SoulCalibur VI – recenzja wielkiego powrotu kultowej serii

Do recenzji kolejnej części tej jednej z najbardziej zasłużonych serii gatunku podchodziłem już z pewną wiedzą i nadziejami. Nie dalej jak kawałek ponad miesiąc temu miałem już bowiem okazję testować mocną okrojoną w stosunku do tego, co można kupić, ale bliską finalnemu zamysłowi wersję (link kilka linijek niżej). Poza więc samymi typowymi dla bijatyk wariantami mieliśmy więc otrzymać niemały dodatkowy content. I trzeba przyznać, że co jak co, ale panowie z Bandai Namco potrafią dotrzymywać obietnic.

Warto zaznaczyć, że recenzowana pozycja jest swojego rodzaju rebootem. Seria od pewnego czasu znajdowała się w poważnym kryzysie. Na tyle poważnym, że rozważano nawet zamknięcie jej na amen. W przypadku szóstej części zdecydowano się zatem na radykalny manewr w postaci wyzerowania całej tej zagmatwanej historii związanej z ostrzem Soul Edge. Mamy więc kilka nowych sztuczek, ale przede wszystkim – wbrew najbardziej krytykowanej piątej części – powrót do korzeni.

Zobacz również: Relacja z pierwszych godzin gry w SoulCalibur VI!

Zamiast męczącej już telenowelowej konwencji, mamy zarysowany od początku konflikt zainicjowany przez XVI-wiecznego pirata Cervantesa, w którego posiadaniu znalazł się tytułowy arcypotężny oręż. Gracze dostają aż nadto okazji do zapoznania się z tym specyficznym uniwersum, dostajemy bowiem aż dwa tryby fabularne. Jeden z nich jest zbliżony do tradycyjnego story mode’a – z tą różnicą, że oprócz głównej historii mamy cały zestaw wątków mających miejsce w zbliżonym okresie, tylko z perspektywy innych bohaterów. To o tyle ciekawe, że mityczny Soul Edge ma w mniejszym lub większym stopniu wpływ na każdą z grywalnych postaci, zmienia się jedynie czas i miejsce. Lwia ich część z całej gamy (21 + DLC) bohaterów, złoczyńców i skonfliktowanych antyherosów poruszać się będzie jedynie w pobliżu głównego wątku, od czasu do czasu ewentualnie się w nim przewijając. To dodaje światu wiarygodności, jednocześnie nie wpychając przesadnej ilości postaci w jedno miejsce. Gdyby nie to, że ogromna ilość tekstu w postaci narratora i dialogów między protagonistami nieraz bardzo mocno usypia na okresy między walkami (zwłaszcza, kiedy dana historia jest po prostu słaba), byłoby wręcz idealnie.

Drugim trybem jest niewielki, ale bardzo ciekawy mariaż z RPG. Za pomocą niezwykle rozbudowanego jak na bijatykę edytora tworzymy od podstaw własnego bohatera, by przemierzać nim na mapce kolejne kontynenty. Czeka nas tam masa pojedynków, spotkań ze znanymi postaciami z gry i co jakiś czas wybory moralne, których zwieńczeniem ma być to, czy staniemy po stronie sił zła, czy może jednak będziemy służyć dobru. A poza tym jest jeszcze podstawowa ekonomia oraz zbieranie coraz to nowych broni, których będziemy mogli używać wraz z następnymi poziomami doświadczenia. Koniec końców daje nam to bardzo ładne, nienachalne urozmaicenie rozgrywki, które przedłuży ją o dobre kilka godzin.

O wojownikach, którymi możemy stanąć w szranki, również nie da się chyba powiedzieć nic poza pozytywami. Każdy z nich ma określony wachlarz umiejętności charakteryzujących jego unikalny styl walki. Mamy więc przykładowo tradycjonalistyczny kunszt weterana serii Mitsurugiego, niekonwencjonalne nunczako Maxiego, kultowy Serpent Sword od Ivy, no i oczywiście wiedźmiński styl Geralta. Ta ostatnia postać zasługuje na szczególne uznanie, zwłaszcza przez wzgląd na to, jak dobrze została zaimplementowana do serii. Zasadniczo nawet samo wtargnięcie do uniwersum zostało niezgorzej uzasadnione.

Zobacz również: Shadow of the Tomb Raider – recenzja zwieńczenia originowej trylogii Lary Croft

Sam gameplay również został bardzo ładnie zbalansowany. Nawet najwięksi nowicjusze będą mieli znikome trudności w wykonywaniu kolejnych combosów, już nie wspominając o rozgrywce fabularnej. Dla tych z kolei, co zazwyczaj grają solo, dostępna jest wyważona 4-stopniowa skala trudności. Dwa pierwsze poziomy są raczej dla mniej obytych graczy, kolejne wymagają już pewnego ogrania. No i rzecz jasna, nie sposób nie wspomnieć o pięknej grafice i świetnie wykonanych animacjach. Teraz też, w miarę kolejnych razów zadawanych nam lub przeciwnikom, istnieje możliwość ogołocenia przeciwnika z niektórych części jego pancerza. Mowa tutaj zarówno o męskich, jak i damskich modelach.

Choć SoulCalibur VI na pewno nie okazał się bijatyką dekady, bez większych problemów znajdzie się pośród najlepszych przedstawicieli tego gatunku. Widać, że twórcy mają pomysł na pociągnięcie serii, tworząc ostatecznie bardzo trudny do zrealizowania kompromis pomiędzy tzw. casualowymi graczami a weteranami serii. Każdy, kto lubuje się w tego typu potyczkach, powinien otrzymać mniej więcej to, czego oczekuje. Jeżeli ta pozycja nie uratuje franszyzy, to już naprawdę trudno powiedzieć, co mogłoby ją ocalić.

Gra była recenzowana na PC dzięki uprzejmości Kinguin.net

Kinguin

Fot. Kinguin.net

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe 

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?