Movies Room - Najlepszy portal filmowy w uniwersum

Wielki Marty – recenzja filmu! Taki mały może wielkim być

Autor: Agata Magdalena Karasińska
12 stycznia 2026
Wielki Marty – recenzja filmu! Taki mały może wielkim być

Jaki pierwszy obejrzany film w kinie w nowym roku, taki i cały rok. Czy jakoś tak to było. W każdym razie jedno jest pewne – jeśli wszystkie produkcje, które wyjdą w 2026, będą na poziomie Wielkiego Marty’ego, zapowiada się dobry rok w świecie filmowym. 

Choć polska premiera filmu Wielki Marty jest dopiero w tym miesiącu, Amerykanie mogli oglądać go już pod koniec ubiegłego roku. Dzięki czemu śmiało można mówić, że rok 2025 zaowocował dwoma dobrymi filmami wyreżyserowanymi przez braci Safdie – tym razem działających oddzielnie. Jesienią w kinach mogliśmy oglądać Smashing Machine, którego twórcą był młodszy z braci – Benny. Ten tytuł był dość nietypowym filmem sportowym, bo skupiał się bardziej na psychologii postaci Marka Kerra niż na jego walkach. I prawdopodobnie właśnie dlatego był dla mnie naprawdę dobry. 

Starszy brat Safdie, Josh, też postawił na gatunek sportowy, bo jednak ciężko jest inaczej zaklasyfikować film o chłopaku, którego całe życie kręci się wokół tenisa stołowego. Niezaprzeczalne jest, że to jeden z ważniejszych wątków tej produkcji, w końcu niemalże wszystkie decyzje podejmowane przez Marty’ego mają związek z tą dyscypliną. Marty robi wszystko, żeby grać w turniejach, zdobyć pieniądze na udział w mistrzostwach i przede wszystkim – żeby być najlepszym graczem. Pomimo tego muszę przyznać, że Wielki Marty jest tak naprawdę jeszcze mniej sportowy niż Smashing Machine, a jednocześnie – jeszcze lepszy. 

fot. materiały prasowe Monolith Films

Tenis stołowy (a konkretniej – pingpongowy pojedynek Marty’ego z japońskim mistrzem Kato Endo) otwiera i zamyka akcję filmu. Wszystko, co dzieje się pomiędzy, to historia nie tyle amerykańskiego mistrza sportu, co chłopaka, który za wszelką cenę chce osiągnąć „wielkość” i żeby wszyscy wokół w tego Wielkiego Marty’ego uwierzyli, tak jak on sam w siebie wierzy. To psychologiczny portret bohatera pełnego kłamstw i ogromnego ego. No i w końcu: historia, która napisana jest naprawdę dobrze, bo nic tam nie dzieje się bez przyczyny (nawet jeśli z pozoru tak to wygląda!), a wszystkie wątki zgrabnie się ze sobą łączą. 

Choć muszę przyznać, że najlepiej napisana jest sama postać Marty’ego Mausera. Młody chłopak, który chce być kimś, więc jest w stanie zrobić wszystko i wykorzystać każdą napotkaną osobę, aby to osiągnąć. Chce, żeby Ameryka o nim wiedziała, a najlepiej – cały świat. Nie ma żadnych hamulców, a jednocześnie jest jak dziecko, które jeszcze nie nauczyło się przegrywać. Tym właśnie pokazuje, że pomimo swojej megalomanii jest tak naprawdę malutki. Postać, której po prostu nie da się darzyć sympatią.

Takich bohaterów już dobrze znamy – Marty dość szybko zaczął przypominać mi Toma Ripleya z Utalentowanego Pana Ripleya czy Olivera Quicka z Saltburn. Z tych wszystkich postaci to właśnie Marty wzbudzał we mnie najbardziej negatywne emocje. Matko, jak ja nie znosiłam tego wąsatego chłopczyka w okularach i z przerośniętym ego! A jednak Wielki Marty dokonał czegoś, czego się nie spodziewałam. Podczas każdego jego meczu tak bardzo chciałam, żeby wygrał, że żadna inna rozgrywka w tenisa stołowego nie była dla mnie aż tak emocjonująca. Nawet jak za dzieciaka grało się „o honor” na wakacjach. Może twórcy jednak nie kłamią i Marty naprawdę jest wielki?

