopięłam. Czuję, że wszyscy byliśmy zaangażowani i zrobiliśmy to, najlepiej jak mogliśmy w warunkach, które dostaliśmy. Podjęłam decyzje, które wydawały mi się wtedy najlepsze. Chwilę po planie rozpiera cię euforia, działa adrenalina, po czym idziesz na montaż i musisz zobaczyć ten film na nowo. Czasem jest to trudne, pojawia się moment zwątpienia. Pierwsze tygodnie montażu były dla mnie rollercoasterem miłości i nienawiści. Ale kiedy już ten film skończyłam ze świadomością, że już do tego nie wrócę, zaakceptowałam to, że jest taki, jaki jest.
AK: Widać, że Twój film powstał z absolutnej miłości do kina. Jest to też kino bardzo minimalistyczne i niekomercyjne, które w Polsce jest jednak wciąż dość niepopularne. A jednak o tym tytule mówi się cały czas. Czy ty w ogóle spodziewałaś się takiego odbioru?
EB: Nie, w ogóle nie spodziewałam się takiego odbioru. Nikt z nas się nie spodziewał. Myślałam, że tworzę film dla swojego rodzeństwa, o sprawach dla mnie istotnych, ze świadomością, że nie musi on trafić do szerokiej publiczności. Wiedziałam, że opowiadam również formą – powolną, specyficzną, operującą środkami wymagającymi czasem dużego skupienia. Myślałam raczej, że będzie podobnie jak z krótkimi filmami, które robiłam do tej pory. Czyli, że ten film również znajdzie swoich odbiorców, ale będzie to nisza. Ostatecznie wyszło trochę poza niszę, mimo że nie mieliśmy nawet za bardzo budżetu na promocję tego filmu. To wszystko wydarzyło się dzięki ludziom, dzięki temu, że chcą dzielić się tym filmem. Myślę, że potrzebne jest takie kino w Polsce.
Od kiedy zaczęłam studiować w Szkole Filmowej w Łodzi, miałam poczucie, że polskie filmy bardzo rzadko rezonują ze mną, z moimi doświadczeniami. Oczywiście zdarzały się bliskie mi rzeczy, niektóre byłam w stanie docenić na poziomie artystycznym, ale większość pozostawała mi odległa. Dlatego zaczęłam szukać swoich tematów i języka już przy etiudach. I okazało się, że trochę ludzi miało podobne myślenie i potrzeby.
AK: Rozmawiając z osobami z mojej szkoły filmowej, mam wrażenie, że Twój film jest ważny szczególnie właśnie dla młodych osób, młodych twórców. Sama zaczynałaś od etiud szkolnych, od krótkich metraży, aż w końcu powstał debiut pełnometrażowy. Marzenie chyba każdego początkującego twórcy. Czy teraz, z perspektywy osoby już po debiucie, masz jakieś rady dla młodych osób, które chcą dopiero w to kino wejść?
EB: Myślę, że ciekawa w tym kontekście jest moja droga współpracy z Karolem. Zaprosiłam go do pisania innego filmu niż Duchy. Ten film jeszcze nie powstał. Jest dużo bardziej skomplikowany i, jak się okazało, wymagał też większej dojrzałości od nas jako scenarzystów i jako ludzi. W pewnym momencie zmęczyło nas ciągłe rozkminianie przeszłości bohaterów. Wpadliśmy na pomysły zrobienia krótkiego filmu, który działby się tylko “tu i teraz”. Tak powstała Piękna Łąka Kwietna.
