To budujące, że polskie kino pojawia się za granicą – rozmawiamy z Michaliną Łabacz

W ubiegłym tygodniu mieliśmy okazję uczestniczyć w spotkaniu prasowym z obsadą serialu TVN Pod powierzchnią. Wywiad z jego gwiazdą Marią Kowalską, przeczytacie TUTAJ, natomiast drugą z członkiń obsady, która odpowiedziała na nasze pytania, była Michalina Łabacz, aktorka znana z Teatru Narodowego, ale również z drugiego sezonu serialu Belfer i oczywiście Wołynia Wojciecha Smarzowskiego. O tym co sądzi o swojej niejednoznacznej postaci z serialu TVN, dlaczego tak nieśmiała i skromna dziewczyna nie gra nieśmiałych i skromnych dziewczyn oraz co robiła z Wołyniem w Brazylii przeczytacie w poniższej rozmowie, którą, podobnie jak poprzednio, przeprowadzili Jan Tracz i Łukasz Kołakowski:

Zobacz również: Fight Room – Piotr Stramowski w najnowszym odcinku podcastu Movies Room!

ŁK: W drugim sezonie Pod powierzchnią Twoja rola jest dużo większa niż, choć znaczący, to jednak epizod z pierwszego. Czy na etapie pierwszej części wiedziałaś już nieco więcej o planach na swoją postać?

Szczerze mówiąc był to bardzo ważny czynnik wpływający na decyzję o wzięciu udziału w tym projekcie. Chciałam wiedzieć jak najwięcej o mojej postaci i jej rozwoju w kolejnym sezonie,. Już wtedy bardzo spodobały mi się plany producentów i scenarzystów, bo dzieje się naprawdę sporo i nic nie jest takie, jak mogłoby się wydawać. Myślę, że widz będzie miał dużo frajdy, rozwiązując tę zagadkę.

ŁK: Pewnie więc w tej niejednoznaczności jesteś w stanie jakoś wytłumaczyć postępowanie swojej Igi?

Ja ją osobiście bardzo lubię, dlatego liczę, że widz również zobaczy w niej coś więcej. Są sytuacje w życiu, w których jesteśmy w stanie zrobić wszystko, bez względu na konsekwencje.

JT: Czy w serialu dochodzi do konfrontacji między Igą a Martą?

Nie wiem, jak dużo mogę w tym przypadku powiedzieć. Nie powiem nie…

fot. Jarosław Antoniak

JT: Twoją postać można nazwać matką tragiczną. To ponowna rola w którym twoja bohaterka walczy z wyzwaniami, związanymi z rodzicielstwem. Czym akurat ten występ się wyróżnia?

To zupełnie inna historia, inna rola i zadanie do wykonania. Widz z odcinka na odcinek dowiaduje się więcej o przeszłości Igi, która zmaga się ze swoimi słabościami. Kolejny raz miałam okazję pracować z dziećmi, z czego bardzo się cieszę. To spotkanie różniło się od tego z Wołynia, bo i okoliczności były inne. Cel jednak był ten sam, chciałam, żeby moja relacja z dzieckiem była jak najbardziej wiarygodna i prawdziwa. Mam nadzieję, że się udało.

ŁK: Oprócz dzieci ważną rolę w życiu Igi pełnią środki odurzające. Grasz w serialu sceny pod wpływem. Czy miałaś jakieś inspiracja w ich odrywaniu?

Starałam się przede wszystkim dowiedzieć, co takiego mogła wziąć Iga, jakie są tego skutki i jak w danej sytuacji mogłaby się zachować będąc właśnie pod wpływem. Sama doświadczenia, nie mam, więc zadziałała wyobraźnia.

JT: Za co cenisz Pod powierzchnią? Co Cię kupiło w tych dwóch sezonach?

Dotykamy w nim bardzo powszednich tematów, przez co zbliżamy się do ludzi. Sama jako widz chce oglądać rzeczy które naprawdę mnie poruszają, dotykają i nie przechodzę obok nich obojętnie. Jest to też serial bardzo kobiecy, posiadający silne bohaterki, których charaktery spotykają się i krzyżują. Ale również o miłości, także tej matczynej i przekraczaniu własnych granic. A gdzieś obok jest intrygująca i niejednoznaczna zagadka kryminalna.

