Ghost of Tsushima – recenzja gry. Honor to nie wszystko!

Koniec generacji nie musi oznaczać jedynie wyczekiwania na nowe konsole i premier, które się dopiero pojawią. Ostatnie miesiące pokazują, że nawet na starusieńskim PS4 możemy doświadczyć świetnych historii z powalającą grafiką. Mieliśmy Final Fantasy VII Remake, potem kontrowersyjne, ale nadal pod wieloma aspektami fantastyczne The Last of Us Part II. Jednak to nie wszystko, bo właśnie zmierzające do graczy Ghost of Tsushima okazuje się produkcją, która urzeka oraz nie daje oderwać się do pada na długie godziny. Tak, właśnie o takiej grze marzyłem, oglądając lata temu Siedmiu Samurajów Kurosawy.

Ghost of Tsushima oraz porównanie do Kurosawy nie jest przypadkowym zestawieniem, bo na wielu płaszczyznach widać tutaj inspirację twórczością Japońskiego reżysera i to niezmiernie mnie cieszy. Muzyka, samurajskie pojedynki, dialogi – nie sposób się tu nie rozpłynąć. Ale po kolei, bo nowa gra od studia Sucker Punch to również świetna historia, w którą warto się zagłębić. I od razu na wstępie wspomnę: grajcie z japońskim dubbingiem! Jest również polski, ale grajcie z japońskim. Kropka. A teraz do rzeczy.

Zobacz również: The Last of Us 2 i jego scenariusz – kiepskie decyzje, przesyt ideologii oraz kilka świetnych scen

Fabuła osadzona w Ghost of Tsushima rozgrywa się w XIII wieku na tytułowej Cuszimie. Wyspa jest położona w połowie drogi między Japonią a Półwyspem Koreańskim. Dlatego też stała się obiektem ataków Mongołów, którzy za cel obrali sobie podbicie ziem Kraju Kwitnącej Wiśni. Głównym bohaterem jest tu Jin Sakai, samuraj, który razem z członkami innych klanów stawił się na plaży, gdzie właśnie zmierzali wrogowie. Siły Mongołów były o wiele liczniejsze i bitwa zakończyła się klęską. Zginęło wielu bliskich Jina, więc ten może jedynie rozpocząć krucjatę, doskonaląc swoje umiejętności, a także stając się Duchem Cuszimy. Głównym wrogiem na drodze Sakaia staje się Khotun-chan, czyli wódz armii Mongołów. To on porwał jego wuja, Shimurę, sprawującego pieczę nad Cuszimą. Dzieje się tu dużo, znajdziemy fajny plot twist, a także doświadczymy poruszającej śmierci pewnej postaci. Główny wątek nie nudzi, to na pewno.

Motywem przewodnim głównej osi fabularnej staje się honor oraz przemiana głównego bohatera, która popycha go do odejścia od bushido, czyli kodeksu samurajskiego. Za sprawą nauk jego nowej towarzyszki podróży, Yuny, Jin zaczyna rozumieć, że droga do zwycięstwa to nie tylko honorowa walka na ubitej ziemi, ale także wzbudzanie u wroga strachu przed zabójstwem z ukrycia. Z czasem honorowy samuraj, który nigdy nie zaatakowałby przeciwnika z tyłu, poznaje techniki pozwalające eliminować z cienia. Tym samym Jin staje się obiektem ludowych opowieści, jako samuraj powstający z martwych, Duch Cuszimy. Skuteczność działań nowych technik Jina nie rozwiewa jednak jego poczucia winy. Nadal czuje, że zdradza wpajane mu od dzieciństwa ideały. Z tymi rozterkami bohater boryka się przez cały czas, aż do fantastycznego zakończenia gry.

Zobacz również: Disintegration – recenzja wielkiego siewu zniszczenia z przestworzy!

