Advertisement
Advertisement

Firefly Lane – recenzja 1. sezonu serialu z Katherine Heigl

Takie tytuły, jak Virgin River czy Sweet Magnolias zdobyły rzesze fanów. Netflix postanowił dalej inwestować w tego typu produkcje i proponuje nowy serial obyczajowy – Firefly Lane. Recenzja poniżej.

Przede wszystkim Firefly Lane oparto na powieści Kristin Hannah o tym samym tytule. Głównymi bohaterkami serialu są Tully (Katherine Heigl), Kate (Sarah Chalke) i ich wystawiana na miliony prób 30-letnia przyjaźń. Serial skacze głównie pomiędzy trzema liniami fabularnymi i od czasu do czasu wprowadza kolejną – przyszłość. Główna linia toczy się w 2003 roku kiedy główne bohaterki są doświadczonymi kobietami. W przeszłości towarzyszymy im, kiedy się poznają jako nastolatki i później w latach 80. kiedy podejmują swoją pierwszą pracę w telewizji. Tully od początku marzyła o wielkiej sławie, jako gwiazda telewizji i pewnie kroczyła ścieżką sukcesu. Co do Kate nie do końca wiadomo, co tak naprawdę chciała osiągnąć. Wiemy, że ma córkę i się rozwodzi. Oczywiście obie panie są totalnie od siebie różne.

Zobacz również: Skazani na siebie – recenzja filmu. Ona, on i lockdown

fot. Netflix

Najbardziej jest to uwidocznione, kiedy Tully i Kate były jeszcze nastolatkami. To pierwsza z nich była wolna, nie przejmowała się zdaniem innych i nie zamierzała wieść standardowego życia. Kate z kolei była dobrą uczennicą ze wzorowym zachowaniem. Gdyby nie Tully na pewno nie uciekłaby z lekcji, czy spróbowała narkotyków. Nie ulega jednak wątpliwości, że w pewnym stopniu obie panie się uzupełniają, a na pewno bezgranicznie wspierają. Do tego stopnia, że można by uznać, że są od siebie zależne.

Firefly Lane może jest kolejnym obyczajowym dramatem, który nie wniesie nic konkretnego do historii telewizji. Po prostu kolejna pozycja do obejrzenia przy okazji innych czynności. Ale niech nie umknie waszej uwadze, że przy okazji serial Netflixa porusza wiele ciekawych i trudnych społecznie kwestii. Sama przeszłość Tully jest czymś dla niej wstydliwym. Wolała uśmiercić własną matkę, niż przyznać się, że była narkomanką i po prostu o nią nie dbała. Mamy więc uzależnienie i jego skutki. Kolejnymi kwestiami są gwałt, poronienie, rozwód czy delikatnie ujęta między wierszami homofobia. Mimo poruszania tematów tak poważnych serialowi udało się nie stracić pozytywnego wydźwięku.

Plusem jest też oczywiście obsada. Bo jeżeli Firefly Lane nie zainteresował was fabułą, to dla Heigl i Chalke warto ten serial zobaczyć. Dla pierwszej z nich (którą większość kojarzy z roli w Chirurgach i później niezliczonych komediach romantycznych) ta rola to potwierdzenie, że zasługuje na ciekawe projekty. Już W Garniturach pokazała, że umie w role bardziej charyzmatyczne, ale Tully to prawdziwe mistrzostwo. Tully uwielbia być w centrum uwagi, jest zabawna i ambitna, ale też narcystyczna i bardzo destrukcyjna. Niewątpliwie przeszłość sprawiła, że stała się kobietą niebywale silną, ale też smutną i samotną. Z kolei Kate jest bardziej pogodną postacią. Teoretycznie życie było dla niej łaskawsze, ale ma też kilka dramatycznych momentów. Heigl i Chalke świetnie się rozumieją i naprawdę dobrze wypadają razem na ekranie.

Zobacz również: Malcolm i Marie – recenzja melodramatu Netflixa

fot. Netflix

Firefly Lane ma oczywiście całą listę wad. Dość średni scenariusz uchodzi im płazem, przez to jak zagrane są główne bohaterki. Z kolei postaci drugoplanowe są już bardzo sztywne i mało naturalne. Leży też charakteryzacja i efekty specjalne. Bo choć nastoletnie wersje Kate i Tully grają inne aktorki, później, kiedy mają dwadzieścia kilka lat, widzimy je w świetlistej i odmładzającej otoczce. A to, co zrobiono z matką Tully przekroczyło wszelkie granice. Trudno powiedzieć, czy tańsza w produkcji serialu jest fatalna charakteryzacja czy po prostu zatrudnienie aktorki, która grałaby postać odpowiednią do wieku. Przez takie wpadki Firefly Lane staje się serialem, który momentami trudno jest traktować poważnie.

Podsumowując nowy serial Netflixa nie jest aż tak zły. Za sprawą dobrze napisanych i zagranych głównych postaci Firefly Lane jest znośny. Na przestrzeni 10 odcinków poruszył również kilka ciekawych i ważnych kwestii, które z drugiej strony zostały przyćmione przez fatalne postaci drugoplanowe lub zwykłą charakteryzację. Firefly Lane nie jest ani serialem złym, ani serialem dobrym. Ot, kolejny średniaczek Netflixa.

ilustracja wprowadzenia: Netflix

Zdaniem innych redaktorów:

Redaktor

Większość wolnego czasu spędza na oglądaniu seriali i pisaniu o nich.

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Justyna pisze:

Szkoda czasu na taki serial. Ma się nijak do powieści. Spływa treść a to co zrobili z głównymi bohaterkami to masakra . W punktacji od1 do 10 daję – 10

Mirek pisze:

Dorzucę parę słów.
Nie za bardzo lubię seriale , za długo się ciągną.
Twórczość Katherine jest mi nieznana.
Czytałem kilka wzmianek o trudnym charakterze na planie i o niechęci do współpracy na planie.
Przypadkowo zobaczyłem Brzydką Prawdę.
Bardzo mi się spodobała.
Nie tylko ze względu na urodę ale grę.
Gestykulacja , mimika twarzy , gra nastroju.
Przypomniał mi się film Tata i Małolata.
Zaciekawiony zasięgnąłem informacji , w których natrafiłem na kilka nagród za role.
Obejrzałem Brzydką Prawdę kilkadziesiąt razy , wybrane sceny z grą mimiki i nastroju.
Zrozumiałem , że nagrody nie były przyznane za nic.
Wtedy natrafiłem na Firefly Lane.
Kapitalna gra , nieważne czy oddaje pierwowzór z powieści .
Katherine chce się oglądać.
Nie musi być wielką gwiazdą pokroju Roberta De Niro czy Meryl Streep.
Oni są poza zasięgiem .
Po prostu .
Chce się oglądać.
Scena z nagrodami w odcinku 9 jest mega super.

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?