The Crown – recenzja 4. sezonu najlepszego serialu Netflixa

Jednym z niewielu plusów tegorocznej jesieni jest to, że na ekranach naszych telewizorów, laptopów, telefonów czy tabletów zagości Królowa Elżbieta w najlepszym serialu Netflixa, The Crown.

Czarty sezon The Crown przenosi nas w lata 80. ubiegłego wieku. Standardowo rozpoczynamy początkiem dekady i nowym premierem, którym zostaje pierwsza kobieta, a mianowicie Margaret Thatcher. Na ekran powraca obsada znana z poprzedniego sezonu z małym uzupełnieniem. W rolę wspomnianej wyżej pani premier wciela się Gillian Anderson, a w rolę młodej Diany Spencer – Emma Corrin. Lata 80. były okresem dość burzliwym, jeżeli chodzi o historię Wielkiej Brytanii – od poważnego kryzysu gospodarczego, przez wojnę na Falklandach do buntów w RPA. Fakt, że rodzinę królewską najbardziej zajmowało znalezienie odpowiedniej kandydatki na żonę dla Karola wydaje się dość niezrozumiałe, ale przecież chodzi o zabezpieczenie linii sukcesji do tronu. Faktem również jest, że pojawienie się Diany bardzo ociepliło wizerunek Windsorów i było dla społeczeństwa idealną odskocznią od codziennych problemów – w końcu oni odbierali małżeństwo następcy tronu jak baśniową historyjkę.

Zobacz również: Gambit Królowej – recenzja 1. sezonu nowego hitu Netflix

fot. Netflix

Okres urzędowania Margaret Thatcher był jednym z nielicznych, kiedy Królowa zdecydowała się publicznie wypowiedzieć na temat postępowania premiera (czego gorzko później pożałowała). Pierwszy raz mogliśmy zobaczyć, jak chłodne relacje łączyły obie panie – choć moment odejścia Thatcher z urzędu bardzo poruszył Elżbietę. Zdecydowanie za mało jest Gillian Anderson na ekranie. Biorąc pod uwagę, jaki ślad odcisnęła w historii Wielkiej Brytanii Żelazna Dama można było oczekiwać większego jej udziału w odcinkach nowego sezonu. Cudowny jest epizod kiedy obie panie udają się na spotkanie Wspólnoty Narodów, aby podjąć decyzję co do sankcji wobec RPA. Zarówno Elżbieta, jak i Thatcher były uparte i nie chciały zmienić swojego zdania. Anderson w roli pani premier wypada naprawdę znakomicie. Oczywiście bez odpowiedniej charakteryzacji nie byłoby tej postaci, ale ja nie wyobrażam sobie nikogo na miejscu Anderson. Jest powściągliwa, jeżeli chodzi o emocje, choć zdarzają jej się momenty słabości, ale twardo rządzi krajem, wobec którego ma silne poczucie obowiązku.

Zobacz również: QUIZ NETFLIX: Jak dobrze znasz filmy i seriale z października 2020?

Związek Karola (Josh O’Connor) i Diany miał być rozwiązaniem wszystkich bolączek Królowej i Księcia Filipa. Stało się jednak powodem kolejnych. Romans Księcia Walii był odpowiedzią na to, czego oczekiwało się od następcy tronu – ożenku i spłodzenia synów. Wszystko byłoby idealne, gdyby ten poświęcał czas małżonce, zamiast Camilii Parker Bowles (Emerald Fennel). W trzecim sezonie The Crown Karola przedstawiono, jako ofiarę systemu – rodzina wymaga od niego wielkich wyrzeczeń, oczekuje od niego niemożliwego. Karol po prostu budzi współczucie. W czwartym sezonie natomiast ów Książę stał się oprawcą, jeżeli chodzi o Dianę. Transformacja Josha O’Connora jest ujmująca. Fakt, nadal narzeka na wszystko, czuje się pępkiem świata i domaga się atencji od każdej napotkanej osoby, ale to jak traktował Dianę, sprawia że staje się czarnym charakterem całego serialu. Karol O’Connora kiedy trzeba jest przepełniony emocjami, natomiast w innych okolicznościach potrafi utrzymać je na wodzy. Nie ulega wątpliwości, że momentami zachowuje się jak rozwydrzone dziecko, któremu zabrało się ulubioną zabawkę.