Później wróciliśmy do tego pełnego metrażu, na który dostaliśmy w międzyczasie stypendium scenariuszowe w PISFie. Producenci byli zainteresowani moim debiutem, ale ostatecznie nie udało się nawiązać satysfakcjonującej współpracy. Czułam, że to trochę potrwa, a skończyłam szkołę już parę lat wcześniej i bardzo chciałam zrobić pierwszy długi film. Zamiast tego zrealizowałam jeszcze krótki dokument Echo. W międzyczasie działo się życie, a w nim zmiany dotyczące relacji w rodzeństwie. Poczułam potrzebę napisania o tym. Zaczęliśmy zbierać z Karolem notatki i z tego wyłonił się pomysł: film w rozdziałach o rodzeństwie, który będzie prosty produkcyjnie i szybki do zrobienia. Okazało się, że trwał akurat nabór do programu “60 minut” w Studio Munka. Napisaliśmy scenariusz w miesiąc. Złożyliśmy go oczywiście z tych wszystkich notatek i pomysłów, które zbieraliśmy dłużej niż miesiąc, ale była to spontaniczna akcja, podobnie jak z Piękną łąką kwietną. No i się udało.
Myślę, że to jest dowód na to, że nie ma co się fiksować na tę jedną wielką ideę, na ten jeden wielki film, który chcesz zrobić już jako debiut. Warto otwierać się na różne spontaniczne pomysły, które pojawiają się w międzyczasie, bo może okazać się, że one właśnie sprawią, że pójdziesz dalej. Dzięki temu debiut przestaje być wielką, napęczniałą bańką. Robiąc te wszystkie małe filmy, budowałam w sobie podejście, że jak się nie udadzą, to nikt ich nie zauważy, najwyżej nie dostaniemy się na żaden festiwal, ale będę miała z głowy kwestię debiutu. Takie myślenie bardzo odciążyło mnie z tej presji, którą czułam i którą pewnie podziela wiele osób.
AK: Muszę zadać jeszcze pytanie jako osoba, która niestety notorycznie przekręca tytuł Twojego filmu, ponieważ albo usuwam mieszkanie, albo dodaję ulicę. Czy na którymś etapie produkcji usłyszałaś: „Emi, może ten tytuł jest za długi…”?
EB: No właśnie zaskakująco nie! To nigdy nie było tematem. Może dlatego, że dystrybutor pojawił się bardzo późno. I pewnie gdyby był z nami na wcześniejszych etapach, miałby jakieś zastrzeżenia. Ale pamiętajmy, że zrealizowałam film w Studio Munka. To miejsce, które daje dużą wolność twórczą, chodzi o zrobienie czegoś autorskiego. Producenci, Jurek Kapuściński i Kasia Malinowska, wręcz zachęcają do tego typu niestandardowych pomysłów. Myślę, że wielu producentów pracujących w bardziej standardowym systemie finansowania mogłoby powiedzieć: „widzowie nie zapamiętają tytułu” albo “po co te czernie i rozdziały?”. W Studio Munka istnieje przestrzeń na tego typu rozwiązania.
AK: I jeszcze ostatnie pytanie – dlaczego według Ciebie warto obejrzeć film Nie ma duchów w mieszkaniu na dobrej?
EB: To film, który zaprasza do pewnego bardzo specyficznego świata. Nie opowiadamy o jakiejś uśrednionej wersji młodego Polaka, nie powielamy stereotypów. Pokazujemy, że ludzie są różni. Nie oceniamy ich, tylko wsłuchujemy się w ich głosy. Opowiadamy o nich, pozostawiając widzowi przestrzeń na własne przemyślenia i przeżycia. I to jest dla mnie najważniejsze. Takie kino chcę robić – idziesz na seans, a my otwieramy przed tobą świat, do którego możesz wnieść tyle interpretacji i emocji, ile chcesz. Dla takich doświadczeń warto chodzić do kina.
Ilustracja wprowadzająca dzięki uprzejmości Emi Buchwald. Fot.: Janusz Szymański
Zakochana w filmach i muzyce, a także ich połączeniu w postaci musicali. Pierwszą część Harry'ego Pottera oglądała prawdopodobnie, zanim nauczyła się mówić. Typowy geek, którego mieszkanie pełne jest figurek, plakatów kinowych i płyt CD.