Shadow of the Tomb Raider – recenzja zwieńczenia originowej trylogii Lary Croft

Nowa seria rebootów-originów słynnej pani archeolog o dość ekspansywnym podejściu do swojej pracy to prawdziwa żyła złota. Niczym filmowy Batman w rękach Christophera Nolana, naprowadziła przygody panny Croft na swojego rodzaju „realizm”, gdzie niemal nasza słynna protagonistka dopiero co wchodzi na drogę ku swemu przeznaczeniu, nieraz otrzymując niezłe cięgi. Dwie pierwsze części odniosły zasłużony sukces, dając się rozpoznać jako wciągające niezwykle klimatyczne gry (ach, ta malownicza Syberia w Rise of the Tomb Raider…), które przeciętną fabułę z nawiązką nadrabiały chociażby świetnym gameplayem czy klimatem, który można by ciąć nożem. Niedawno na rynek weszło zwieńczenie tej trylogii, w której Lara ostatecznie wchodzi na znaną nam ścieżkę, przeżywając bodaj najmocniejsze katharsis ze wszystkiego, co ją do tamtej pory spotkało. Czy i dla nas będzie to podobny wstrząs? Nie do końca, ale i tak możemy się świetnie bawić.

W Shadow of the Tomb Raider Lara Croft zdążyła się już nieco otrząsnąć po szokujących wydarzeniach z poprzedniej części i kontynuuje wyścig ze zbrodniczą organizacją Trinity. Rozpoczynamy od incydentu w Meksyku, gdzie nasza bohaterka zapędziła się w swoich staraniach i popełniła karygodny błąd, uwalniając sieć katastrof, które na dłuższą metę zagrażają całemu światu. To prowadzi nas do gęstej dżungli Peru, gdzie Lara musi naprawić błędy i pokonać zaprzysięgłych wrogów.

Screen z gry Shadow of the Tomb Raider

Screen z gry Shadow of the Tomb Raider

Zobacz również: Marvel’s Spider-Man: The Heist – dodatek innowacyjny w swojej prostocie

Zamieniamy więc syberyjskie klimaty na Amerykę Południową. Choć nie ma już aż tak oryginalnej scenerii, nadal możemy cieszyć się egzotycznym, choć nieco ogranym klimatem. Nie zmienia się jednak kwestia bodaj największej zalety całej serii: wciągająca i niezwykle satysfakcjonująca eksploracja świata. Niemal czujemy tę charakterystyczną wilgoć i upał, przebijając się przez peruwiańskie chaszcze, wchłaniając wcześniej nieco meksykańskiego folkloru, ze słynnym świętem Dia de Muertos na czele. Piękne, i bardzo często zabójcze, widoki umilają nam grzebanie w grobowcach, wyszukiwanie kolejnych wskazówek potrzebnych nam do przetłumaczenia danych inskrypcji i uciekanie przed różnej maści katastrofami naturalnymi (które w głównej mierze są zresztą wywołane przez niegrzeczną Larę). Jest nawet bardzo ciekawa sekwencja retrospekcyjna, w której mamy możliwość kierowania małoletnią wersją przyszłej poszukiwaczki przygód. A wszystko to w malowniczej grafice, która sama w sobie zachęca do nowych wrażeń.

I tutaj warto nadmienić, że możemy zapomnieć o Rambo-wypadach Lary, które dominowały w obu poprzednich częściach. Już nie rzucają się na nas całe tabuny przeciwników, a każda większa ich ilość może sprawić, że będziemy zmuszeni wznawiać grę od ostatniego save’a. Każdy spotkany przeciwnik – czy to żołnierz Trinity, jakieś monstrum z głębi dżungli, czy po prostu zwykły wilk – w większej ilości może nas z łatwością oskrzydlić i zaszczuć na amen. Chyba zawsze będę pamiętał potyczkę z dwoma jaguarami naraz, które co rusz chowały się w zaroślach i wyskakiwały z nich. I zasadniczo wychodzi to wszystko na dobre. Jedną z wcześniejszych wad tytułów poprzedzających Shadow of the Tomb Raider było dość niekonsekwentne w stosunku do przyjętej konwencji masakrowanie ogromnej ilości wrogów niczym sam Terminator. Teraz bardziej możemy uwierzyć w to, że protagonistka nie jest jeszcze – a przynajmniej nie do końca – tą słynną ikoną gier wideo, która kulom ani grobowcom się nie kłania. Mamy zresztą bardzo ciekawe udogodnienie w postaci dopracowanego trybu skradankowego. Utytłana błockiem, dźgająca nożem z ukrycia Lara potrafi być bardziej satysfakcjonująca niż w trakcie szybkiej strzelaniny. Ogólnie rzecz biorąc, częściej mierzymy się z nieco bardziej wymagającymi zagadkami i nierzadko bardzo skomplikowanymi kondygnacjami do przebicia się.

