Król – recenzja 1. sezonu! W warszawskim teatrze marzeń

Gdyby Canal Plus i jego rodzime produkcje serialowe porównywać do klubów piłkarskich, byłby on Manchesterem United. Nie tym wielkim, kierowanym przez równie wielkiego Sir Alexa Fergusona, któremu wraz z sylwestrem pożyczymy sto lat po raz siedemdziesiąty dziewiąty, a tym teraz, grającym w kratkę, robiącym czasem fajne wyniki i przeplatającym je daniem trzech punktów kolejnemu beniaminkowi na własnym obiekcie. Tak samo tutaj, produkcje na naprawdę wysokim poziomie pokroju Kruka czy Belfra (pierwszego sezonu) wypuszczają na przemian z przeciętniakami. Król od początku miał zadatki na załapanie się do tej lepszej grupy. Po finale natomiast można już oficjalnie powitać go w jej szeregach.

Zobacz również: Co obejrzeć po: Król. Produkcje podobne do serialu Canal+

Najmocniejsza strona serialu w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego leży w tym, w czym leżała siła książki Twardocha.  W uwspółcześnieniu historii z przedwojennej Warszawy przy jednoczesnym jak najlepszym jej oddaniu. Choć serial musi użyć do zrobienia tego niewątpliwie innych środków wyrazu niż powieść, udaje mu się to nad wyraz dobrze. Podczas seansu naprawdę można zagłębić się w zmieszaną wewnętrznymi konfliktami i intrygującą Warszawę i czuć, że ogląda się produkt premium. Tak jak w najlepszych rzeczach, które robi konkurencja. Ulice stolicy są tymi, którymi chętnie przedstawionym w serialu okresie byś się przeszedł. Oczywiście w przypadku, gdyby udało się nie napotkać akurat gromadki typów spod ciemnej gwiazdy, jakich w niej na pęczki.

fot. materiały prasowe Canal +

Nic dziwnego, że trudno z niej uciec Jakubowi Szapiro (tutaj stający się powoli ikoną stacji Michał Żurawski, w drugiej po Kruku świetnej roli). Targany emocjami bokser żydowskiego pochodzenia widzi na ulicach miasta dużo smrodu, jednak jest on dla niego na tyle pociągający, że mimo namów żony nie jest w stanie w żaden sposób z nim zerwać. Wszystko kręci się tutaj wokół niego, jego pokrętnych odczuć i przeżyć, które budują fabułę. Jeśli już zaczęliście je śledzić, to wiecie, jeśli nie, będziecie to robić z bardzo dużym zaciekawieniem.

Wszystko z uwagi na to, o czym wspomniałem wcześniej. Na naprawdę kapitalnie wykreowany świat, który znakomicie współgra z historią Jakuba. Jedno w żadnym przypadku nie przysłania drugiego, a tylko nawzajem w znakomity sposób uzupełnia, zabierając ze sobą widza. Ryfka, Kapica i całą resztą napotkanej na drodze gromadki to nie tylko ciekawe postacie same w sobie, ale też ważne figury, podobnie jak my, próbujące zrozumieć postępowanie głównego bohatera i żyć z nim w jak najlepszej komitywie. Braku komitywy oczywiście również nie brakuje.

fot. materiały prasowe Canal +

W całej wystawności serialu bryluje postać Borysa Szyca, która jest według mnie szkiełkiem i uwspółcześnieniem tej historii. Facet jest na maksa przerysowany i wyrwany z innej epoki, a jednocześnie znakomicie wpasowuje się w tę, knując swoje szeroko zakrojone intrygi. To postać żywcem przeniesiona ze starego Bonda, odnaleziona i knująca na ulicach starej Warszawy. Choć może się wydać, że czasem aktor stara się za bardzo, to nie przejdziecie obok niego obojętnie. Tak samo, jak obok wydającego się często bohaterem bardziej głównym niż Szapiro Jana Kaplicy.

Osiem odcinków trzyma w miarę równy poziom, choć zdarzają się w nich momenty dyskusyjne. Za takie można uważać wielorybią symbolikę, wyłożoną dość na stół dość niepotrzebnie i ostatni odcinek, który w wielu momentach nie jest w stanie sprostać wymaganiom produktu premium, jakie postawiły przed nim poprzednie. Nie dość, że zbacza z drogi ciekawej opowieści o człowieku w ówczesnej Warszawie na samego człowieka, to jeszcze główny twist może się wydać dyskusyjny. A można dodać jeszcze efekty, które wyglądają średnio i tworzą kujący w oczy kontrast względem wcześniejszych, pięknie zainscenizowanych odcinków.

Wspomniane na koniec wady nie zmieniają faktu, że wielowątkowa przygoda z Królem jest nad wyraz udana. Dobrą komercyjną powieść Szczepana Twardocha zamieniono na ekranie na dobry, komercyjny serial, który niewątpliwie sprostał dużej kampanii. Jan P. Matuszyński po raz kolejny pokazał, że jest jednym z najzdolniejszych twórców w kraju i że można na nim polegać. Także mimo postawienia przed nim zadania pracy nad materiałem, który w znaczny sposób trzeba było przerobić.

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

jb pisze:

*Kaplica a nie „Kapica”

Łukasz Kołakowski pisze:

racja, podczas oglądania często wydawało mi się nie wiem czemu żę słyszę Kapica, to i tak napisałem. Błąd

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?