Król wyjęty spod prawa – recenzja historycznej superprodukcji Netflixa z Chrisem Pinem

Krwawy średniowieczny fresk w gwiazdorskiej obsadzie jest kolejną ambitną produkcją platformy streamingowej Netflix. Król wyjęty spod prawa debiutował na prestiżowym festiwalu w Toronto, a po niewielkich poprawkach i wycięciu kilkunastu minut w skończonej wersji pokazany został publiczności 62. Londyńskiego Festiwalu Filmowego. Obraz wyreżyserowany przez Davida Mackenziego imponuje rozmachem i dbałością o szczegóły, choć brak mu głębi psychologicznej i niuansów poprzednich filmów tego twórcy.

Tam, gdzie zakończyła się historia szkockiego buntownika Williama Walleca, którą pamiętamy z kultowego Braveheart – Waleczne serce, rozpoczynają się dzieje Roberta I Bruce’a. Zanim jednak ten szlachcic stanie się monarchą, czeka go długa i wyboista droga.

Upokorzeni lordowie czternastowiecznej Szkocji muszą oddać hołd i przysiąc wierność angielskiemu królowi Edwardowi I (Stephen Dillane – Gra o tron). Ci, którzy się podporządkują, mogą zachować swoje ziemie i tytuły, ale płacąc sowity podatek na rzecz okupanta. Buntownicy, którzy sprzyjali Wallacowi, w najlepszym wypadku pozbawiani są majątków, w najgorszym – czeka ich śmierć. W nagrodę za oddanie królowi najstarszy z rodziny Bruców, Robert (Chris Pine – Star Trek, Wonder Woman), otrzymuje zgodę na małżeństwo z Elżbietą de Burgh (Florence Pugh – Lady M.), młodą kobietę z silnej szlacheckiej rodziny irlandzkiej związanej z Edwardem. Mimo wszystko z wielu powodów powrót do rodzinnego zamku smakuje jak porażka.

Zobacz również: Król wyjęty spod prawa – zwiastun średniowiecznego widowiska Netflixa!

Spokój w Szkocji jest tylko pozorny, bo Anglicy panoszą się na całego, wykorzystując swoją pozycję, korzystając na nowym układzie finansowo i strategicznie, bo przypadły im lokalne zamki. Kwestią czasu będzie tylko myśl o kolejnym powstaniu. To właśnie Robert, po śmierci ojca, zaczyna skupiać wokół siebie pierwszych popleczników, ale początek nie jest udany. Jeden ze szlachciców kwestionuje pretensje Bruce’a do korony i grozi wydaniem go Edwardowi I. Robert zabija go z zimną krwią. Zostaje z tego rozgrzeszony przez lokalnych duchownych, ale część lordów odwraca się od niego.

Razem popierającą go mniejszością – w tym Jamesem Douglasem (Aaron Taylor-Johnson – Zwierzęta nocyKick Ass), rycerzem pozbawionym zamku, oraz Angusem Macdonaldem (Tony Curran – Zwycięzca, Gladiator), oddanym Irlandczykiem, oraz swoimi braćmi – samozwańczy król Szkocji musi uciekać, wpadając w kolejne zasadzki, tracąc w bitwach bezcennych wojowników. Jego żona i córka z poprzedniego małżeństwa zostają pojmane i uwięzione przez syna Edwarda I (Billy Howle – Dunkierka, Na plaży Chesil).

Kadr z filmu Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe / Netflix

Kadr z filmu Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe / Netflix

Król wyjęty spod prawa to pierwszy epicki dramat historyczny spod ręki Davida Mackenziego. Choć jest to produkcja, która skupia się przede wszystkim na ukazaniu detali epoki oraz widowiskowości walk rozgrywających się w Szkocji AD 1304, są tu motywy nieobce dla kina tego reżysera. Podobnie jak w Aż do piekła w centrum opowieści mamy grupę wyjętych spod prawa bandytów, którzy ścigani są z królewskiego rozkazu. Nie jest to niestety pełne niuansów rozróżnienie pomiędzy dobrymi i złymi jak w poprzedniej produkcji. Anglicy rządzą krajem bezpodstawnie, są pokazywani jako chuligani, nie mający szacunku dla nikogo. Cała sympatia widza przełożona jest zatem na Szkotów, którym należy się prawo do walki o ojczyznę. I choć Robert ze swoimi żołnierzami stosuje prawo spalonej ziemi, zawsze dba o to, żeby zwykli ludzie w tym nie ucierpieli.

