Tymoteusz Wójcik: Z powieści Drakula Brama Strokera czerpałeś w dwóch różnych wiekach, zarówno podczas pracy nad filmem z 1992 jak i przy Demeter: Przebudzenie zła. Co sądzisz o tym tekście?
James V. Hart: Wychowywałem się w Teksasie i wówczas jeździłem do kin samochodowych na filmy o Drakuli. Oglądałem między innymi serię o tytułowym wampirze studia Hammer, oraz dzieło o nazwie Billy the Kid kontra Dracula. Filmy te były kiczowatymi i mało strasznymi produkcjami, ale jednocześnie dawały frajdę, a przez to były popularne. Dodatkowo główna obsada z wymienionej serii, to znaczy Christopher Lee (Hrabia Drakula) i Peter Cushing (Doktor Van Helsing) byli prawdziwymi ikonami kina. Jakiś czas później sięgnąłem po powieść i był to naprawdę niesamowity, porywający i gotycki horror. Odkryłem też, że w książce mój krajan z tego samego stanu, zabija Drakulę nożem Bowie, a nie kołkiem w serce. Zacząłem się wtedy zastanawiać, dlaczego nikt nie nakręcił tego filmu, wiernie oddając tekst źródłowy. W Hollywood nie chcieli mnie jednak słuchać, wszyscy twierdzili, że ta historia pojawiła się w kinie już setki razy. Było to jednak błędne przekonanie, w końcu najbardziej popularna kreacja Drakuli, ta Bela Lugosiego pochodząca ze sztuki teatralnej (Johna L. Balderstona i Hamiltona Deane), nie miała za dużo wspólnego z samą książką.
Ostatecznie moja przyjaciółka Karen Moore, z jednej ze stacji telewizyjnych, zrobiła mi przysługę i zaoferowała opłatę za napisanie tej historii w formie scenariusza na film telewizyjny. W tworzeniu, najbardziej zainspirował mnie Frank Langell, podczas premiery swojego spektaklu w Nowym Yorku. Była to pierwsza tego typu wizja Drakuli - przystojnego i charyzmatycznego amanta. Po spektaklu jedna z kobiet siedząca w rzędzie przede mną, powiedziała do drugiej stosunkowo głośno, że wolałaby spędzić martwa jedną noc z Drakulą, niż żywa, resztę życia z mężem. Wtedy zrozumiałem, że należy opowiedzieć tę historię z perspektywy kobiet, to kobiecy film. Wszystkie poprzednie wizje Drakuli prezentowały historię herosów chroniących kobiety przez potworem. Usłyszany wówczas komentarz nadał cel mojej pracy nad scenariuszem.

fot. kadr z filmu Drakula
TW: Czy mógłbyś opowiedzieć historię, o tym jak scenariusz Drakuli trafił do Coppoli?
JVH: Moja przyjaciółka, o której wspomniałem wcześniej, dała mi na moje zadanie rok. Budżet telewizyjny nie pozwalał jednak na odpowiednią realizację tego projektu. Z kolei w tym samym czasie, Winona Ryder szukała sposobu na otrzymanie roli dorosłej postaci. Na ten moment miała dziewiętnaście lat i była młodzieżową ikoną filmów takich jak Sok z żuka czy Śmiertelne zauroczenie. W związku ze swoją popularnością otrzymywała wiele najróżniejszych scenariuszy, z nich wszystkich wybrała jednak Drakulę. Oprócz wcześniej wspomnianego powodu, chciała również wyjść z jakimś projektem na zgodę, aby zrewanżować się Coppoli. Ich drogi się rozeszły, kiedy zrezygnowała z roli w Ojcu chrzestnym III. Postanowiła więc poprosić reżysera o radę czy warto brać udział w tym projekcie. Okazało się, że ulubioną książka reżysera była właśnie ta Brama Strokera. Kiedy pracował jako opiekun na obozach uwielbiał czytać ją głośno i straszyć obozowiczów, aby czym prędzej szli do łóżek. Podobno po przeczytaniu scenariusza wezwał natychmiast Winonę i powiedział, że aktorka zdecydowanie powinna zagrać w tym filmie. Przy okazji dopytał kto ma go reżyserować - na tym etapie nie było nikogo. Moja kariera była skończona, bowiem był to mój najlepszy scenariusz, a jednocześnie projekt był martwy. Gdyby nie Winona to ten tekst nigdy by nie dotarł do Coppoli, w związku z tym jestem jej dozgonnie wdzięczny. Z kolei zasługą mojego agenta Johna Levina było ostateczne wprowadzenie do projektu firmy Sony, która jako jedyna zgodziła się na kolejny film Coppoli. Zaczęliśmy od nowa, ale ciążył nad nami cień porażki ostatniego Ojca chrzestnego. Drakula miał być swoistym powrotem reżysera.

