Ghostrunner – recenzja gry. Jednym cięciem w cyberpunkowym świecie!

Na Cyberpunka 2077 czekamy i doczekać się nie możemy. Czas ten postanowiło osłodzić nam inne polskie studio, a dokładniej One More Level, dostarczając na rynek ciekawą grę, do tego również osadzoną w cyberpunkowych realiach. Czy Ghostrunner to produkcja warta uwagi?

Rok 2020 może ubiegać o miano najgorszego roku w historii, ale na szczęście już pod względem gamingowym tak źle nie było, a najbliższy miesiąc zwiastuje prawdziwe zatrzęsienie ciekawych produkcji. Gdybyście mieli wybrać dwie ulubione gry z premierą w 2020 roku, na co padłby wasz wybór? Myślę, że pracownicy One More Level jednym tchem wypowiedzieliby: Ghost of Tsushima oraz Cyberpunk 2077 – pomijając już ich produkcję. Omawianego Ghostrunnera można bowiem scharakteryzować jako dziecko V i Jina Sakaia. Oczywiście z przymrużeniem oka, bo Ghostrunner to świetna produkcja, która bronić się będzie bez jakichkolwiek zestawień.

Zobacz również: Crash Bandicoot 4: Najwyższy Czas – recenzja gry. Powrót Jamraja!

W grze wcielamy się w tytułowego Ghostrunnera, którego określić można mianem cyberpunkowego ninja? Bohater jest bowiem istotą żywą, jednak jego ciało w główne mierze to doskonale zręczna cybermaszyna. Do tego dzierży on katanę i jednym cięciem pozbawia życia każdego napotkanego przeciwnika. Fabuła jest tu zaledwie zarysowana, aby dać nam podstawy do pokonywania kolejnych lokacji i siekania kolejnych wrogów. Jak się dowiadujmy, świat został zniszczony przez globalny kataklizm, a ostatni ocaleni mieszkają w ogromnej wieży. Obecnie jednak władzę w niej przejęła brutalna Kluczniczka. Naszym celem jest jej wyeliminowanie, a pomóc ma nam w tym Architekt, czyli budowniczy tego miejsca. I to tyle. Dalej oczywiście poznajemy trochę więcej szczegółów, ale bądźmy szczerzy – fabuła nikogo tu nie obchodzi i szybko przestają nas interesować nawet kolejne informacje przekazywane prze Architekta. Po prostu gameplay temu nie sprzyja.

Właśnie, gameplay. Wszystko w Ghostrunnerze sprowadza się do rozgrywki. A ta od samego początku daje nam ostro w kość. Wspomnę tylko, że pierwszy etap skończyłem z liczbą ponad 60 zgonów, a liczba ta z każdym kolejnym poziomem tylko rosła. Śmierć szybko staje się tu elementem gameplayu, a nie tylko karą na złą grę. Natychmiast łapiemy, że tu trzeba ginąć, a kolejne śmierci uczą nas, jak poprawić nasze zagrywki. Twórców trzeba pochwalić za wdrożenie niezwykle szybkiego wczytywania gry po zgonie, bo gameplay dzięki temu nie traci na płynności, gdy przychodzi nam ginąć po kilkadziesiąt razy na poziom – po prostu zaciskamy zęby i biegniemy dalej. Sama zaś rozgrywka sprowadza się do przedzierania przez kolejne sekwencje platformowe i pokonywania wrogów. Świetne wykonano tu element biegania po ścianach, co sprawia mnóstwo frajdy – książę Persji lubi to.

Ghostrunner

Fot. Ghostrunner materiały prasowe

Zobacz również: Baldur’s Gate 3 – recenzja gry. Kości zostały rzucone!

Jeśli chodzi o element walki, to postawiono tu na jedno cięcie. Każdego przeciwnika bowiem pokonujemy jednym uderzeniem, a problem pozostaje tylko dostanie się do wroga. Ten nie czeka bezczynnie, aż podbiegniemy i przetniemy go na pół naszą niezwykle ostrą kataną. Co to, to nie. W tym czasie ten będzie nas niemiłosiernie ostrzeliwał, a musimy też pamiętać, że nawet jedno draśnięcie kończy zabawę i zmusza nas do powtarzania sekwencji. Tak, jesteśmy zabójczy niczym terminator z kataną, ale delikatni jak kartka papieru. Dlatego też Ghostrunner jest tak trudny – aby ukończyć etap musimy wszystko wykonać perfekcyjnie, a zanim się nam to uda, przyjdzie nam zaliczyć całe mnóstwo zgonów. Jednak jak to mówią, ćwiczenie czyni mistrza. I mógłby to byś slogan gry. Jednak gdy już uda nam się zaliczyć podejście, gdzie będziemy wstanie uniknąć strzałów wroga po lewej, przepołowić tego po prawe, doskoczyć w ciągu pół sekundy do tego w rogu, uskoczyć przed koleją salwą strzałów, uruchomić zwolnienie czasu i wrócić do tego strzelającego skubańca i w końcu zrobić z niego dwóch niskich skubańców – ach, to jest coś pięknego.