Jin uczy się technik shinobi i właśnie w ten sposób możemy przechodzić kolejne misje. Twórcy jednak dają nam dowolność w stylu rozprawienia się z przeciwnikami. Skradanie się i eliminowanie kolejnych wrogów z ukrycia daje dużą satysfakcję. Nic nie stoi też na przeszkodzie, abyśmy wparowali w środek obozu, oświadczyli wszystkim dookoła, gdzie jesteśmy i prowadzili otwartą walkę, jak na samuraja przystało. Zarówno jeden jak i drugi sposób jest odpowiednio nagradzany przez grę i nie ma jedynej słusznej ścieżki. Na przykład kolejne udane zabójstwa z ukrycia odbudowują nasz hart ducha (potem wykorzystywany do leczenia czy specjalnych ataków), tak samo jak podczas udanej serii prowokacji. Prowokacje to coś na wzór pojedynków samurajskich, gdzie wszystko rozstrzyga się jednym, precyzyjnym cięciem. Wyzywamy wroga na pojedynek, przybieramy pozycję i czekamy na ruch przeciwnika. Musimy zaatakować tuż przed ciosem wroga i w ten sposób kładziemy go jednym cięciem. Z czasem możemy zabić tak aż pięciu wrogów.

Jednym z najmocniejszych punktów Ghost of Tsushima jest walka. System walki może nie odkrywa koła na nowo, jednak każde starcie z wrogami to ogrom satysfakcji. Podczas gry odblokowujemy aż cztery style, które możemy zmieniać, tym samym dostosowując się do przeciwnika. Jest styl odpowiedni na przeciwników walczących mieczem, inny na tarczowników, inny na posługujących się włócznią oraz kolejny na bardzo silnych wrogów. Każda z technik pozwala szybciej przełamać gardę oraz z czasem wykonywać specjalne ruchy skutecznie radzące sobie z danym przeciwnikiem. Sam system walki opiera się na zwykłym uderzeniu, silnym uderzeniu, gardzie oraz odskoku. Część ataków możemy blokować, inne, oznaczone na czerwono, zadają nam obrażenia. Te możemy uniknąć, przetrzymując gardę oraz naciskając odskok tuż przed atakiem. Dodatkowo zwykłe uderzenia możemy sparować i skontrować naciskając gardę zaraz przed uderzeniem. Wszystko to sprawia, że walka z kilkoma przeciwnikami wymaga od nas sporo uwagi. Parowanie, uniki, kontry, odpowiedni styl – frajdy co niemiara.

Ghost of Tsushima

Fot. Screen z gry Ghost of Tsushima

Zobacz również: Saints Row: The Third Remastered – recenzja. Święci, święci, święci…

To wszystko jest dodatkowo niezwykle efektowne, ze świetnymi animacjami wykańczania wrogów – no i jeszcze to strząchanie krwi z katany po walce, ach. Może po moim opisie nie jest to aż tak wyraziste, ale system walki jest naprawdę przemyślany i nie skupia się tylko na unikach, turlaniu i szybkich atakach od tyłu, co jest często spotykane w innych grach. Tu zdecydowanie lepiej skupić się na stylach, parowaniu i kontrowaniu, co jednak nie jest łatwe przy większej grupie przeciwników z różnymi broniami. I to jest świetne. Do czego mogę mieć jedynie zarzut, to zbyt duże ułatwienia  po zdobyciu kolejnych ulepszeń. Walka z czasem staje się niestety prostsza i mniej angażująca. Oczywiście może warto też grać na trudnym poziomie, a nie – jak ja – na średnim.

Jak wspominałem, oprócz otwartej walki możemy również zabijać po cichu. W tym celu twórcy przygotowali dla nas mnóstwo gadżetów ułatwiających zabawę w ninja. Możemy na przykład zwabić wroga w jedno miejsce, rzucając wietrznym dzwonkiem, a tam już oponenta po cichu unieszkodliwić. Dostajemy również bomby dymne, zatrute strzałki, strzałki wywołujące halucynacje i wiele, wiele więcej. Możemy też oczywiście zabić wroga, skacząc z dachu czy innych wysokości, wbijając mu katanę w plecy. Wraz z postępem gry odblokujemy również serię zabójstw z ukrycia, nawet do trzech wrogów jednocześnie. To od naszego stylu gry zależy, jak będziemy przechodzić misje. Możemy też pod swoje preferencje dostosować umiejętności oraz strój, i zarówno w stylu shinobi, jak i stylu samuraja znajdziemy mnóstwo narzędzi pozwalającym na bycie skuteczniejszym zabójcą. Ulepszeń jest ogrom i właśnie dla nich warto eksplorować i zdobywać punkty umiejętności oraz zbierać przedmioty do ulepszeń ekwipunku.

