Advertisement
Advertisement

Co w duszy gra – recenzja animacji Pixar. Sky is no longer the limit

Najbardziej pożądana i szanowana przeze mnie cecha wielkich artystów to zdolność przekraczania granic. To dzięki niej wiemy, że na kolejny utwór uznanego przez nas twórcy warto czekać. Jeśli ktoś stworzył dzieło, które cenisz, a potem idzie o krok dalej czy w bok, serwując nam coś kompletnie innego i znowu daje radę, ufasz mu jeszcze bardziej. Tym jakże światłym wstępem chciałby przedstawić Wam człowieka, któremu w Hollywood ufam chyba najbardziej. Nie nazywa się jednak Tarantino, nie ma też na drugie Thomas i nie posiada karnetu na współpracę z Danielem Day-Lewisem. Nazywa się Pete Docter i nad wymienionymi wcześniej ma jedną, wielką przewagę. Swoje wizje może realizować za pomocą wielomilionowych czeków od Disneya.

Nie, nie zacznę tutaj chwalić studia Myszki Miki, dalej się mimo wszystko nie lubimy, a po seansie Co w duszy gra to chyba nawet bardziej. Z prostej przyczyny. W całym zalewie disneyowskich Królów Lwów, Skywalkerów. Odrodzeń  i reszty filmopodobnych tworów po studiu Pixar cały czas widać, że się da. I choć wiem, jak działają korporacje, to trochę jednak przykre, że w tej został już tylko jeden bastion filmowej dobroci.

Nie spotkaliśmy się tutaj jednak po to, żeby gadać o korpo, bo są to sprawy dla inwestorów i włodarzy. Dla nas są filmy, takie jak kolejne genialne dzieło Doctera, lądujące na Disney + w minione już tegoroczne Boże Narodzenie. Po dojściu do ściany, jaką wydawało się W głowie się nie mieści, czyli film o emocjach emocji, reżyser przebija ją bowiem z kopa i zwartym krokiem idzie dalej. Co w duszy gra film o emocjach ludzkich dusz i o przekraczaniu granic. Nawet takich, które jeszcze nie istnieją.

Zobacz również: Król – recenzja serialu. W warszawskim teatrze marzeń

Joe Gardner uczy grać Jazz młodych ludzi, którzy nie do końca uczyć się tego chcą. Film zaczynamy od lekcji, która ma nam wyraźnie pokazać, że nasza potencjalna orkiestra chętnie pograłaby w absolutnie każdą grę, prócz tej, która gra w duszy ich pryncypałowi. W pewnym momencie dyrektorka szkoły przynosi mu do podpisania starą umowę. A przecież nie sprowadzi on swojego życia tylko do tego. W sercu przecież cały czas gra muzyka.

Szansą od losu może być więc występ z niejaką Dorotheą Williams, która dostrzega w naszym nauczycielu talent. Kiedy więc pojawia się nowa nadzieja na zmianę swojego życia, wyrwaniu go z rutyny i bezsensu mamy wypadek i wielki, pędzący do światła rząd dusz.

W poprzednim filmie Doctera, W głowie się nie mieści, świat był bardzo kolorowy co działało,  bo dotyczyło poznającej dopiero świat młodej dziewczyny, którą kształtowało mnóstwo bodźców. Teraz poprzeczka poszła nieco wyżej, w krainie dusz nie ma przecież czegoś takiego. Mamy więc rząd bezkształtnych mas, które na Ziemię pójdą (bądź wrócą) dopiero, gdy będzie w tym cel. Studio wybrnęło z kreacji tego typu świata w sposób fenomenalny. Wszystko jest oszczędne, ale bardzo mocno intrygujące a brak kolorów wcale nie ogranicza pomysłów inscenizacyjnych twórców. Małe duszyczki znajdą się na ziemi dopiero wtedy, gdy dostaną na nią coś w rodzaju biletu. Aby go otrzymać muszą odnaleźć w sobie iskrę, pasję, coś co sprawi, że życie nie pójdzie na marne. Pomaga w tym mentor, który jest już zmarłą osobą. Przypadkiem takim staje się Joe i oczywiście napotyka na swej drodze najbardziej niereformowalnego ucznia. Dusza 22 nie połączyła się nigdy z żadnym ciałem, mimo że iskrę probówał w niej znaleźć George Orwell, Muhammad Ali, Abraham Lincoln czy wielu, wielu innych. Jak więc miałby to zrobić zwykły nowojorski nauczyciel, którego życie niczym się nie wyróżnia.

Twórcy naoglądali się La la land i stworzyli opowieść o marzeniach będącą ciekawą polemiką z musicalem Chazelle’a. Tam marzyciele zderzali się z rzeczywistością, tutaj próbują wyjść jej naprzeciw i zastanawiają się, co powinno definiować ich życie. Główne pytanie, które ja jako widz zadawałem sobie podczas seansu, to refleksja nad tym, czy to życie lepiej podporządkować pasji, czy jednak pasję bardziej życiu. Nie jest to jednak jedyna płaszczyzna egzystencjonalnych zagwozdek w tym filmie. Znowu, tak jak w przypadku Inside out roi się tu od świetnych pomysłów, które urozmaicają film i sprawiają, że staje się bardziej przystępny dla młodszych. Seans roi się od ciekawych przemyśleń, a jednocześnie jest naprawdę zabawny. Każdy, kto będzie w stanie zobaczyć film, gdy już będziemy mieli okazję zabrać do kina swoje pociechy, wyjdzie z niego z uśmiechem od ucha do ucha. Zaczynać się to jednak będzie od łez.

Zobacz również: Kronika świąteczna: Część druga – recenzja

Szkoda, że realia są, jakie są, bo w normalnym świecie oglądalibyśmy ten film w kinach, opromieniony owacjami prosto z Cannes czy innego wielkiego festiwalu, na którym porwałby tłumy. Pixar w swej najlepszej formie jest w kwestii komercyjnego kina studiem nieosiągalnym, zarówno dla kompanów spod logo Disneya, jak i konkurentów. Filmy, które robi Pete Docter leżą na najwyższej półce, więc po prostu trzeba je oglądać. Jeśli usłyszał on kiedyś na swej drodze słynne Sky is the limit, może się tylko luźno uśmiechnąć. W swojej twórczości pewnym żołnierskim krokiem zaszedł już dużo dalej.

Zdaniem innych redaktorów:

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Więcej informacji o
, , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?