fot. materiały prasowe Monolith Films

Wielka jest tu także rola Timothéego Chalameta (i nie chodzi mi tylko o czas ekranowy). Nigdy nie wątpiłam w jego talent, choć wiele wcześniejszych ról opierało się na podobnym wizerunku – ładnego, często smutnego chłopaka, który bardziej „jest”, niż faktycznie gra. W Wielkim Martym jest inaczej. Chalamet gra całym sobą i całkowicie staje się Martym. Najlepiej widać to w ostatecznym meczu Mausera z Endo. Rozgrywka, która dla świata tenisa stołowego ma niewielkie znaczenie, dla bohatera staje się absolutnie wszystkim. Co to były za emocje!
Może Chalamet – podobnie jak jego postać – chce udowodnić, że „do trzech razy sztuka” i tym razem wyjść z oscarowej gali jako wygrany? Tym bardziej, że właśnie został laureatem Złotego Globu.

Chalamet swoją kreacją aktorską pokazuje, że pomimo wciąż młodego wieku, jest naprawdę supreme. Jest bezdyskusyjną gwiazdą Wielkiego Marty’ego, jednak muszę zaznaczyć, że nie tylko on na tym ekranie lśni. Świetnie wypada również partnerująca mu Odessa A’zion, dla której – mam nadzieję – rola Rachel będzie jak wrota do kolejnych ciekawych propozycji. Mam świadomość, że ostatnio panuje wszechobecny hejt względem nepo babies, ale kurczę! Jeśli mają talent, to niech idą w świat i go wykorzystują. A Odessa A’zion udowadnia, że radzi sobie bardzo dobrze.

fot. materiały prasowe Monolith Films

Niezwykle cieszy mnie też drugoplanowy występ Gwyneth Paltrow. Mam wrażenie, że przez ostatnie ponad 10 lat grała ona głównie marvelową Pepper Potts, a dopiero w roli lekko zapomnianej, choć świetnej aktorki w Wielkim Martym Paltrow ponownie dostaje szansę, żeby móc trochę popisać się na wielkim ekranie. 

Wielki Marty to bardzo dobry film, który tegorocznym premierom jakościową poprzeczkę stawia bardzo wysoko. Nie jestem jednak z osób, które ten tytuł wrzucają do szuflady z napisem „ideał”. Do ideału potrzebowałabym jeszcze muzyki pasującej do szybkiego tempa rozgrywki w tenisa stołowego, niczym w Challengers. Dzięki temu oraz tej oryginalnej pracy kamery z perspektywy piłki tenisowej i kortu, podczas filmu Guadagnino czułam, jakbym była częścią gry, czego w Wielkim Martym mi trochę brakowało.

Za to bardzo podobał mi się dobór piosenek. Wielki Marty zaczyna się kultową Forever Young od Alphaville i kończy Everybody Wants to Rule the World duetu Tears for Fears. To dwa utwory, które najlepiej opisują cały film, jak i samego Marty’ego. I to chyba jego najpełniejsze podsumowanie.

Więcej recenzji filmowych hitów na Movies Room:

Chcesz nas wesprzeć i być na bieżąco? Obserwuj Movies Room w google news!

Zakochana w filmach i muzyce, a także ich połączeniu w postaci musicali. Pierwszą część Harry'ego Pottera oglądała prawdopodobnie, zanim nauczyła się mówić. Typowy geek, którego mieszkanie pełne jest figurek, plakatów kinowych i płyt CD.

Komentarze (0)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

Ocena recenzenta

80/100
  • Świetnie napisany główny bohater
  • Historia, w której każdy element układanki ma znaczenie
  • Fantastyczny casting
  • Najlepsza dotychczasowa rola Timothéego Chalameta
  • Dobór piosenek
  • Brakowało szybszej muzyki pasującej do rytmu rozgryki tenisowej
  • W czasie rozgrywek mogła być ciekawsza praca kamerą

Movies Room poleca