fot. kadr z filmu Drakula
TW: Jednym z istotnych elementów filmu jest muzyka, napisana przez polskiego kompozytora Wojciecha Kilara. Jakie uczucie ci towarzyszyło, kiedy obejrzałeś końcową wersję filmu, z akompaniującą jej ścieżką dźwiękowa?
JVH: Coppola jest bardzo wyczulony na rolę ścieżki dźwiękowej w filmie, ponieważ jego ojciec był kompozytorem. Francis nie chciał mieć przy tym projekcie artysty z USA, tylko kogoś kto był z Europy Wschodniej. Zależało mu, żeby ten film o Drakuli był inny niż wszystkie, które do tego momentu widział. Ostatecznie wykorzystanie niehollywoodzkiego kompozytora nadało całej ścieżce bardzo oryginalny i międzynarodowy nastrój. Kiedyś przed premierą Francis odtworzył mi temat otwierający film i poczułem, że jest to rzeczywiście coś szczególnego. Widzowie, kiedy słyszą tę muzykę podczas seansu mają dreszcze. Z całej ścieżki na pewno wyróżnić należy temat miłosny, który jest wyjątkowo piękny. Bez dwóch zdań wkład Wojciecha w ten projekt był ogromny.
TW: Czy masz swoją ulubioną scenę w Drakuli?
JVH: Jedną z nich jest na pewno, spotkanie bohaterów w kawiarni na randce, oboje są wówczas pięknie ubrani. Drakula zaczyna Minie opowiadać o możliwościach reinkarnacji i wówczas zamienia łzy w diamenty, co oczywiście nawiązuje do francuskiej Pięknej i Bestii. Wydaję mi się, że ta scena nie pochodzi z książki, ale jest to część romansu, który stworzyłem, żeby rozwinąć historię. Moment ten cały czas uświadamia mi, jak blisko Gary i Winona byli w tej scenie, co jest ciekawym kontrastem, bo za sobą zupełnie nie przepadali. Kolejną ważną dla mnie sceną jest, pierwsze spotkanie bohaterów na ulicy Londynu, a także cała sekwencja z wilkiem. Tej drugiej również nie ma w książce. Trzy wymienione sceny, zwłaszcza ta z wilkiem, są moimi ulubionymi, ponieważ są bardzo oryginalne, pasują do historii, którą opowiadamy, a także do samego Strokera. Wszystkie elementy z oryginału, takie jak: Mina wymieniająca się krwią z Drakulą i nabyta przez nią w ten sposób empatia do wampira, wypowiedź Miny na temat tego, że Van Helsing podziwia i szanuje oponenta, zainspirowały mnie do stworzenie romansu. Dodatkowo dumny jestem z tych scen, ponieważ aktorzy nalegali na odegranie dialogów dokładnie tak jak w scenariuszu.

fot. kadr z filmu Drakula
TW: Co było dla ciebie najistotniejsze podczas tworzenia adaptacji filmowych Drakuli i Frankensteina?