W tym całym bałaganie rodziny królewskiej musiała odnaleźć się osiemnastoletnia Diana Spencer. Na ekranie możemy zobaczyć jej trudności z protokołem i przystosowaniem się do nowej rzeczywistości, a co za tym idzie również stresem jaki temu towarzyszy. Kilkukrotnie serial porusza kwestie jej bulimii, jako ucieczki od cierpienia, lęku czy właśnie stresu. Diana dobrze czuła się w blasku fleszy, a swoim uśmiechem i ciepłem potrafiła do siebie zjednać największego sceptyka. Emma Corrin jest w roli Księżnej Walii idealna. Tutaj również widać ogrom pracy aktorki – od sposobu mówienia, przez ton głosu oraz charakterystyczne spojrzenie Diany. Corrin po prostu stała się Królową Serc. W trakcie trwania czwartego sezonu The Crown niejednokrotnie podkreślano jej oddanie wobec dzieci i to, że w wielu przypadkach daleko jej było od postępowania, które charakteryzowało Rodzinę Królewską. Dopiero wtedy jej członkowie zaczęli zauważać to, że nie okazują sobie wsparcia czy czułości. Na uwagę zasługuje fakt, że pomiędzy Karolem a Dianą w trakcie trwania dziesięciu odcinków nie zobaczyliśmy ani jednego momentu intymności.

fot. Netflix

Zobacz również: Na pierwszy rzut oka: 2. sezon The Mandalorian

Porównując trzeci sezon z czwartym ten poprzedni bardziej przypadł mi do gustu. Nie chodzi tutaj o grę aktorów czy fabułę samą w sobie. Trzeci sezon zawierał bardziej przejmujące wątki i był skonstruowany w bardziej przemyślany sposób. Teraz historia po prostu gna do przodu. Kilka odcinków poświęcono Karolowi i Dianie (zdecydowanie za dużo). Nie skupiono się na wojnie o Falklandy pozostawiając jej jedynie kilka wzmianek w odcinku. Polityka Margaret Thatcher również zasługiwała na większe wejście w temat. Jej rządy naznaczone były strajkami – generalnie dość dużym kryzysem, a my dostajemy jedynie wzmianki o wysokiej inflacji i bezrobociu. Za mało jest też Małgorzaty, której poświęcono jeden odcinek i kilka scen w pozostałych. Tak jak za bardzo skupiono się na wątku Diany i Karola, tak zabrakło pokazania ich ślubu (zobaczyliśmy jedynie pannę młodą w charakterystycznej sukni), czy narodzin Williama.

Rozumiem, że wątek Diany i Karola jest tym, co może zainteresować ludzi najbardziej, jednak rodzina Królewska, to nie jedna para i do tego źle dobrana. Jak w poprzednim sezonie, tak i w tym nagminnie powtarzano, że dobro rodziny jest najważniejsze, Królowa jest najważniejsza i potrzeby jednostki schodzą na dalszy plan. Niestety tak też się stało z postacią graną przez Olivię Coleman. Aktorka jest fantastyczną Królową Elżbietą – a mimo to nie pozwolono jej na nadanie tej postaci głębi. To co pominięto w sezonie trzecim, kontynuowano w czwartym. Tak, jest odcinek, w którym Elżbieta spędza czas z każdym ze swoich dzieci, żeby potem uświadomić sobie, że chyba popełniła błędy wychowawcze, ale poza tym i małymi wyjątkami trudno stwierdzić, co siedzi w głowie Królowej.

The Crown nie jest serialem idealnym. Ma swoje wady, które jednak nie przysłaniają tego, że jest to produkcja po prostu fanatyczna. Jest piekielnie dobrze zagrana i to, że Coleman i Menzies dają radę to jedno, ale Karol, Diana czy Thatcher zagrani są wręcz idealnie. Widać, że casting jest ogromnie przemyślany. To samo tyczy się reszty – od charakteryzacji poszczególnych bohaterów, po ich stroje (suknia ślubna Lady Diany), przez wnętrza to najwyższa jakość, jakiej próżno szukać w innych serialach Netflixa.

Przed nami jeszcze dwa sezony z The Crown – już z nową obsadą, przed którą poprzeczka została postawiona naprawdę wysoko. Coleman jest lepszą Elżbietą niż Fay, czy Imelda Staunton okaże się lepsza niż jej poprzedniczka? Czy Dominic West dotrzyma kroku Joshowi O’Connorowi z jego Karolem? Oby. Bo jeżeli tak, The Crown może pretendować do jednego z najlepszych seriali naszych czasów.

ilustracja wprowadzenia: Netflix

Redaktor

Większość wolnego czasu spędza na oglądaniu seriali i pisaniu o nich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?