Movies Room - Najlepszy portal filmowy w uniwersum

28 lat później - Część 2: Świątynia kości – recenzja filmu. Czy mogło być lepiej?

Autor: Agata Magdalena Karasińska
30 stycznia 2026
28 lat później - Część 2: Świątynia kości – recenzja filmu. Czy mogło być lepiej?

Nie będę ukrywać – bałam się tego seansu i to nie ze względu na obecność zombie. Bałam się tego, że Danny Boyle oddał swoje reżyserskie „cięcie”, a w dodatku – otrzymała je Nia DaCosta. Jak się okazało – strach był niepotrzebny.
A może właśnie się przydał, żeby móc przeżyć prawdziwie pozytywne zaskoczenie?

Do obejrzenia poprzedniej części 28 lat później (a jednocześnie mojego pierwszego spotkania z serią) przekonały mnie 3 słowa „scenariusz Alexa Garlanda”. Jego nazwisko jest dla mnie zielonym światłem dla filmów. Jednak pomimo tego oraz przyzwoitej wcześniejszej części, 28 lat później - Część 2: Świątynia kości był pierwszym filmem związanym z Garlandem, którego się obawiałam. Niestety – absolutnie fatalne Marvels i dość średni Candyman sprawiły, że moja opinia o Nii DaCoście była… dość słaba. Nowe 28 lat później chciałam obejrzeć głównie z ciekawości. Dlatego też nie miałam zbyt wielkich oczekiwań. Ale kurczę! DaCosta zrobiła to jeszcze lepiej – czego w ogóle się nie spodziewałam. 

W Świątyni Kości zmienia się nie tylko reżyser, a tak naprawdę – zmienia się wszystko. Głównym bohaterem pozostaje młodziutki Spike, który pomimo okrutnych doświadczeń wciąż jest przerażony światem, w którym musi się odnaleźć. Przekształceniu ulega cała perspektywa historii i narracji. Choć cały czas pozostajemy w skażonym świecie, gdzie ocaleni walczą o przetrwanie, aby nie zarazić się wirusem i nie zmienić się w zombie, to nie zakażeni są wrogami i największym zagrożeniem, a grupa ocalałych na czele z Jimmym Crystalem. 

fot. kadr ze zwiastuna filmu

Skąd możecie go pamiętać? To ten uroczy blondynek, który uratował się na początku poprzedniej części. Teraz słowo „uroczy” jest prawdopodobnie najgorszym słowem, aby móc go opisać. Jimmy stał się Sir Lordem Jimmym Crystalem i jako wyznawca szatana stanął na czele swojej małej sekty. Uważa, że ich zadaniem jest siać zniszczenie – i nie ogranicza się w tym tylko do zakażonych. Do jego niszczycielskiej grupy trafia Spike, co zdecydowanie nie jest jego wyborem. Wrażliwy chłopiec po przeżyciach w pierwszej części 28 lat później trafia z deszczu pod rynnę. 

Oprócz Spike’a istotnym bohaterem jest również już nam znany – doktor Ian Kelson. Gdy młodzi ludzie robią czystkę niczym w Nocy oczyszczenia, dawny lekarz zaprzyjaźnia się z najgroźniejszą istotą – przywódcą zakażonych, alfą Samsonem. Eksperymentuje, aby odnaleźć ponownie w nim tę ludzką cząstkę i wyleczyć go z wirusa. Wszystko to powoduje, że dotychczasowy dystopijny świat, który zdążyliśmy już poznać, wywraca się jeszcze bardziej do góry nogami i pokazuje, że nie potrzeba żadnego zakażenia, aby to ludzie byli najgroźniejszymi istotami żądnymi krwi i zniszczenia. 

fot. kadr ze zwiastuna filmu

Świątynia kości nabiera zupełnie innego wydźwięku, a jednocześnie wciąż zostaje dobrym apokaliptycznym horrorem, a przede wszystkim – świetnym filmem, który bije o głowę poprzednika. DaCosta sprawiła, że druga część 28 lat później sprawdza się jako trochę „dziwny kuzyn” całej serii i jako zupełnie oddzielną produkcję.

28 lat później w najnowszej odsłonie zmienia się również pod względem technicznym, co realnie wpływa na odbiór filmu. Poprzedni epizod w reżyserii Boyle’a niemal w całości kręcony był iPhonem, co miało nadać klimat pewnej amatorskości, a jednocześnie filmu klasy A, który momentami specjalnie próbuje być klasą B. 

To była pewna inność i koncept był fajny, jednak po obejrzeniu Świątyni kości cieszę się, że DaCosta obrała inną drogę. Jej film nakręcony został już profesjonalną kamerą Arri Alexa 35, który przełamał trochę klimat serii. Dzięki temu dostajemy naprawdę świetnie wyglądają zdjęcia, które robią wrażenie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będą zachwycać się zdjęciami w postapokaliptycznym filmie o zombie – a jednak właśnie to robię.

fot. kadr ze zwiastuna filmu

W Świątyni kości bardzo podobało mi się też tempo i rozbudowanie akcji. Ostatnio rzadko kiedy oglądam produkcje, w których nie byłoby nawet chwili, która by mnie nudziła. A tutaj właśnie tak się wydarzyło. Sprawiło to, że film trwający prawie 2 godziny zleciał mi jak 5 minut. Na sam koniec miałam reakcję: „jak to ale to już?” i to nie dlatego, że historia została urwana w połowie, a naprawdę sensownie zakończona. Po prostu film oglądało się naprawdę dobrze, nawet pomimo kilku drastycznych scen, które nie należą do najprzyjemniejszych obrazów. To był szalony seans, ale co najważniejsze – DaCosta w tym szaleństwie odnalazła metodę.

W mojej recenzji 28 lat później: część 2 jest dużo pochwał, ale żeby nie było – to nie jest słodzenie. Świątynia kości choć może i się nie zapowiadała, okazała się bardzo dobrym filmem. Jest tu co prawda jeden niedokończony wątek – dziewczyny w ciąży, która ucieka Spike’owi i znika z fabuły. Wydaje się to ważne dla historii, a zostaje urwane i już do tego nie wracamy. Bardzo liczę na to, że nie jest to filmowy błąd, a jedynie mrugnięcie do fanów, że jeszcze nie koniec. Mam też nadzieję, że to nie jednorazowy sukces DaCosty, a odkrycie przez reżyserkę swojej drogi, którą będzie dalej podążać. Jednak jeszcze trochę poczekam, zanim jej w pełni zaufam.

Więcej recenzji filmowych nowości na Movies Room:

 

Chcesz nas wesprzeć i być na bieżąco? Obserwuj Movies Room w google news!

Zakochana w filmach i muzyce, a także ich połączeniu w postaci musicali. Pierwszą część Harry'ego Pottera oglądała prawdopodobnie, zanim nauczyła się mówić. Typowy geek, którego mieszkanie pełne jest figurek, plakatów kinowych i płyt CD.

Komentarze (0)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.