Movies Room - Najlepszy portal filmowy w uniwersum

Zabójczo dobre seriale w BBC First

Maszyna do zabijania - recenzja filmu. Netflix chciał mieć Predatora w domu

Autor: Szymon Góraj
8 marca 2026
Maszyna do zabijania - recenzja filmu. Netflix chciał mieć Predatora w domu

Kontakt z obcą cywilizacją to temat do cna przegadany, niemniej różni twórcy na przestrzeni dekad pokazali, że da się z tego zrobić coś specjalnego. Przykładowo, w 1987 roku John McTiernan stworzył  Predatora, produkcję SF, która po dziś dzień stanowi wzór dla kolejnych filmowców jak budować napięcie - i w ogóle skonstruować ciekawą intrygę na bazie motywu walki z nieznanym, nieporównywalnie lepiej wyekwipowanym wrogiem. Problematyka rozpoczęta pod sam koniec XIX wieku przez Wojnę światów H.G. Wellsa wraca jak bumerang. Inna sprawa, że Maszyna do zabijania wprowadza u mnie wątpliwości, czy czasem nie lepiej dać sobie spokój.

Na początku mamy sobie dwóch braci (Alan Ritchson i Jai Courtney), którzy spotykają się na misji. Po krótkiej wymianie zdań jeden przekonuje drugiego, by podążać za młodzieńczym marzeniem i wstąpić w szeregi elitarnych Rangerów. Nim zdążą się nacieszyć atmosferą, nadziewają się na kontrofensywę wroga, wskutek czego praktycznie cała jednostka zostaje wycięta w pień. Twórcy nie zwalniają tempa i w Maszynie do zabijania dochodzi do przeskoku o parę lat, który sam w sobie wiele wyjaśnia. Pierwszego z braci znamy potem jako 81 - bo taki numer otrzymał on na szkoleniu Rangerów. 

Jako że nasz główny bohater specjalnie nie kwapi się do rozmów z kumplami, unika również potencjalnych obowiązków lidera,  kolejne kilkanaście minut to sztampowy do bólu montaż z arcytrudnych zmagań w walce o wstęp do upragnionej jednostki. Gdy kandydaci odpadają jeden po drugim, 81 deklasuje peleton, kontynuując swą samotną wędrówkę i jednocześnie niepokojąc dowódców swoim podejściem. Tak buduje się główny wątek mający napędzić konflikt w późniejszej fazie filmu. Nie będę oczywiście tutaj rekonstruował, jak do tego dojdzie, ale jeżeli oglądaliście choć jedną zbliżoną tematycznie produkcję, z Maszyny do zabijania będziecie raczej czytać jak z otwartej (i dawno przewertowanej) księgi. Całość opatrzona jest męczącymi, patetycznymi wstawkami, które im dalej w las, tym bardziej męczą, a finałowa batalia z efektownym, quasi-transformerowym odpowiednikiem Predatora rozczarowuje naiwnością.

Prędzej czy później, po mniej bądź bardziej sztucznych komplikacjach, starannie wyselekcjonowana grupa śmiałków (dam Wam dwie szanse na odgadnięcie, kto ma przewodzić, ale raczej ich nie potrzebujecie) rusza na ostatnią misję mającą wyłonić prawdziwych Rangerów. I tu zaczynają się schody. Struktura filmu na pewnym etapie aż prosi o porównania z przywołanym we wstępie Predatorem. I choć pochwalam inspiracje Patrick Hughesa - wszak warto wzorować się na najlepszych - w tej konfrontacji Maszyna do zabijania wypada wyjątkowo blado. Od początku starano się tutaj nakreślić charaktery przynajmniej kluczowych rekrutów. I o ile w kilku przypadkach nie wygląda to tak źle (jak na gatunek, oczywiście), o tyle już próba stworzenia więzi z liderem jest niedogotowana i w dużej mierze na autopilocie. Dochodzi do tego jeszcze jeden problem. Efekty specjalne - zwłaszcza po nadejściu “wroga z zewnątrz” - są naprawdę dobre, a trup od pewnego etapu ściele się gęsto, co podnosi nieco dramaturgię. Problem w tym, że co najmniej z paru powodów nawet drastyczne zgony w dobrze nakręconych dynamicznych scenach walki z gigantycznym robotem nie działają tak, jak mogłyby. Towarzysze Dutcha (Arnold Schwarzenegger) w Predatorze też zostali rozpisani w sposób oszczędny, ale każdy dostał pole do popisu, wykazując się nie lada umiejętnościami. W przypadku Maszyny poza 81 trudni mi było w ogóle wierzyć, że wspomniani bohaterowie byli w stanie dostać się tak daleko w kursie na Rangera. 

Reżyser Bodyguarda Zawodowca wydawał się specjalnie instruować Alana Ritchsona, żeby tamten nie wychodził poza swoją kreację Jacka Reachera. I pod tym względem mamy bezpieczny, ale udany występ, który ciągnie całą resztę. Co do jego, jak już wspominałem, mało wiarygodnych kolegów, trudno mi powiedzieć coś więcej o tak oszczędnie wykreowanych postaciach - może poza niezłym Stephenem Jamesem, wchodzącym w rolę rekruta nr 7 i zarazem zastępcę 81 w oddziale, uzupełniającego stroniącego od zwierzeń przywódcę. Głębiej na drugim planie męczy się Dennis Quaid, od lat już grający skwaszoną starszyznę, teraz jeszcze zdawał się mieć ochotę jak najszybciej odbębnić swoje sceny. Esai Morales sprawdził się w rolach antagonistów z Ozark tudzież ostatnich odsłon Mission: Impossible, ale jego surowy sierżant jest zbyt jednowymiarowy, żeby mógł z nim zrobić cokolwiek kreatywnego. 

Maszyna do zabijania miała spore szanse na stanie się ponadprzeciętną produkcją. Charyzmatyczna gwiazda na pierwszym planie, efekty specjalne na poziomie solidnego hollywoodzkiego widowiska, niezgorsze fabularne podłoże. Postawiono jednak na zbyt bezpieczne motywy, męczące patetyczne sekwencje, leniwie nakreślonych bohaterów i brak pomysłu na godziwe domknięcie opowieści. Trochę szkoda, bo ogółem źle czasu nie spędziłem. Co nie zmienia faktu, że w ostatecznym rozrachunku dość szybko o filmie zapomnę.

Więcej recenzji filmowych nowości na Movies Room:

Chcesz nas wesprzeć i być na bieżąco? Obserwuj Movies Room w google news!

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Komentarze (0)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

Ocena recenzenta

55/100
  • efekty specjalne
  • trudno odmówić Ritchsonowi charyzmy
  • nieźle wyważony metraż nie pozwala się specjalnie nudzić
  • twórcy nie oszczędzają bohaterów
  • kilka pomysłowych konceptów związanych z obcymi formami życia
  • niezgorszy zwrot akcji związany z głównym bohaterem
  • męczący początek 
  • z drugiej strony - Ritchson praktycznie przez całe wcielenie gra
  • niewiarygodne sylwetki reszty żołnierzy
  • finałowa walka to farsa
  • niepotrzebna nadwyżka patosu
  • Dennis Quaid nieświadomie parodiuje sam siebie

Movies Room poleca