Polskie kino w wielu przypadkach od lat balansuje między dwoma biegunami: z jednej strony toporne produkcje pozbawione wyrazu, z drugiej - dzieła przesadnie artystyczne, które zamiast opowiadać historię, celebrują własną formę. Są oczywiście filmy wybitne z naszej kinematografii, ale dziś nie o tym. Glorious Summer bez wątpienia lokuje się bliżej tej drugiej kategorii. I choć zwykle mam z podobnymi projektami kłopot, tym razem nie jest to doświadczenie jednoznacznie rozczarowujące. Wręcz przeciwnie – bywa intrygujące. Problem w tym, że równie często bywa męczące.
Historia trzech kobiet uwięzionych w zabytkowej, odciętej od świata przestrzeni brzmi jak metafora podszyta egzystencjalnym niepokojem. Bohaterkom niczego materialnego nie brakuje - jedzenie, napoje, podstawowe potrzeby są zaspokajane na bieżąco. To świat pozbawiony głodu, brudu i niedostatku. A jednak coś zgrzyta. Z czasem okazuje się, że największym deficytem jest wolność. I właśnie ta rysa pękająca na idealnym obrazie stanowi sedno opowieści. To koncept nośny, obiecujący. Twórcy budują napięcie nie poprzez akcję, lecz poprzez atmosferę - niedopowiedzenie, spojrzenia, ciszę.
Nie sposób odmówić filmowi walorów estetycznych. Zdjęcia są dopracowane, kadry malarskie, kompozycja przemyślana. Dźwięk - co w polskich realiach wciąż nie jest oczywistością - stoi na bardzo wysokim poziomie. Aktorstwo? Pierwsza liga. Naturalne, wyważone, wiarygodne. Serce me skradła Daniela Komędera. Jest naprawdę wyjątkowa i wyróżnia się na tle koleżanek z planu. Jej postać jest niewinna, trochę głupiutka, ale zarazem czuła, kochana i piękna.
Niemniej to właśnie forma staje się największym problemem. Twórcy zbyt ochoczo eksperymentują, mnożą symbole, zagęszczają metafory. W pewnym momencie odnosi się wrażenie, że film bardziej celebruje swoją artystyczność niż opowiada historię. To lekki przerost formy nad treścią - piękny, lecz duszny. Nawet przy niespełna 80 minutach seans potrafi się dłużyć.

Przesłanie jest czytelne: nie chcemy żyć w niewoli, nawet jeśli złota klatka błyszczy w słońcu. Trzeba coś zmienić, wyrwać się z pozornej stabilizacji. To komunikat uniwersalny, aktualny, potrzebny. Niestety - podany w sposób, który pozostawia więcej znaków zapytania niż satysfakcjonujących konkluzji. Niedopowiedzenie bywa siłą kina. Tutaj jednak chwilami sprawia wrażenie braku decyzji twórczej. Świat przedstawiony jest intrygujący, ale niedostatecznie rozwinięty. Paradoksalnie - materiału jest tu aż nadto, lecz w zbyt skondensowanej formie. Serialowy format mógłby pozwolić tej historii oddychać, rozwinąć tło i pogłębić psychologię postaci.
Glorious Summer nie jest filmem złym. To produkcja ambitna, świadoma, momentami naprawdę poruszająca. Ale też przykład kina, które tak bardzo chce być sztuką, że zapomina o widzu. Pozostaje po nim podziw dla warsztatu - i lekki niedosyt, że za piękną fasadą nie kryje się równie mocna opowieść.
Geek i audiofil. Magister z dziennikarstwa. Naczelny fan X-Men i Elizabeth Olsen. Ogląda w kółko Marvela i stare filmy. Do tego dużo marudzi i słucha muzyki z lat 80.