Chris Pine i kontrowersyjna nagość – rozmowa z gwiazdą filmu Król wyjęty spod prawa

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy młodego pokolenia hollywoodzkiej fabryki snów. Choć znamy go głównie jako Kapitana Jamesa Kirka z nowej wersji Star Treka oraz Steve’a Trevora z superbohaterskiego przeboju Wonder Woman, aktor nie boi się również bardziej wyzywających projektów. Po doskonale przyjętej roli w Aż do piekła, Chris Pine zdecydował się kontynuować współpracę z reżyserem Davidem Mackenziem.

Pine gra główną rolę w produkowanym przez kanał Netflix filmie Król wyjęty spod prawa. Wciela się on w Roberta Bruce’a, szkockiego szlachcica, który po klęsce buntu Williama Wallace’a w 1305 roku musi przełknąć dumę i ogłosić wierność królowi Anglii, Edwardowi I. W ciągu następnych miesięcy mężczyzna ogłosi się królem Szkocji, zacznie być poszukiwany przez okupantów, zmuszony do ucieczki w najdalsze zakątki regionu z niewielką grupą żołnierzy. Z aktorem spotkaliśmy się w Londynie w czasie 62. Londyńskiego Festiwalu Filmowego, gdzie Król wyjęty spod prawa miał swoją europejską premierę.

Zobacz również: Król wyjęty spod prawa – drugi zwiastun produkcji Netflixa!

Radek Folta: Co przekonało cię do tego, żeby zagrać narodowego bohatera Szkocji, Roberta I Bruce’a?

Chris Pine: Przede wszystkim David [Mackenzie – przyp. red.] i jego specyficzne, uważne spojrzenie na dynamikę pomiędzy męskimi postaciami. Druga ważna sprawa to skala produkcji, która sprawiła, że mówimy o ogromnym filmowym przedsięwzięciu. Do tego doszła kreatywna wolność, którą dał nam Netflix. Wolność, która była prawie niespotykana w mojej dotychczasowej karierze.

Kolejna przyczyna to główny bohater. Robert to złożona postać, pełna niuansów, w której nie ma nic banalnego. Po zabójstwie Johna Comyna [w 1306 roku – przyp. red.] dręczyło go ogromne poczucie winy. Musimy zrozumieć, że były to czasy, gdy ludzie naprawdę wierzyli w hierarchię kościoła i w tą instytucję. Oraz w fakt, że zostaną naprawdę potępieni po śmierci za swoje złe uczynki za życia. Robert był tą myślą opętany do tego stopnia, że pod koniec swoich dni pojechał do odległego opactwa, by trzy dni modlić się o przebaczenie. William Wallace [lider Szkotów walczących o niepodległość, bohater filmu Braveheart – Waleczne serce – przyp. red.] był chodząca perfekcją, a Bruce’owi było do tego daleko. Nie wiemy do końca, czy jest silny, czy słaby, czy jest dobrym strategiem, a może ma tylko szczęście. Jego ułomność jest bardzo ludzka.

Chris Pine w filmie Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe

Chris Pine w filmie Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe

Czy nie przeszło ci przez myśl, że może nie jesteś odpowiednim aktorem do zagrania roli rodowitego Szkota, bo jesteś Amerykaninem?

Chyba żartujesz (śmiech). Jestem aktorem i granie innych ludzi to mój zawód. Oczywiście, miałem pewne obawy, szczególnie jeżeli chodzi o akcent. W mojej karierze zostałem już niemal ukrzyżowany za złe używanie akcentów i zdaję sobie sprawę z tego, że jak nie wykonam swojej roboty dobrze, to będzie się działo. Ale już miałem to za sobą, więc pomyślałem, że gorzej być nie może (śmiech). Wiedziałem również, że Robert był bardzo ważną postacią dla Davida i mogłem liczyć na jego szczerość, kiedy coś było nie tak.

Jak opisałbyś styl gry aktorskiej, który zaadaptowałeś na potrzeby tego filmu i czym różni się ona od twoich poprzednich ról?

Muszę pamiętać, że służę swojemu mistrzowi, czyli filmowi oraz reżyserowi. Moje zadanie polega na tym, żeby zajmować wystarczającą przestrzeń na ekranie, aby być „kotwicą”, ale nie mogę tej przestrzeni zdominować. Muszę być „widzialnie niewidzialny”. Moja rola ma nieść narrację. Nie chciałem być zbyt wielki, jak w innych tytułach, bo Robert to nie tego typu postać. Chciałem, żeby widzowie nie wiedzieli do końca, z kim mają do czynienia, bo ja właśnie miałem takie wrażenie. Nie mogłem go do końca rozgryźć.

