Emily w Paryżu – recenzja 1. sezonu. Nowy hit Netflixa?

Emily w Paryżu to perfekcyjna odskocznia od tego, co teraz dzieje się na świecie. Nowa propozycja od Darrena Stara i Netflixa z pewnością odwróci waszą uwagę i sprawi, że spędzicie kilka godzin w lepszym humorze.

Emily in Paris opowiada o dwudziestolatce, która przeprowadza się do Paryża w związku z jej pracą w marketingu. Trzeba zaznaczyć, że główna bohaterka nie zna języka, co nie przypada do gustu jej współpracownikom. Jej nowa szefowa, Sylvie (Philippine Leroy-Beaulieu) od samego początku daje jej do zrozumienia, że nie jest jej fanką i nigdy nią nie zostanie. Emily nie daje za wygraną i z każdym kolejnym pomysłem na kampanię oraz ratowaniem sytuacji beznadziejnych przekonuje do siebie szefową. Główna bohaterka, jak przystało na produkcje Darrena Stara, wplątuje się w romantyczne znajomości, które nie zawsze mogą się dla niej skończyć pozytywnie.

Zobacz również: Syndrom Baumbachera – recenzja filmu. Tragedia próżnego mężczyzny | Transatlantyk Festival 2020

fot. Netflix

Lily Collins jest idealna w roli Emily. Świetnie pasuje do bohaterki, która przyjeżdża z wielkiego świata i próbuje narzucić francuskim kolegom z pracy jej styl prowadzenia kampanii reklamowych. Jest przekonana o tym, że po prostu jest fantastyczna, co trąci trochę zarozumiałością. Nic dziwnego, że nie przypada do gustu nikomu w biurze – co kilkukrotnie jest podkreślane w trakcie pierwszego sezonu. Ale Emily pomimo powyższych wad jest też szalenie pozytywna. Wszystko negatywne potrafi obrócić o 180 stopni aż stanie się świetne. Swój pobyt w Paryżu dokumentuje na instagramowym profilu, który szybko zyskuje na popularności.

Jej totalnym przeciwieństwem jest jej nowa Szefowa, Sylvie. Rola jest świetnie sportretowana przez Philippine Leroy-Beaulieu, która każdą swoją wypowiedzią po prostu pokazuje, jak bardzo nienawidzi nowego nabytku w biurze. Sylvie przy każdej możliwej okazji wytyka młodszej kobiecie to, że jest zbyt bezpośrednia i brak jej subtelności. Szefowa Emily jest mega twardą babką, która jednak ma momenty słabości. Jest to jedna z lepszych kobiecych postaci w tym serialu.

Zobacz również: Proces Siódemki z Chicago – recenzja filmu. O wojnie w sądzie w ramach filmu

W związku z tym, że jest to produkcja Darrena Stara, który oprócz Seksu w wielkim mieście dał nam jeszcze Younger i Melrose Place, główna bohaterka ( i nie tylko) nosi fantastyczne ubrania, a towarzyszący jej Paryż jedynie potęguje uczucie prestiżu i luksusu. Sylvie, choć prezentuje odmienny styl, również jest niesamowicie elegancka i wytworna. W tym serialu nie zobaczycie nikogo ubranego w dres (nawet kiedy biega). Oprócz powyższego Emily in Paris jest typową komedią romantyczną. Oczywiście przypomina bardziej Younger niż Seks w wielkim mieście, ale też można śmiało porównać serial do Plotkary. Oczywiście na Emily czeka kilku potencjalnych love interests, z których jedni są bardziej dostępni, a inni trochę mniej.

 

lily collins selfie

fot. kadr z serialu Emily w Paryżu

Niestety Emily in Paris jest trochę nierówny. Generalnie w niektórych przypadkach brakuje zagłębienia się w temat. Przykładowo – Emily wyjeżdżając z Chicago ma chłopaka, z którym decydują się na pozostanie w związku na odległość. Jednak po pierwszej kłótni związek kończy się rozmową przez telefon i główna bohaterka praktycznie w ogóle nie rozpacza. Natomiast kiedy dowiaduje się o romansie jej szefowej z jednym z klientów analizuje sytuacje co najmniej jakby to była fizyka kwantowa. Po co w ogóle rozpoczynać jej historię, jako kobiety w związku, skoro po dwóch odcinkach kończy się ten wątek w bardzo uproszczony sposób, bo na horyzoncie już pojawia się dżentelmen godny zainteresowania, który z kolei (jak się potem okazuje) również ma dziewczynę.

Emily in Paris świetnie sprawdzi się jako odskocznia od problemów życia codziennego. Przeniesie was w świat bez koronawirusa i problemów z nim związanych. Zamiast tego będziemy oglądać piękne ujęcia Paryża, pięknych ludzi, którzy wiodą życie w ogóle nie przypominające naszego. Tak, nie jest to propozycja ambitna i nawet nie stara się nią być. Świetnie spełnia funkcje, do której została stworzona – bycie guilty pleasure. Chociaż ja nie czułam się winna oglądając ten serial. Po prostu dobrze się bawiłam.

ilustracja wprowadzenia: Netflix

Redaktor

Większość wolnego czasu spędza na oglądaniu seriali i pisaniu o nich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?