Zobacz również: Final Fantasy VII Remake – recenzja najbardziej oczekiwanego remake’u w historii branży gier!

W Ghost of Tsushima mamy do czynienia z w pełni otwartym światem. Jeśli chodzi o misje, to klasycznie są podzielone na misje głównego wątku fabularnego oraz opcjonalne, poboczne. Oprócz tego natkniemy się na mityczne opowieści związane z legendami, gdzie możemy zdobyć specjalne ataki czy też legendarny ekwipunek. Dodatkowo misje poboczne możemy podzielić na zwykłe oraz te związane z ważnymi postaciami dla Jina, jak i samej historii. Postacie takie jak Ishikawa, Makoto czy Yuna dostają długie, składające się nawet z dziewięciu misji opowieści, które wypadają naprawdę dobrze. Towarzyszymy tu wspomnianym bohaterów i zagłębiamy się w ich osobiste historie, które prezentują tragiczne losy tych postaci oraz ich bliskich. Historie często podążają dość nieoczywistymi ścieżkami i ostateczne ich zwieńczenia mogą zaskoczyć, a nieraz także poruszyć. Te misje poboczne mogę szczerze polecić. Warto bowiem zrobić sobie małą przerwę od efektownego i pędzącego głównego wątku i przyjrzeć się też tej bardziej ludzkiej stronie wojennych tragedii.

Pozostałe misje poboczne w Ghost of Tsushima to już bardzo klasyczne zapychacze, gdzie fabuła jest mocno szczątkowa. Głównie po prostu pozbywamy się kolejnych Mongołów uciskających mieszkańców wiosek. Z innych aktywności można wspomnień o (też dobrze już znanych z innych gier) posterunkach, gdzie musimy pokonać wrogów wraz z dowódcą, aby odkryć na mapie fragment obszaru. Te są na szczęście opcjonalne i możemy poruszać się w danym regionie nawet bez uporania się z obozem. Będziemy oczywiście tylko nękani przez poruszające się tu i tam wojska. No i jak na otwarty świat przystało, jest multum zapytajników i interesujących miejsc do odkrycia. Tutaj można wspomnieć o ciekawym sposobie prowadzenia nas w te miejsca. Co rusz bowiem natrafimy na zwierzęta jak lisy czy tamtejsze ptaki, a gdy za nimi podążymy, doprowadzą nas do kapliczek, odblokowujących miejsca na talizmany, czy na przykład do onsenów, które z kolei podnoszą nasz maksymalny poziom życia.

Ghost of Tsushima

Fot. Screen z gry Ghost of Tsushima

Zobacz również: Mortal Kombat 11: Aftermath – recenzja DLC. Nie ufaj nikomu

Świat przygotowany przez twórców jest wypełniony ogromem aktywności i wykonanie ich wszystkich może zająć mnóstwo czasu. Jest to jednak zadanie dla wytrwałych, bo mnie osobiście z czasem się przejadły i ograniczyłem się do opowieści bohaterów oraz głównego wątku i tu już bawiłem się bardzo dobrze. Można powiedzieć, że Ghost of Tsushima wpada trochę w syndrom Assassynów od Ubisoftu. Świat zdaje się zbyt duży i twórcy musieli dać nam w każdym obszarze coś do roboty. Mapa mogłaby być o spokojnie o 1/3 mniejsza i myślę, że wiele byśmy nie stracili. Dużo z obszarów na mapie odwiedzamy tylko raz podczas misji, a części nawet nie odwiedzimy, jeśli się po prostu tam nie przejedziemy na naszym wierzchowcu. Mniejsza mapa pozwoliłaby wyeliminować przymus wykonywania tych samych czynności po kilkadziesiąt razy. Wiele aktywności prezentuje się tutaj naprawdę dobrze, jak wspinaczki do kapliczek, pogoń za lisem, ale niestety wykonujemy je zbyt często.

