Godzilla: City on the Edge of Battle – recenzja drugiej części animowanej trylogii z królem potworów w roli głównej!

Król potworów przybierał już nie jeden wizerunek. Po raz pierwszy Godzilla został ukazany światu za sprawą Japończyków w latach 50., by rządzić i dzielić tamtejszym kinem przez najbliższe dziesięciolecia. Potem swojego atomowego giganta zachcieli mieć również Amerykanie, tworząc w 1998 film o wątpliwej jakości, naprawiając to dopiero remakem w 2014 roku. Teraz w oczekiwaniu na sequel tejże produkcji Japończycy uraczyli nas animowaną trylogią o Godzilli, której drugą część możemy już teraz oglądać na platformie Netflix.

Tekst zawiera spoilery z filmu Godzilla: Planet of the Monster!

Godzilla taki sam, a jednak inny?

Pierwszą cześć animowanej trylogii o Godzilli wyprodukowanej przez Tōhō Animation, czyli pododdziału legendarnej wytwórni odpowiedzialnej za pierwszy film o królu potworów z 1954 roku, mogliśmy obejrzeć na początku tego roku. Film pt. Godzilla: Planet of the Monster skupiał się oczywiście na tytułowej Godzilli, jednak fabuła zaprezentowana w tej produkcji znacząco różniła się od tego, do czego zdążyliśmy przyzwyczailiśmy się w dotychczasowych, kilkudziesięciu produkcjach o niszczycielskim potworze z głębin oceanu.

Godzilla

Fot. Kadr z filmu Godzilla: City on the Edge of Battle

Zobacz również: Godzilla: King of the Monsters – pełny zwiastun filmu l SDCC 2018

W Planet of the Monster ludzie przegrali walkę z Godzillą i innymi Kaijū – potwornymi bestiami i nie widząc sposobu na wygraną, uciekają w przestrzeń kosmiczną, aby szukać innej planety do zamieszkania. W opuszczeniu Ziemi pomocy udzielili im przybysze z kosmosu, rasy Exif i Bilusaludo, którzy to również utracili swoje rodzinne planety. Uciekinierzy przez 20 lat poszukiwać nie zdołali jednak znaleźć drugiego domu. Wśród ludzi rosło już kolejne pokolenie nieznające wyglądu Ziemi, a co najgorsze – kończyło się paliwo i zapasy. Dowódcy statku musieli więc podjąć decyzję – szukać dalej wymarzonej planety, czy powrócić na Ziemię.

Postanowiono zawrócić na matkę Ziemię, choć wiedziano, że wciąż czekać tam może na nich śmiercionośny potwór. Po przybyciu okazało się, że na Ziemi minęło już 20 000 lat, więc prawdopodobnie Godzilla nie żyje. Prawda była jednak inna, a król potworów ponownie zaatakował. Podjęto walkę, mając w zanadrzu nową taktykę. Po trudnej potyczce okupionej wieloma ofiarami potwór padł i zapanowała euforia po odzyskania Ziemi. Niestety radość była krótka, gdyż pojawił się prawdziwy Godzilla, który żył tu od 20 tysięcy lat i przez ten czas osiągnął niebotyczne rozmiary.

Godzilla

Fot. Kadr z filmu Godzilla: City on the Edge of Battle

Rozmiar ma znaczenie

Film Godzilla: Planet of the Monster przyniósł nam przełomowy wizerunek króla potworów. Animacja zaprezentowała bowiem widzom Godzillę mierzącą 300 metrów, co jest rekordem w długiej historii tej franczyzy. W latach 50. potwór osiągał wzrost rzędu 50 metrów, w latach 90. (m.in. filmie Godzilla kontra król Ghidorah) Godzilla miał nawet 100 metrów, zaś w XXI wieku to odpowiednio 108 metrów w filmie Godzilla z 2014 roku oraz 118,5 metra w japońskiej produkcji Shin Godzilla z 2016. Jak widać potwór znacząco urósł do jego „skromnych” początków, gdy Haruo Nakajima w 1954 roku po raz pierwszy przywdział swój gumowo-betonowy stój. Taki rozmiar zdecydowanie robi wrażenie, a wejście „mega” Godzili pod koniec pierwszej części zdecydowanie zbudował do niego respekt. Można zapytać, czy twórcy nie przesadzili, znacząco odbiegając od standardów zaprezentowanych w poprzednich filmach o Godzilli. Jednak animowana seria zaskakuje swoimi rozwiązaniami w wielu miejscach i widać, że nie chce kolejny raz powielać znanych już motywów, więc można zrozumieć taki ruch. No i taki kolos działa jednak na wyobraźnie.

Godzilla

Fot. Noger

Zobacz również: Godzilla vs. Kong będzie nawiązywał estetyką do Konga: Wyspy Czaszki!

Mechagodzilla

W kontynuacji pt. Godzilla: City on the Edge of Battle zdziesiątkowana ekspedycja, która przybyła na Ziemię, musi znaleźć sposób na przeżycie. Na ratunek przychodzi im tubylcza rasa – Houtua wywodząca się z ludzkich przodków, którzy przeżyli pogrom Godzilli. Dzięki nim ocalali dowiadują się, że dawna broń – Mechagodzilla, stworzona, by pokonać ich śmiertelnego wroga, przetrwała i mogą jej ponownie użyć. Tak rozpoczynają się przygotowania do walki rozpoczętej 20 000 lat temu.

