Wspomniałem o tym dlatego, że tutaj koncept jest z grubsza podobny. Mamy młodą parę, która może nie ledwo, ale również nie jakoś mocno, wiąże koniec z końcem. Ona pracuje w knajpie, on gdzieś… (chyba nie padło). We wspomnianym miejscu pracy dziewczyny dzieją się traumatyczne rzeczy, po których nasza bohaterka już nie wraca. Zatrudnia się jako opiekunka pewnego staruszka i wchodzi z nim w naprawdę głęboką relację. Na tyle ważną, że ten po śmierci zapisuje parze swój ogromny dom.
Powstaje z tego prosty thriller, podobno do bólu przewidywalny. Mówię podobno, ponieważ wnioskuję to z opinii innych ludzi, sam specjalnie rozwoju fabuły nie przewidziałem. Nie dlatego, że jest tak oryginalnie, a raczej ze względu na fakt, że zwyczajnie nie miałem ochoty tego robić. Film nie angażował mnie na tyle, ale chcieć rozwikłać tę nakręconą spiralę tanich twistów. Początek jest intrygujący, jednak po nim scenariusz marginalizuje ciekawe i z punktu widzenia fabuły logiczne wątki, na rzecz wprowadzania absurdów. W pewnym momencie do akcji wkracza Jamie Chung, która po prostu stoi i tłumaczy, co autor tej intrygi miał na myśli. Jakby Wam, dokładnie tak jak mnie, nie chciało się tego rozważać.
Gdyby wspomniany na początku tego tekstu Mes dograł do swojego kawałka kolejną zwrotkę, mógłby z filmu Michaela Scotta pożyczyć zarys fabuły. Diabeł tkwi w tym, że raper w swoim pięciominutowym kawałku daje swoim bohaterom moment na zastanowienie. Wtedy, w każdej zwrotce, jego postacie zgodnie wykrzykują: I want my life back! Te z Groźnych kłamstw nie wpadają na to nigdy, dlatego kończą tak, jak kończą. Dlatego też uważam, że lepiej byłoby, gdyby to właśnie Piotr napisał scenariusz tego filmu. Mógłby wyjść wtedy krótki metraż, ale to dobrze, bo gdy się nie udał, przynajmniej nie stracilibyśmy aż tyle czasu.
Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina. Kontakt pod [email protected]