Spellforce 3: Fallen God – recenzja dodatku. Jeszcze Spellforce, a trochę już Warcraft…

Może i ten rok bywa ciężki, ale dla takich momentów warto trwać – wyszedł nowy dodatek do najnowszej części Spellforce’a – Fallen God. A co w nim? Podróżujące w czasie trolle, wskrzeszające mrocznego bożka by uratować swoje plemię od zagłady. Gra się bardzo przyjemnie, jest kilka wzruszeń. Nie licząc wcześniejszych odsłon Spellforce, ostatni raz tak dobrze, immersyjnie zassany w ekran bawiłem się jedynie podczas ogrywania prekursora gatunku, Warcrafta III.

Co jak co, ale Grimlore Games wespół z THQ Nordic wiedzą jak robić i wypuszczać gry. W przypadku tego drugiego, który przejął kalifornijskie THQ, austriackie JoWood i niemieckie Pyranha Bytes powiedzieć należy nawet więcej – są w tym cholernie dobrzy. Nie może tu umknąć fakt, że Nordic przejął prawa do wielu rozpoznawalnych serii. Mogłoby im to zaszkodzić, a jednak czas pokazuje, że jest odwrotnie. Jakkolwiek Elex do najbardziej udanych nie należał, tak fajnym jest zabójcą czasu. Do Titan Questa wyszły klimatyczne dodatki, ostatnio Atlantyda, która zdaje się utrzymywać klimat. Demówkę remake’u Gothica dostaliśmy w tamtym roku pod choinkę.

Wypuścił to wszystko Nordic i widział Bóg, że było to dobre. No, ale już wystarczy – koniec z cytowaniem Biblii i byciem słodkopierdzącym względem wydawców gier. Bierzemy na warsztat Fallen God, kolejne oblicze serii, którą poznałem w czwartej klasie podstawówki. Ostrzegam, będzie sentymentalnie. Dlatego trzymaj się, Czytelniku, zapnij pasy i wyobraź sobie głos Krystyny Czubówny. Poprowadzi on nas poprzez niezmierzone ostępy dżungli, w której mieszkają trolle!

fot. screenshot z gry Spellforce III: Fallen God

Pierwszą mocną stroną Fallen God jest bardzo apetyczna kampania. Wódz plemienia tragicznie umiera, zasłaniając własną piersią swoich pobratymców przed gradem pocisków. Plemię Księżycznych jest w rozsypce. Z jednej strony łowcy, którzy polują na trolle dla ich kłów. Z drugiej strony Kajdaniarze, którzy robią z trolli swoich niewolników. Całości obrazu przyszłości malującej się w mrocznych barwach dopełnia zgniła krew. Jest to zaraza nękająca plemię, a mogąca mieć pewien związek z krwawą gorączką znaną z podstawki trzeciej części serii. Dziesiątkuje ona szeregi plemienia, m. in. przez powodowanie poronień.

Zobacz również: Spellforce 3 – Recenzja powrotu klasyki gatunku

Akrog, protagonista, nowy wódz Księżycznych musi przeprowadzić swoją brać przez ocean niedoli. Nie może pozwolić by plemię wygasło. Atakowane ze wszystkich stron trolle, uważane błędnie przez inne rasy za zwierzęta, a nie świadome istoty, trafiają na Nieznajomego. Ów zamaskowany Norcain ma plan wskrzeszenia jednego z Fial Darg – potężnego bożka, Dziecka Zaracha. Fial Darg zostali stworzeni przez Zaracha (który wykazuje pewne podobieństwo z tolkienowskim Morgothem) podobnie jak trolle i orkowie. Są oni jednak od tych dwojga ras bardziej okrutni i potężni. Zarach powołał ich do istnienia jako chorążych armii ras mroku. Cieszą się oni nieśmiertelnością, a przynajmniej ich koniec istnienia nie jest taki, jaki możemy typowo zdefiniować. Nieznajomy zna miejsce niechlubnego pochówku jednego z bożków. W nim ostatnia nadzieja uratowania Księżycznych. Nadzieja w bóstwie podboju, czarnej magii i zniszczenia, o ironio…

Podczas przechodzenia kampanii, która prezentuje nam wszystkie nowe zagadnienia rozgrywki (oczywiście oprócz PvP, który przy okazji otrzymujemy, a jest całkiem zgrabny), miałem momenty wzruszenia. Myślę, że nawet nie będąc fanatykiem serii bym je miał. To dlatego, że w grach RTS/RPG nie jest tak łatwo o wczucie się w postać – przecież nie widzimy nawet jej mimiki! Nie obserwujemy świata jej oczyma ani nawet zza pleców (co akurat w pierwszej części było możliwe). Niemniej jednak fabuła, voice acting i dialogi – zwłaszcza na ostatniej mapie kampanii – budują przywiązanie i są składowymi siły wypadkowej całej immersyjności produkcji.