Z drugiej zaś strony zrozumiem, że dla sporej grupy graczy świat może być nawet za mały. Ten bowiem prezentuje się nieziemsko. Pierwsze kroki po Cuszimie powodują opad szczęki. Graficznie jest tak pięknie, że jeśli weźmiemy pod uwagę tylko gry z otwartym światem, czegoś piękniejszego obecnie nie znajdziemy (no może w Red Dead Redemption 2). Tereny są niezwykle żywe. Trawa, drzewa, ciągle powiewający wiatr, zwierzęta tu i tam. Do tego obszary są bardzo zróżnicowane. Będziemy przechadzać się na przykład po kwiecistych łąkach, lasach bambusowych, ośnieżonych stokach czy urwistych klifach. Wszystko prezentuje się naprawdę niesamowicie. Do tego co rusz napotkamy piękne wioski, świątynie buddyjskie, kaplice Shinto czy bramy Torii. Dla fanów japońskiej kultury jest tu mnóstwo ciekawostek do odkrycia. Pod tym względem cieszy tak duży otwarty świat, gdzie możemy eksplorować przez długie godziny. Ważny jest jednak odpowiedni balans, a tu jednak moim zdaniem go zabrakło.

Zobacz również: Drug Dealer Simulator – recenzja vademecum handlarza narkotyków

A na koniec zostawiłem aspekt, który w Ghost of Tsushima szczerze mnie poruszył i nie pozwalał zapomnieć o grze w każdej godzinie, gdy akurat nie mogłem grać. Oczywiście mówię tu o klimacie, klimacie, klimacie i jeszcze raz klimacie. Od zawsze byłem wielkim fanem kultury japońskiej oraz filmów samurajskich, zwłaszcza tych od mistrza Kurosawy. Dlatego też gdy tylko włączyłem grę, zostałem wręcz pochłonięty przez jej niesamowity klimat. Po przejściu prologu, w momencie ukazania loga gry, przygrywa nam utwór The Way of the Ghost. Ciarki nie zeszły ze mnie wtedy przez dobre kilka minut. I takich świetnie wykreowanych momentów w Ghost of Tsushima jest naprawdę sporo, przez co wątek fabularny przechodzi się bardzo przyjemnie, mimo że wyżyn w pisaniu historii tu nie doświadczamy. Na ten fantastyczny klimat składa się kilka elementów świata już przeze mnie opisanych, ale także muzyka. Muzyka jest tu nieziemska, a odpowiada za nią duet Ilan Eshkeri oraz Shigeru Umebayashi. Ścieżka dźwiękowa stworzona przez tych panów idealnie komponuje się z realiami feudalnej Japonii, podkreślając ikoniczne sceny fabularne. No i przemierzanie rozległych terenów Cuszimy przy tych urzekających utworach robi wspaniałą robotę.

Zobacz również: Persona 5 Royal – recenzja. Czy ta gra może być jeszcze lepsza?

Koniec generacji z przytupem? Tak, Sony potrafi to robić. Ghost of Tsushima to niepowtarzalna gra, na którą czekaliśmy bardzo długo. Tytuł nie jest pozbawiony wad, ale pod wieloma względami może być przykładem dla pozostałych twórców. Odwzorowanie realiów oraz klimat niespotykany w innych grach sprawia, że od tej produkcji trudno się oderwać, mimo że spędziłem przy niej ponad 50 godzin. Gra jest spełnieniem marzeń fanów kina samurajskiego. Gdyby Kurosawa żył, uroniłby łzę przepełniony dumą.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor współprowadzący działu Gry

Gra więcej, niż powinien. Od czasu do czasu obejrzy jakiś film, ale częściej sięgnie po serial w domowym zaciszu. Niepoprawny fanatyk wszystkiego, co pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?