JT: Co charakter twojej postaci wnosi do melancholijnej atmosfery serialu?

Zamęt, napięcie i tajemnicę (śmiech). A jak wyszło ocenią widzowie.

fot. Robert Pałka

JT: Czy po roli w Wołyniu spodziewałaś się, że Twoja kariera nabierze takiego tempa?

Prawdę mówiąc, w ogóle się nad tym nie zastanawiałam, chciałam po prostu jak najlepiej i najuczciwiej wykonać swoją pracę. Później samo poszło. I jestem szczęśliwa. Zawsze staram się kierować intuicją, wybierając nowe wyzwania i nowe doświadczenia.

JT: Wychodzi więc na to, że Pod powierzchnią było mądrym wyborem (śmiech). Dlaczego?

Przede wszystkim ze względu na scenariusz i wątek mojej postaci. Do tego doszła wspaniała obsada, reżyserzy i reszta ekipy. Wszystko to sprawiło, że z przyjemnością wzięłam udział w tym projekcie.

ŁK: W rozmowach widać, jak i również sama podkreślasz, że jesteś skromną, nieśmiałą osobą. Natomiast nigdy w karierze nie zagrałaś skromnej nieśmiałej dziewczyny…

Naprawdę? (śmiech)

ŁK: Zdecydowanie. Dlaczego więc wybierasz takie role, nieprzystające do Twojej osobowości?

Nie wiem, może trzeba zapytać o to reżyserów z którymi miałam szansę pracować. Myśle, ze to ciekawsze i większe wyzwanie, kiedy gramy dalej od nas, czyli nie po warunkach. Fajnie jest pokazać siebie z różnych stron, to jedna z wielkich zalet tego zawodu. Możemy odkrywać swoje oblicza, zarówno jasne, jak i ciemne. Być kimkolwiek sobie wymarzymy.

fot. Jan Tracz

ŁK: Ci, którzy raczej omijają piękny budynek przy Placu Teatralnym, mogli się stęsknić za twoimi rolami, szczególnie tymi na dużym ekranie. Czy możesz nam uchylić rąbka tajemnicy, czy możemy się Ciebie spodziewać w kinowej produkcji w najbliższym czasie?

Na razie nie chcę nic zdradzać… Przede mną wakacje, a potem dwa teatry telewizji. Poza tym mogę serdecznie zaprosić do Teatru Narodowego. Jestem  świeżo po premierze Jak być kochaną w reżyserii Leny Frankiewicz z m.in. Gabrielą Muskałą i Janem Fryczem w obsadzie. W listopadzie natomiast kolejna premiera, Letnicy w reżyserii Macieja Prusa. Na nią również gorąco zapraszam.

JT: Odnajdujesz się lepiej na deskach teatru czy jednak na dużym ekranie?

Są to dwa różne światy. W teatrze używa się trochę innych środków, a kamera jest bardzo intymna i wymaga czegoś zupełnie innego. Cieszę się, ze udaje mi się łączyć jedno i drugie. Dzięki temu spotykam na swojej drodze wspaniałych ludzi i wciąż się uczę.

ŁK: Wołyń to film, którym wypłynęłaś, jak również bardzo długo promowałaś, m.in. w grudniu ubiegłego roku w dalekiej Brazylii. Możesz nam opowiedzieć nieco więcej o tym doświadczeniu?

Tak, Stowarzyszenie Filmowców Polskich zaprosiło mnie do Sao Paulo, żeby pokazać tamtejszej polonii, jak i Brazylijczykom film Wołyń. Spotkał się on, jeśli można to w ogóle tak nazwać, z bardzo dobrym przyjęciem. Po seansie czuć było gęstą atmosferę i panowała absolutna cisza. Odbyło się też bardzo ciekawe spotkanie z publicznością podczas którego mogłam odpowiedzieć na pytania i poznać wrażenia i refleksje widzów. Takie chwile są bardzo cenne. To budujące, że polskie kino pojawia się za granicą, w dodatku tak daleko.

Bardzo dziękujemy za rozmowę!

Również dziękuje.

ilustracja wprowadzenia: Tomasz Holod/Polska Press

Redaktor prowadząćy działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod [email protected]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?