Dialogi utrzymują nastrój – niezależnie czy to zwykła wymiana zdań bohaterów, erpegowy small talk czy dywagacje o śmierci i zasadności wiary (scenarzyści się postarali, serio). To jednak nie przeszkadza w delikatnym przebijaniu czwartej ściany i prezentowaniu żartobliwego dystansu, co też jest dużym plusem. Poznać to możemy po itemie u jednego z NPCów w postaci manuskryptu… Nazywa on bodajże Plany dystrybucyjne THQ Nordic na najbliższy czas czy tym, że jeden z naszych towarzyszy ma przemyślenia odnośnie piasku podobne do Anakina Skywalkera…

fot. screenshot z gry Spellforce III: Fallen God

Fallen God to także trochę inna mechanika w porównaniu chociażby z podstawką. Mamy tu do czynienia z innym sposobem zdobywania ekwipunku. Rozkładamy zwykły, dropiący ze skrzynek i przeciwników rynsztunek po czym craftujemy trollowy. Także obrażenia magiczne się trochę pozmieniały – w podstawce były one rozłożone na domeny magii, tutaj zostało to zgeneralizowane do jednego typu. Również jeden z naszych towarzyszów – Noag – ma drzewko rozwoju postaci bazujące na… decyzjach dialogowych! Widać, że Grimlore kreatywności nie zabrakło. Dostaliśmy mapki wyłącznie do questów pobocznych. Tak, sidequesty nie zostały potraktowane po macoszemu. Chociaż trochę boli, że nie możemy za bardzo przebierać w towarzyszach – mamy czterech bohaterów i to (z grubsza…) nie ulega zmianie. Nie możemy zapomnieć też o trybie PvP. Może potrzeba mu więcej zainteresowania ze strony graczy i dopieszczenia, ale jest naprawdę dobry i sprawia frajdę.

Zobacz również: Ghostrunner – recenzja gry. Jednym cięciem w cyberpunkowym świecie!

Co jeśli chodzi o oprawę graficzną i audio? Grafika dopieszczona koncepcyjnie jak i detalicznie. Wszystko gra, świat czaruje, pochłania. Wadą jest tu może nieco optymalizacja – czasami zmuszony byłem grać na dość niskich ustawieniach, dlatego w imię wydajności przerabiałem grę na symulator ziemniaka. Tekstury i modele są misternie wykonane. Pamiętacie remake Warcrafta III? Tu jest jeszcze więcej klimatu, magii, ludzkiej pracy i majestatu. W każdej mgle i łunie, w każdym symulowanym promieniu światła spadającym na kształt. Jeśli chodzi o muzykę jest nawet lepiej – pod tym względem Spellforce zawsze był mocny, nawet niechlubna druga część. Muzyka jest po prostu zjawiskowa. Dzięki niej świat gry kompletnie wciąga nas w siebie!

Na sam koniec – z szacunku do Ciebie, Czytelniku – jestem winien sprostowanie. W nagłówku umieściłem mały, złośliwy przytyk, że Fallen God to trochę blizzardowska historia Thralla. To oczywiście czysta prowokacja, bo pomimo kilku analogii i wspólnych schematów, najnowszy owoc pracy Grimlore to powiew świeżości. Powiew świeżości z jednoczesnym ciepłym aromatem domu, azylu. A to dlatego, że wiele rzeczy jest nowych, ciekawych, zaskakujących, a jednocześnie to spójna część większej całości. Kolejna karta z talii opisującej nam Eo – świat zapoczątkowany przez Phenomic i JoWood. Historie tą godnie kontynuuje Grimlore Games wespół z THQ Nordic. I oby było tego więcej, bo nowa odsłona serii to coś, co maluje uśmiech na moich ustach i roznieca zainteresowanie pośród bruzd mózgu. Tak nam dopomóż Aonir.

Redaktor

Mały, szary człowiek. Tak podsumowałby go pewnie Adam Ostrowski. Albo też "bardzo dziwny, zaczarowany chłopiec" jak zrobiłby to Nat King Cole. Niepoprawny politycznie obserwator współczesności - świata, kina, książek i gier wideo.

Więcej informacji o
, , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?