Advertisement
Advertisement

Biggie: I Got a Story to Tell – recenzja filmu. Od dilera po ikonę popkultury

Gangsterski świat – pełen narkotyków, morderstw i black rapu. W latach dziewięćdziesiątych rodzi się legenda. Umiera Christopher Wallace, natomiast rodzi się The Notorious B.I.G., czyli jeden z największych raperów w historii muzyki rozrywkowej. Netflix zabiera nas w hip-hopową podróż do przeszłości, by przybliżyć nam obraz, jakim artystą i człowiekiem był Biggie.

Od dziecka wraz z mym przyjacielem Kacprem słuchaliśmy Biggiego, więc przez sentyment spoglądam troszkę inaczej na ten dokument. Nie ma co ukrywać, zawiera on wiele pięknych obrazów i archiwalnych zapisków z prywatnych źródeł Notoriousa, a raczej Christophera, jak nazywała go matka. I jest bardzo ważną osobą, gdyż to ona i przyjaciele zmarłego rapera biorą nas za rękę, przeprowadzają przez szalone lata od 1969 do 1997. W trakcie oglądania możemy dowiedzieć się wielu rzeczy. Niektóre z nich są szokujące, a inne łapią za serce. Nie zapominajmy, że Biggie był wielkim artystą, który zostawił po sobie niesamowite dzieła artystyczne.

Film zaczyna się od fragmentu koncertu, który odgrywał Big Poppa na Brooklynie. Od razu czuć klimat amerykańskiego getta, w którym wychowywał się raper. Cały film przeprowadza nas przez różne etapy życia Biggiego, przedstawiając nam, z jakimi problemami się zmagał. Pokazuje on jego relacje z rodziną, przyjaciółmi i muzyką, która była dla niego bardzo ważna. Podczas oglądania miałem wrażenie, że film stara się wybielić mroczną przeszłość głównego bohatera, gdyż przedstawia nam go jako biednego chłopca bez ojca, chcącego zarobić jakieś pieniądze, by pomóc matce. Nie jestem zwolennikiem takowych środków, gdyż staram się patrzeć na świat obiektywnie, a tutaj mamy właśnie wybielanie artysty.

Nie zmienia to faktu, że widzimy również bardzo wrażliwego człowieka. Film wypełniony uczuciami, w pewnym momencie aż łzy popłynęły mi z oczu. Wypowiedzi na temat przyjaźni z Seanem „Puffym” Combsem, Tupakiem Shakurem czy ziomkiem z dzieciństwa Oliem przedstawiały obraz uczuciowego przyjaciela, dla którego to oni liczyli się w życiu najbardziej.

Biggie: I Got a Story to Tell - recenzja filmu. Od dilera po ikonę popkultury

fot. Kadr z filmu Biggie: I Got a Story to Tell

Zobacz również: O wszystko zadbam – recenzja filmu. Czy zawsze warto dążyć do celu?

Ciekawym zabiegiem jest wykorzystanie starych wywiadów z Notoriousem, dzięki którym mamy wrażenie, że artysta uczestniczy w kręceniu tego filmu. Wypowiedzi narratora pokrywają się wraz z odpowiedziami Biggiego, co poprzez cyfrowe poprawienie obrazu daje nam naprawdę fajny efekt, z którym spotykam się chyba pierwszy raz. Mimo zastosowanych efektów jest to dalej zwykły dokument, jakich na rynku jest bardzo dużo. Nie jest on zły, wręcz przeciwnie, jest dobry. Niestety na tle takich filmów jak Boże Błogosław Ozzyego Osbourne’a czy także z rapowego, rodzimego podwórka – Skandal. Ewenement Molesty film Biggie: I Got a Story to Tell wypada przeciętnie. Zabrakło mi również zatrzymania się na tym, jak B.I.G. tworzył swoje teksty, zdecydowanie za mało było o tym powiedziane.

Biggie: I Got a Story to Tell - recenzja filmu. Od dilera po ikonę popkultury

fot. Kadr z filmu Biggie: I Got a Story to Tell

Biggie: I Got a Story to Tell jest na pewno bardzo ważnym filmem dla ludzi, którzy chcą poznać życie rapera bądź pragną poznać go od tej „lepszej strony”. Swoimi autobiograficznymi rymami pokazał, że nie jest zwykłym dilerem narkotyków, ale artystą, który stał się ikoną popkultury. Film jest również bardzo poruszający i pokazuje to, jak bardzo wrażliwym człowiekiem był nasz bohater. Nie możemy zapominać, że poza byciem artystą, który sprzedał miliony płyt, był synem i ojcem. 9 marca będzie 24. rocznica śmierci artysty, więc jeśli nie macie większych planów – zapewniam, że nie pożałujecie, oglądając ten film. Tymczasem ja zabieram się za ponowny odsłuch Ready to Die!

Ilustracja wprowadzenia: kadr z filmu Biggie: I Got a Story to Tell

Dziennikarz

Geek, student, audiofil. Zbieram komiksy i płyty winylowe. Poza filmami, kocham także muzykę. Wierny fan X-Men, Scarlett Johansson, Elizabeth Olsen czy Anyii Taylor-Joy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Mmmmm pisze:

Ogień recenzja 🔥 pozdrowienia z westcoast🖖

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?