Chris Pine w filmie Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe Netflix

Chris Pine w filmie Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe Netflix

Czujesz, że granie prawdziwej postaci historycznej niesie ze sobą jakiś ciężar?

Nie do końca, bo bohater, którego gram, żył siedemset lat temu. Nigdy nie napisał biografii. To, co wiemy o nim, to informacje z drugiej ręki – ktoś coś o nim napisał, co robił, gdzie przebywał. Reszta to nasz interpretacja.

Przygotowując się do filmu rozmawiałem z profesorem, który napisał o nim pracę doktorską, i pytam go: „dlaczego Robert ucałował pierścień króla Anglii Edwarda I, dlaczego zabił Johna Comyna?”. A ten mi odpowiedział: „nie wiem”. Bruce był bardzo skomplikowanym człowiekiem, którego życie pozostawia bardzo wiele ciekawych pytań, co czyni tą rolę mocno pociągającą dla aktora.

Zobacz również: Król wyjęty spod prawa – recenzja historycznej superprodukcji Netflixa!

Czy to dla ciebie niezwykłe, że grasz postać, której nie do końca rozumiesz?

Tak, to unikalne i naprawdę interesujące. Dlatego nie wiem też, czy film będzie sukcesem i jak zostanie odebrany. Porównanie historii Roberta do pojedynku Dawida z Goliatem jest jak najbardziej oczywiste, ale dla mnie to nie takie proste. Starałem się grać na różnych emocjach w różnych scenach, żeby oddać różne twarze tego człowieka. Jedno co wiem, że nie ma w jego historii jednej, obiektywnej prawdy.

Pierwszy raz, poza serią Star Trek i Wonder Woman, pracujesz przy drugim filmie z tym samym reżyserem. Co takiego jest w twojej relacji z Mackenziem, że postanowiłeś kontynuować z nim współpracę?

David to prawdziwy partner w pracy na planie. Oraz największy jazzowy filmowiec wszech czasów. Jest to twórca bardzo odważny, z jasną wizją swojego filmu. Bardzo trudno dziś znaleźć reżysera, który otrzymałby na swój projekt duże pieniądze, nie bojącego się improwizacji, będącego otwartym na dziwne i ryzykowne pomysły.

Chris Pine i Florence Pugh w filmie Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe Netflix

Chris Pine i Florence Pugh w filmie Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe Netflix

Czy lokalni aktorzy pokazali ci odrobinę szkockiej kultury w czasie kręcenia filmu?

Widziałem mnóstwo szkockiej kultury (śmiech). Ale poważnie, nie dość, że powaliło mnie piękno tamtejszej przyrody, to urzekli mnie ludzie. Król wyjęty spod prawa to historia o braterstwie i będąc Amerykaniem w Szkocji, podobnie jak moja postać w filmie, zostałem zaakceptowany przez brać aktorską, która pomagała mi choćby w opanowaniu akcentu. Mogę z dumą powiedzieć, że staliśmy się towarzyszami broni, spędzając wiele czasu na długich rozmowach i imprezach.

Jak reagujesz na to, że amerykańska prasa poświęca tyle uwagi krótkiej scenie, w której jesteś całkiem nagi?

Ludzie reagują na widok penisa chichotem, jakby byli niedojrzali. Bądźmy dorośli! Ale jest to rezultat tego, że scen łóżkowych i nagości w kinie nie można pokazywać trzynastolatkom, ale jak na ekranie ucinają głowy i bryzga krew, to już jest w porządku. Wychodzi na to, że przemoc jest OK, ale seks już nie. Można to odnieść do kalwinistycznej, protestanckiej moralności, która mówi, że wstyd, złość, ból i samobiczowanie są dobre, a intymność jest zła.

Florecne [Pugh, grająca rolę Elżbiety de Burgh – przyp. red. ] pokazuje w filmie piersi i nikt nic nie mówi. Czy to dlatego, że jest kobietą i oczekuje się od niej, że to zrobi? A ja, jako mężczyzna, nie powinienem się obnażać na ekranie? I dlaczego – bo pokazuje to słabość i bezradność? Nie wiem, to bardzo ciekawe. Na ten temat potrzebna jest zdrowa dyskusja, bo póki co światem filmu rządzą podwójne standardy.

Film Król wyjęty spod prawa będzie dostępny na Netflix od 9 listopada.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe / Netflix

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?