Ostatni taniec – recenzja serialu. Bo Chicago jest od tego, żeby bawić się na całego…

Pełne trybuny stadionu Legii Warszawa (inne kluby też pewnie miały taką przeróbkę, ale słyszałem ją głównie tam) lubiły czasem parafrazować piosenkę Fasolek, krzycząc, że Warszawa jest od tego, żeby bawić się, żeby bawić się, żeby bawić się na całego. Kibice mają swoją stolicę, ich klub wywołuje bardzo duże emocje, co jest, abstrahując od jego wyników, w kwestii solidarności i radości przynoszonej grupie ludzi dobrym zjawiskiem. Polacy nie wykorzystują jednak tego, zużywając na głupie wojenki czy ustawki. Można to przecież robić jak w USA, gdzie pojawiały się legendy, jednoczące wielkie społeczności. Chicago Bulls bowiem od tego, żeby bawić się na całego mieli nie Warszawę, a Chicago. A poza nim całe Stany i świat.

Nostalgia sama w sobie jest zjawiskiem zwyczajnie pozytywnym. Niezbyt często jednak tak dobrze pojmowanym, jak to miało miejsce w Ostatnim tańcu. Dokument ten bierze bowiem legendę, która wpłynęła na życie wielu ludzi, a następnie przetwarza ją, dostosowując do własnych materiałów i pytań. Dlatego też jest to serial, który tak dobrze się ogląda. Nie zastąpiłoby go po prostu włączenie kilku meczów Bullsów z tych legendarnych sezonów. Nie będzie oglądu sytuacji. Teraz na sucho, po kilkunastu latach, nie będzie łatwo bowiem stwierdzić, nie będąc specjalistą od koszykówki, co w tej ekipie było, że oprócz gabloty pucharów miała tak wielki wpływ. Po The Last Dance będziecie wiedzieć. Myślę, że nawet więcej, niż się spodziewaliście.

fot. materiały prasowe

Podczas oglądania obserwujemy płynne przeskoki po różnych okresach dominacji, jak i wchodzenia na szczyt ekipy z Chicago i faceta z numerem 23. Ostatni taniec to oczywiście sezon 97/98, któremu poświęca się najwięcej uwagi, ale fenomen Bulls buduje się wcześniej i to tam, zarówno w serialu, jak i w rzeczywistości odnajduje swoją kulminację. Nie jest jednak tak, że oprócz szóstego mistrzostwa nie ma tu co oglądać. Każdy poprzedni sezon ma ukazane swoje kulminacyjne momenty i są one nie mniej ciekawe. Zgromadzone materiały to istna encyklopedia. W dodatku taka, która została fantastycznie skondensowana w angażujący seans.

Drugim zarzutem, z jakim się spotykam, a z którym chętnie wdam się w polemikę to idealizowanie Michaela Jordana i fakt, jakoby Last Dance miało być laurką, która lubi przemilczeć mniej wygodne fakty z jego życia. Faktem jest, że serial skupia się bardziej na nim, a mniej na Pippenie, Kukocu i całej reszcie, jednak z resztą się nie zgadzam. To serial, którego tezą jest sprawdzenie, jak to się stało, że MJ był taką ikoną. Była to zasługa jego wyczynów i jakości sportowej, ale nie tylko. Dlatego też satysfakcjonuje mnie przedstawienie postaci Mike’a. Kontrowersje z nim związane są, ale na tapet bierzemy tylko te, które ściśle wiążą się z jego sukcesami i poczynaniami w lidze. Dlatego też nie uważam, aby więcej kontrowersji byłoby tu wartością dodaną. Nie w tej dziedzinie, nie w tej koncepcji.

fot. materiały prasowe

Mieliście pewnie w szafie bluzę bądź czapkę z logo czerwonego byka. Jeśli załapaliście się na te czasy, to może też oglądaliście legendarne mecze Chicago, które wtedy można było złapać w publicznej telewizji po nocach (obok walk Andrzeja Gołoty). Dlatego też cieszę się, że wszyscy możemy coś takiego zobaczyć, a przy okazji usłyszeć kilka historii od naocznych świadków. To wartość nostalgii, którą dają nam tego typu, znakomite produkcje.

Są takie filmy, które funkcjonują dla mnie jako modele. Jeśli spytasz o modelowy przykład znakomitego superhero, powiem, że jest nim Civil war braci Russo. W przypadku nieco ambitniejszego blockbustera będzie Blade Runner 2049 czy ostatni Mad Max, a dramatu Manchester by the sea (wspominając produkcje z kilku ostatnich lat). Są to filmy, które zostaną ze mną na lata, które zawsze będzie można pokazać, jako coś skrojonego idealnie w temacie i konwencji, jaką przyjęło. Miło jest mi powitać The Last Dance na tej półce jako dokument sportowy. To do niego przez najbliższe kilka lat będą chciały równać wszystkie tego typu produkcje. Nie będą mieć łatwo.

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?