Screen z gry Shadow of the Tomb Raider

Screen z gry Shadow of the Tomb Raider

Pochwalić można twórców za niezwykle przystępny sposób ustawiania poziomu trudności. Są bowiem trzy główne czynniki wpływające na trudność rozgrywki: walka, eksploracja i zagadki. Każdy z nich możemy ustawić niezależnie od siebie tak, jak nam pasuje. Wolimy skoncentrować się na wyszukiwaniu kolejnych sekretów Peru i przy okazji tłuc wroga kosztem trudności zagadek? Nie ma sprawy. A może celujemy w groźniejszych rywali i umiarkowanie trudną eksplorację, a zagadek rozwiązywać nam się nie chce? Też da się zrobić. Kombinacji jest bez liku. Ze swojej strony gorąco polecam tryb, który w polskiej wersji językowej określany jest jako Zabójcza obsesja. Żadnego trybu skupienia, pozwalającego na prześwietlanie przedmiotów, żadnych sztucznych udogodnień, zapis gry zaś ogranicza się tylko i wyłącznie do znajdujących się nieraz daleko od siebie ognisk (nie licząc bardzo rzadkich kluczowych faz gry z autozapisem). Czysty surwiwal. Warto jednak mieć na uwadze to, że raz wprowadzone Deadly obsession jest nie do cofnięcia – każdy gracz powinien więc kilkakrotnie się zastanowić, czy na pewno ma ochotę na dokładne studiowanie kolejnych sekwencji, od czasu do czasu klnąc z frustracji po nietrafieniu w typową skalną pół i spadku w przepaść, bo potem nie będzie przebacz.

Samych mechanicznych nowości nie ma zbyt wiele, by nazywać to rewolucją, ale wystarczająco na przyznanie, że Shadow of the Tomb Raider nie trzyma się kurczowo będącej kamieniem milowym nowej generacji serii poprzedniej części. Poza choćby wspomnianymi opcjami w trakcie skrytobójstwa mamy też kilka nowinek związanych z samym przemierzaniem niedostępnych terenów. Widać, że Lara nabrała doświadczenia, bo może na przykład czepiać się dalszych odcinków linką z hakiem na końcu, by potem wciągnąć się i kontynuować wspinaczkę lub rozhuśtać się jak na lianie i doskoczyć dalej. Królują zręcznościowe sekwencje, gdzie bardzo szybko musimy dokądś dotrzeć, używając (zazwyczaj właśnie niszczących się) elementów otoczenia. Bardziej podoba mi się także system rozwoju postaci, będący lekkim urozmaiceniem tego, co znamy z Rise of the Tomb Raider. Rozsądny build ma naprawdę spory wpływ na to, jak nam się gra. Dobrze zaimplementowano również ciekawe dodatki w rodzaju specjalnych mikstur na bazie naturalnych roślin, zwiększające skupienie czy np. odporność na ból. Opłaca się nam zbieractwo, bowiem ekonomia została bardzo rozbudowana i możemy dokupić u handlarza specjalne stroje (tudzież składniki na stworzenie ich) czy lepszą broń.

Screen z gry Shadow of the Tomb Raider

Screen z gry Shadow of the Tomb Raider

Czas wreszcie pokrótce omówić element gry, który, wziąwszy pod uwagę tę serię, tradycyjnie stanowi tło dla reszty, czyli fabułę. Jako że prościej jest wymienić coś, co się tutaj nieco wyróżnia, od razu podkreślę dosyć ciekawe podejście do punktu wyjścia tej części. W odsłonach poprzednich Lara raczej w większej części była czynnikiem spajającym wszelkie problemy – szczególnie w Rise of the Tomb Raider, gdy wbrew całemu światu uwierzyła w kilka nieprawdopodobnych historii, ratując wiele istnień. W tegorocznej części to ona otworzyła puszkę Pandory i teraz po prostu naprawia to, co spektakularnie zawaliła. Mamy dzięki temu ostateczne uzasadnienie, w jaki sposób Lara Croft stała się tym, kim się stała, wchodząc w coraz większy mrok i walcząc z własnymi słabościami. Już sam moment wyciągnięcia starożytnego sztyletu, który uruchomił ciąg katastrof nieco przywodzi na myśl  pewnego lekkomyślnego młodzieńca z innej kultowej, arcyważnej dla gier akcji serii – Prince of Persia. Szkoda, że im dalej, tym mocniej wątek odpowiedzialności i konsekwencji został zepchnięty na dalszy plan, a dalej mamy to, co zwykle: dość sztampową, pretekstową linię fabularną, przyozdobioną generycznymi przeciwnikami. Poprawiono nieco neutralnych i przyjaznych nam NPC-ów, przez co są mniej sztucznym elementem gry (gdzieniegdzie są nawet specjalne sekwencje współpracy, więc nie są oni już zupełnie bezużyteczni), choć oczywiście questy poboczne czy większość dialogów nas nie oczaruje. Nie jest to jednak gra RPG i przez większość czasu nie powinno nam to doskwierać.

Screen z gry Shadow of the Tomb Raider

Screen z gry Shadow of the Tomb Raider

Choć z początku miałem niemal nieodpartą ochotę dać Shadow of the Tomb Raider nawet i wyższą ocenę, nie mogę zignorować kilku poważniejszych rys na tym pięknym finale trylogii. Nadal jest to jedna z najlepszych pozycji gatunku ze środowiskiem jako pełnoprawnym bohaterem i jedną z najlepiej rozwiniętych głównych postaci w historii tego typu „akcyjniaków”. Zakończenie może i mogłoby być nieco lepsze, kilka elementów bardziej dopracowanych, jednak mimo wszystko można odtrąbić sukces i pochwalić Square Enix za naprawdę równą serię. Możliwe, że pewne przywary tej gry dla niektórych będą nieco większym kłopotem – czy nawet aspektem nie do przejścia – jednak osobiście z przyjemnością za jakiś czas do niej wrócę i zapewne ukończę New Game Plus.

Gra była recenzowana na PC dzięki uprzejmości Kinguin.net

Kinguin

Fot. Kinguin.net

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?