Odkąd tylko pamiętam, ludzie błagali Disney, by wrócił do superbohaterskich produkcji od Netflix. I przez długi czas imperium Myszki Miki było na to zupełnie głuche, zajmując się własnymi pomysłami. Ale minął czas i nawet oni uznali, że Matt Murdock jest im potrzebny (czy to przez wzgląd na z góry zaplanowaną strategię, czy fiasko wielu innych seriali - trudno stwierdzić). Teraz Daredevil: Odrodzenie wchodzi w swój nowy sezon.
Przyznaję, że sam byłem nakręcony startem dalszego ciągu przygód Diabła z Hell's Kitchen, a pierwsze epizody tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że to będzie coś mocnego. Niestety, ale im dalej w las, tym więcej dialogów, które niewiele wnoszą do historii, mało porywających starć, czy Fiska zdobywającego władzę na speedrunie. Dlatego z jednej strony otwierająca scena 2. sezonu Daredevil: Odrodzenie była naprawdę interesująca (w końcu ile razy nasz mściciel robi rozróbę na okręcie z szemranym ładunkiem…?), z drugiej jednak tym razem pilnuję się z nastawieniem.

Tak jak zapowiadał finał pierwszej serii Odrodzenia, Matt i jego towarzysze żyją teraz w podziemiu, knując pod rządami burmistrza Fiska. Na tym etapie jeszcze nie trafiamy na nazwiska w rodzaju Jessiki Jones, niemniej Karen Page wraz z kilkoma znanymi twarzami. Jest mrocznie, czuć pewną atmosferę zaszczucia - wydawałoby się, że tak, jak powinno to wyglądać. Jednocześnie to dalszy ciąg problemów, które dostrzegałem wcześniej: płytka narracja. Już nawet kolejne dziwne manewry związane z działającą teraz dla Fiska byłą ukochaną Matta specjalnie mnie nie szokują (np. od kiedy nagle stała się tak bezwzględna?), ale jest tego więcej.
Podsumujmy w telegraficznym skrócie pewne aspekty 1. sezonu: szybkie, niemal bezproblemowe wejście Fiska na salony pomimo wszystkiego, co zrobił w netfliksowych sezonach 1-3 (pamiętajmy, że jest to uznane za kanon), łatwość, z jaką owija sobie wokół palca kolejne ważne persony, idiotyczne zachowanie takich postaci jak Punisher, wreszcie ten absurdalny finał, w którym Nowy Jork ot tak został wprowadzony w stan wojenny i nikt z tym nie może nic zrobić. Teraz mamy dokładnie to samo. Pierwszy odcinek niby stara się wprowadzić jakąś reakcję osób z zewnątrz, ale nadal na zasadzie sztuczek w stylu deus ex machina, gdzie Fisk znowu w magiczny sposób znajduje na każdego haki (na tym etapie równie dobrze faktycznie można by było uzasadnić to tym, że np. wziął sobie moce Doktora Strange'a), a jego “służby porządkowe” mogą robić, co chcą. Światełkiem w tunelu jest pewien tajemniczy i ekscentryczny agent CIA (Mattthew Lillard w świetnej formie) - i to właśnie z tej strony będę oczekiwał wielu fabularnych wyjaśnień. Ponownie muszę się jeszcze przyczepić do scen walki, które mają kilka ciekawych ujęć, ale Disney chyba dalej oszczędza na choreografach z prawdziwego zdarzenia, bo tnie wszystko niemiłosiernie.

Zaznaczam raz jeszcze, że twórcy mają trochę czasu na wyjaśnienie co niektórych wątków i być może moja finalna ocena będzie znacznie łaskawsza. Na tę chwilę stwierdzam jednak, że 2. sezon Daredevil: Odrodzenie przynosi bardzo niewiele ciekawych wątków z serii z dawnych lat. Czekam na szumnie zapowiadane pojawienie się galerii znanych nam dobrze sojuszników Diabła i rozgałęzienie intrygi. A ostatnia scena może przywołać pewne plotki w związku z konkretnym antagonistą.
Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.