JVH: Jedną z rzeczy, która mnie dotknęła, kiedy po raz pierwszy czytałem Drakulę, to że nikt nigdy nie przedstawił tej postaci jako rycerza służącego Chrystusowi, bohatera, który bronił Chrześcijaństwa. Cała sekwencja otwierająca mój film znajduje się w książce, a nikt tego nie wykorzystał. Dodatkowo zrobiłem swój własny reserach i odkryłem, że Vlad był członkiem świętego zakonu. To w połączeniu z książkowym tragicznym losem jego żony, spowodowało, że od razu wiedziałem, jak trzeba ukazać historię w moim filmie. Francis zrozumiał tę wizję i zaprosił do projektu Eiko Ishiokę, aby stworzyła kostiumy i ostatecznie zrobiła to bardzo dobrze, nadając im zupełnie odmienny charakter, od tego co widzieliśmy do tej pory. Vlad był w połowie Turkiem, w połowie Mongołem, a przy tym Wschodnim Europejczykiem i na bazie tego znaleźliśmy sposób, żeby zmieszać historycznego Drakulę z tym fikcyjnym.
Z kolei, jeżeli chodzi o Frankensteina muszę szczerze powiedzieć, że był on rozczarowaniem. Oryginalnie historia miała skupić się na potworze. Jednak, kiedy Brannagh przejął stery reżyserskie znacznie to zbalansował. W książkach Marie Shelley potwór był przystojny, młody i charyzmatyczny. Z kolei Karloff, tak samo jak Bill Lugosi w wypadku Drakuli, zaszczepił w wyobraźni widzów jak ta istota może wyglądać. De Niro wpisywał się w ten trochę błędny obraz, tego ohydnego połatanego potwora.
Uważam, że oryginalnie scenariusz Franka Darabonta był niesamowity. Uwielbiam to co zrobił z Panną Młodą, był to wątek nowy, nie napisany przez Shelley. Stanowił on genialną innowację do adaptacji. Jednakże, to dopiero teraz Guillermo del Toro zrobił tę ekranizację dobrze. Co warto zaznaczyć, nikt nie zaadaptował całego tekstu książki Marie Shelley. Zawsze musieliśmy ją zmieniać i tworzyć scenariusz, tak żeby był odpowiedni dla filmu. Przykładowo nikt nie zaadaptował wieku w jakim są bohaterowie oryginalnie. W książce wszyscy byli bardzo młodzi, Victor był dwudziestolatkiem, kiedy poszedł na uczelnię medyczną. Ja i mój syn chcieliśmy kiedyś przełożyć tę książkę na serial przykładając większą wagę do oryginału. Może kiedyś nam się to uda i na przykład będziemy kręcić w Polsce.

fot. kadr z filmu Drakula
TW: Na pewno byłoby to coś ciekawego. Serdecznie zapraszam. A co jest Twoim zdaniem kluczowe w stworzeniu odpowiedniej adaptacji?
JVH: Stworzyłem bardzo dużo adaptacji i uważam, że kluczowym jest uhonorowanie oryginalnych zamiarów autora i jego wizji, nawet mimo tego, że będziesz musiał wprowadzić zmiany. Film nigdy nie będzie taki sam jak książka. Najlepsza adaptacja, to ta którą widzowie mają w swojej głowie, kiedy czytają książkę. To jest ta wizja, z którą konkurujesz tworząc film. Dlatego tak wielu ludzi powie, że książka była lepsza, albo zaczną zadawać pytania o zasadność zmieniania przez twórców niektórych wątków.
Zawsze wyszukuję te elementy, których zmiana spowoduje uniemożliwienie przedstawienia historii. Jeżeli jest coś co mogę usunąć i jednocześnie nie ucierpi na tym fabuła, to znaczy, że to do niej nie należało. Dodatkowo zadaję sobie pytanie, jaką historię opowiadam, kto jest głównym bohaterem, czyje losy śledzimy. W ten sposób tworzę listę elementów niezbędnych. Tak o to uzyskuję pierwszy szkielet czym adaptacja powinna być. W tym kontekście Broker był świetny, ponieważ musiałem wyrzucić połowę książki. Francis jednak tak to wyreżyserował, że zupełnie tego nie widać. Wykonał mistrzowską robotę, aby ten scenariusz z nim współgrał.
Absolwent szkoły muzycznej I stopnia. Miłośnik kina i szeroko rozumianej popkultury. Korespondent z Festiwalu Filmowego w Cannes. Były zawodnik footballu amerykańskiego, a także Mistrz Polski Juniorów w tej dyscyplinie.