Zobacz również: Apostoł – recenzja mrocznego thrillera Netflixa

Drugi motyw przypomina dramat więzienny Starred Up, gdzie bohater grany przez Jacka O’Connella, musiał udowadniać swoją pozycję w światku przestępczym, chcąc jednocześnie zaimponować odsiadującemu wyrok w tym samym więzieniu ojcu. W Królu wyjętym spod prawa mamy dwie takie pary. Pierwsza to Robert jako samozwańczy władca popierany przez kilkadziesiąt osób. Wielu rycerzy nie ma dla niego szacunku, gdyż nigdy nie dowiódł swej odwagi w bitwie, a poprzednie zachowania (nie uczestniczył w buncie Wallece’a, zabił po kryjomu innego lorda) tylko to potwierdzają. Choć Bruce czuje, że jest właściwym człowiekiem u steru, brak akceptacji innych każe mu w powątpiewać w zasadność swoich działań, szczególnie gdy cierpieć zaczynają najbliższy – bracia, żona i córka.

Chrise Pine świetnie usiłuje oddać wewnętrzne rozterki swej postaci, ale te zagłuszane przez kolejne sceny batalistyczne. Jedną z piękniejszych scen jest ta, gdy Robert płynie uczepiony do łodzi swoich kamratów, uciekając po przegranej bitwie. Gdzieś wewnątrz znajduje w sobie siłę, by zaintonować tradycyjną, szkocką pieśń. W człowieku, który chwilę wcześniej utracił brata, tli się jeszcze iskra nadziei.

Kadr z filmu Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe / Netflix

Kadr z filmu Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe / Netflix

Kolejną dynamiczną parą jest Edward I ze swoim synem, przyszłym następcą tronu. Tutaj naprawdę widać siłę kina Mackenziego, bo są tu wszelkie odcienie szarości. Książę Walii jest z jednej strony zniesmaczony rządami swojego ojca i nie chce być do niego porównywany. Z drugiej strony robi wszystko, żeby mu zaimponować i zawsze jest to za mało. W oczach Edwarda I jego syn jest porażką. Psychicznie rozchwiana postać, doskonale zagrana przez Billy’ego Howla, od samego początku popisuje się, chcąc pokazać swoją wyższość. Testosteron, męska duma, podminowana psychologicznymi problemami, prowadzi do autodestrukcji.

Zobacz również: Wdowy – przedpremierowa recenzja z Londyńskiego Festiwalu Filmowego

Ciekawsza mogła być również relacja Roberta z Elżbietą, która w rzeczywistości w momencie małżeństwa miała osiemnaście lat. Na samym początku, tuż po ślubie, Bruce postanawia uszanować swoją drugą żonę i zostawia ją w komnacie samą. Relacja między nimi przybiera na intymności dopiero kiedy król widzi w kobiecie mądrość i dobroć. Niestety, zgodnie z historią para zostaje dość szybko rozdzielona, a stworzoną w kilku scenach więź trzeba brać jako pewnik.

Kadr z filmu Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe / Netflix

Kadr z filmu Król wyjęty spod prawa / fot. materiały prasowe / Netflix

W czym Król wyjęty spod prawa nie zawodzi, to epicka wizja średniowiecznej Szkocji, sceny bitew oraz pojedynków. Krew bryzga na prawo i lewo, bebechy wypływają na ziemię, która nie nadąża z wsiąkaniem czerwonej mazi. Konie w finałowej potyczce umierają tuzinami, uśmiercane w brutalny sposób. Błoto klei się do wszystkiego, a zimno północy Wysp Brytyjskich przeszywa kości. Beznadzieja i okrutność konfliktów zbrojnych na pewno rezonuje w wielu ujęciach.

Od pierwszej sceny filmu, zrealizowanej jako imponujący tracking shot, nie mamy wątpliwości, że Netflix nie oszczędził pieniędzy na tą produkcję. Efekty pracy ekipy filmowej najlepiej w tym wypadku oceniać na największym możliwie ekranie, z pierwszej klasy nagłośnieniem. Miejmy nadzieję, że podobnie jak w przypadku 22 lipca, platforma zdecyduje się pokazać tą imponującą produkcję nie tylko w ramach subskrypcji na tablety, komórki i komputery.

Król wyjęty spod prawa trafi na kanał Netflix 9 listopada

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe / Netflix

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?