Jest to niezwykle satysfakcjonujące. Trzeba jednak mieć też w sobie cząstkę masochisty, bo przyznam, że nieraz miałem chęć rzucić padem o ścianę i potem w cholerę usunąć grę z dysku konsoli. Bo niestety moje zdolności manualne i refleks na padzie pozostawiają sporo do życzenia. Kląłem więc pod nosem często. Prawdopodobnie zabawa na myszce byłaby przyjemniejsza i myślę, że gra powstała głównie na tę platformę. Oczywiście wiele osób może mieć odmienne zdanie. Gra jest piekielnie trudna i taka miała być, gdyby była łatwiejsza, straciłaby swój urok – rozumiem. Mimo wszystko fanem tak trudnych gier nie jestem, więc chwilami miałem momenty zwątpienia. Ale już ukończenie następnych etapów dawało dużo satysfakcji oraz zachęcało do dalszej gry. Wtedy też przy kolejnej upierdliwej sekwencji powtarzałem sobie: czemu ja znów sobie to robię? Ta gra uzależnia i powinna być zakazana.

Ghostrunner

Fot. Ghostrunner materiały prasowe

Zobacz również: Ghost of Tsushima – recenzja gry. Honor to nie wszystko!

Ghostrunner to także niezwykle klimatyczne lokacje. Zimne i metaliczne pomieszczenia wielkiej aglomeracji przyszłości prezentują się wybornie. A czasem przyjdzie nam przebiec się też po większych przestrzeniach, gdzie na przykład ujrzymy zjawiskowe neony czy tajemnicze budowle – od razu przypomina się Blame, Akira czy Ghost in the Shell. Przyczepić się można tutaj jedynie do rozmieszczanie elementów wykorzystywanych gameplayowo – kolejne platformy, ścianki do skakania czy uchwyty wyglądają nienaturalnie – od razu widać, że są tu tylko dla gracza i nikt raczej nie wykorzystywał ich wcześniej w tym świecie. Naturalnie wypada za to muzyka – energicznie przygrywające elektryczne brzmienia napędzają nas do kolejnych powtórzeń. Teraz się uda, teraz już na pewno się uda. Ta…

Gra jest przewidywana na jakieś 6-8 godzin, co zależne jest od sprawności przechodzenia kolejnych etapów. Wielu osobom może to zająć dłużej – jak mi – a niektórzy przyspeedrunują i ukończą grę w godzinę – jest to możliwe. Trzeba przyznać, że to idealnie zbalansowany czas, bo po ukończeniu czujemy satysfakcję, a jednocześnie nie zdążyliśmy przesycić się dość jednak powtarzalnym gameplayem. Nie mówię, że jest nudno, gdyż na czas zabawy twórcy zafundowali nam mnóstwo urozmaiceń – czy to pod względem mechanik w rozgrywce, nowych umiejętności dla naszego bohatera, czy stawiając nam na drodze coraz to trudniejszych wrogów. Raz więc zyskujemy zryw do dalszych skoków, potem mierzymy się z wrogami z barierą energetyczną, a następnie bujamy się, wykorzystując zmyślny elektryczny bicz. I wszystko to pamiętając, że jeden mały cios powoduje naszą śmierć. Dzieje się.

Ghostrunner

Fot. Ghostrunner materiały prasowe

Zobacz również: Będzie grane! – czyli growe premiery listopada

Ghostrunner okazuje się niezwykle udaną produkcją, która wciągnie i uzależni od kolejnych podejść wielu graczy. Gameplay jest piekielnie wymagający, ale pokonywanie następnych poziomów sprawia masę frajdy. Jedną udaną polską grę cybepunkową już mamy. Czy dołączy druga?

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor współprowadzący działu Gry

Gra więcej, niż powinien. Od czasu do czasu obejrzy jakiś film, ale częściej sięgnie po serial w domowym zaciszu. Niepoprawny fanatyk wszystkiego, co pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Front pisze:

Gra wygląda naprawdę nieźle na tej zapowiedzi. Na pewno nie jest to, jak mi się wydaje, konkurent Cyberbpunka, ale jego ciekawy kuzyn!

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?