Mank – przedpremierowa recenzja filmu Davida Finchera. The Citizens

Nie będzie bardziej wymownego filmu w tym roku. Jeśli Mank uzyska bowiem zasłużony sobie splendor, będziemy wspominać go jako najlepszy znaczek towarowy 2020. Jeśli David Fincher w przyszłości powie, że zdjęcia miały miejsce przed pandemią, nikt mu nie uwierzy. Film o kinie, w nieco trudniejszej sytuacji, będący jednocześnie zapiskiem wspomnień człowieka, w którego opowieści możemy wierzyć wyłącznie z przymrużeniem oka. W dodatku film, który kręci jeden z najbardziej popularnych współczesnych twórców na zlecenie Netflix. Co prawda jako fan kina, który zawsze przedłoży seans w sali na dużym ekranie, mogę nieco wzdychać, ale taka sytuacja ma jednak plusy. Bo jeśli Netflix, nawet przy całkowicie zmienionym sposobie dystrybucji, będzie wydawał filmy takie jak ten, to jakoś przeżyję.

David Fincher to fachura, nie ma dwóch zdań. Jednocześnie jest twórcą na tyle obecnym w mainstreamie, że jego nazwisko przyciąga. Może być tym, kto sprzeda platformę. Stąd należy docenić odwagę Netflixa, że daje mu mówić własnym głosem, a przy okazji oferuje duży kontrakt. Widać to po jego najnowszy dziele. Mank jest bowiem bardzo niemainstreamowym filmem mainstreamowego twórcy.

Od razu trzeba zaznaczyć najważniejszą rzecz. To nie jest film biograficzny, a już na pewno nie taki typowy, z półki Bohemian Rhapsody, którego jedyną ambicją jest coś pomiędzy kroniką a laurką. To wielopłaszczyznowa i wymagająca od widza dużo skupienia mozaika, która bohatera tytułowego jednocześnie wykorzystuje jako narzędzie do opowiedzenia historii, jak i postać z krwi i kości, mającą swoje problemy, jednak będącą odbiciem ówczesnej rzeczywistości. W Mank współgra ze sobą w sposób fantastyczny forma, narracja, czas osadzenia akcji i postać. A wszystko to tworzy iście wybuchową mieszankę. Najważniejsze jest jednak to, że nie wchodzącą widzowi na oczy infantylnymi bodźcami.

Zobacz również: The Crown – recenzja 4. sezonu najlepszego serialu Netflix

Herman J. Mankiewicz pełni tutaj wiele ról. Tak jak wspomniałem wcześniej, jest nie tylko głównym bohaterem, ale również narratorem oraz zwierciadłem rzeczywistości. Jeśli chodzi o tę drugą rolę, nie jest to narrator w sensie stricte, a raczej pryzmat, przez który obserwujemy pokazaną w filmie rzeczywistość. Problem, jak i wartość tego filmu tkwi jednak w tym, że facet jest w zaawansowanym stadium alkoholizmu. Możecie się domyślić więc, jak łatwo jest obserwować świat przedstawiony jego oczami. Fincher wczuwa się w tę retorykę narracji na tyle, że można odnieść wrażenie, ze film z biegiem czasu jest coraz bardziej pijany, jednak w dobrym tego słowa znaczeniu. Narracja pędzi coraz żwawiej, linie czasowe coraz mocniej się zacierają, a montaż wydaję się szybszy. A może było to tylko moje wrażenie.

Oprócz tego warto zaznaczyć i pokłonić się nad tym, jak reżyser traktuję epokę, o której opowiada. Tutaj znowu, film jest nie tylko stylizowany, ale odegrany i zrealizowany na modłę lat 40. Nie chodzi tylko o czarno-białą paletę barw, ale przede wszystkim o kreacje aktorskie, odpowiednio dla tamtych lat przestylizowane i przesadzone, a jednocześnie będąc w klimacie współczesnego filmu, powściągliwe i dopasowane. Taki Gary Oldman, który gra tu kolejną fantastyczną rolę, choć aktorem skłonnym do przesady jest jak najbardziej, tu daje absolutny popis wyczucia. Wyobrażam sobie sceny, w których przeszarżuje w każdym momencie. Stworzyłoby to zdecydowanie mniej zjadliwy efekt końcowy. Tak tworzy pewnie kandydata do przyszłorocznych Oscarów. Nawet zważywszy na fakt, jak Akademia podchodzi do nagradzania filmów Finchera.

Zobacz również: Oczy Diabła – Patryk Vega tworzy dokument o handlu dziećmi

Wiecie, czego jeszcze nie lubię w filmach biograficznych? Tworzenia ich wielkości na podstawie tego, jak ikoniczna jest postać bądź dzieło, z którego powstaniem wiąże się historia. Mank nie idzie jednak na łatwiznę i nie tuszuje swoich niedoróbek wysławieniem pod niebiosa Obywatela Kane’a. Mankiewicz pracuje nad jego scenariuszem, jednak jest on efektem powstającym przy okazji w głowie bohatera, nie atrakcją dodatkową filmu. Smaczki, które niesie za sobą znajomość dzieła Orsona Wellesa nigdy nie wychodzą na pierwszy plan, a sama znajomość nie jest warunkiem dobrego odbioru filmu Finchera. W przeciwieństwie do podstawowej wiedzy o epoce i sytuacji Hollywood lat czterdziestych. Bez niej dużo trudniej będzie się tu nie pogubić.

Pamiętamy dobrze, jak fantastyczny film wyszedł Davidowi, gdy miał okazję w swoim stylu opowiedzieć o stukających w klawiaturę gościach w The Social Network. Mank jest jednocześnie bardzo podobny i zgoła inny od produkcji z 2010 roku. Tak różny, jak bardzo różny dla swojej epoki był Facebook od Obywatela Kane’a. Jedno i drugie jednak na swój sukces musiało zapracować, Obywatel Kane na Oscarach złapał przecież statuetkę wyłącznie za scenariusz. Ranga i splendor przyszły z czasem.  Fincherowi natomiast jedno i drugie posłużyło do stworzenia znakomitych filmów. Mam nadzieję, że Manka widzowie docenią nieco szybciej. A deal Finchera z Netflixem będzie kolejną w jego karierze dobrą decyzją.

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?