Mechagodzillę pewnie wielu fanów króla potworów kojarzy z kilku produkcji. W filmie z 1974 roku Godzilla kontra Mechagodzilla był to robot zbudowany przez kosmitów. Swoim wyglądem przypominał Godzillę, lecz pokryty był srebrną powłoką. W Godzilla kontra Mechagodzilla II z 1993 roku Mechagodzilla mógł łączyć się ze statkiem powietrznym, tworząc Super Mechagodzillę. W City on the Edge of Battle do tematu mechanicznego przeciwnika Godzilli twórcy podeszli jedna zupełnie inaczej. W produkcji tej jest to bowiem nanometal posiadający sztuczną inteligencję. Tak, w filmie nie ujrzymy klasycznej naparzanki robota z bestią. Pierwotnie z nanometalu miał być prawdopodobnie zbudowany robot, lecz ten został zniszczony przez Godzillę przed opuszczeniem Ziemi przez ludzi, a przetrwała tylko jego sztuczna inteligencja. Od tego czasu nanometal obdarzony inteligencją ukrywał się przed Godzillą oraz rozwijał, tworząc miasto Mechagodzilli. Rozwiązanie z nanometalem na pewno interesujące, jednak pozbawiło nas to pojedynku wielkich gigantów, z czego seria o Godzilli słynie. Zamiast tego dostaliśmy plan pokonania 300 metrowego potwora z użyciem pułapki. Zmarnowany potencjał.

Godzilla

Fot. Kadr z filmu Godzilla: City on the Edge of Battle

Polygonowa rutyna

Przejdźmy teraz do chyba największej kości niezgody w sprawie oceny nowej Godzilli wśród widzów – animacji. Każdy, kto po raz pierwszy zetknął się z filmem Godzilla: Planet of the Monster musiał zwrócić na ten aspekt uwagę. Trylogia o Godzilli bowiem została wykonana całkowicie z użyciem technologii CGI, która to coraz częściej stosowana jest w japońskiej animacji. Anime wykonane w pełnym 3D – renderowane przez komputery, są z miejsca przekreślane przez wielu fanów klasycznej, rysowanej animacji, np. takiej jak w filmach studia Ghibli. Na rynku japońskiej animacji ruch ku produkcjom wykonanym w CGI jest jednak znaczny. Przemawia za tym głównie czas i koszty produkcji, które znacząco spadają, gdy w procesie powstawania nowej animacji zaangażuje się komputery. Z drugiej strony jednak animacje tworzone za pomocą ręcznie rysowanych klatek mają swój niepowtarzalny charakter i wyglądają milej dla oka.

Godzilla

Fot. Kadr z filmu Godzilla: City on the Edge of Battle

Zobacz również: Blame! – oficjalny zwiastun cyberpunkowego anime od Netflixa

Za stworzenie trylogii o Godzilli odpowiada japońskie studio Polygon Picture, które specjalizuje się w produkcjach CGI. Studio to od pewnego czasu związane jest z Netflixem. Na platformie streamingowej możemy znaleźć stworzone przez Polygon serie AJIN: Demi-Human, Knights of Sidonia oraz stworzony bezpośrednio we współpracy z Netflixem film Blame! Trzeba jasno przyznać, że animacja CGI nie jest najlepszym rozwiązaniem w dziedzinie animacji i zdecydowanie wolę tę klasyczną, rysowaną. Jednak przyglądając się wielu produkcjom tworzonym w technologii pełnego 3D, można śmiało powiedzieć, że Polygon to zdecydowany lider na tym polu japońskiego rynku. Ich produkcje, mimo iż wykonane w całości przez technologię komputerową, wyglądają całkiem ładnie, a co najważniejsze animacja jest płynna i nie utrudnia kontaktu z filmem. Wydaję się to być śmieszną zaletą przy współczesnych realiach, gdzie płynna animacja powinna być standardem, lecz wystarczy zerknąć na np. niedawne anime Berserk, aby przekonać się, że nie jest. Podsumowując, animacja CGI nie jest moją ulubioną, ale ta od Polygon Picture to całkiem solidna robota, więc można szybko się do niej przywyknąć i czerpać radość z nie najgorzej wyglądającej produkcji.

Godzilla

Fot. Kadr z filmu Godzilla: City on the Edge of Battle

Godzilla i… nic więcej?

No to wiemy, że mamy tutaj mega Godzillę i kogo więcej? No właśnie, przejdźmy do bohaterów. Głównym bohaterem jest tu kapitan Haruo Sakaki. Zostaje on przywódcą ekspedycji na Ziemi, gdy śmierć w walce z mniejszym Godzilla ponosi Eliott Leland. Mamy jeszcze przedstawiciela rasy Exif – Metphiesa oraz rasy Bilusaludo – Mulu-elu Galu-gu. Można także wspomnieć o pani pilot Yuuko Tani. Najbardziej wyróżnia się tu oczywiście Sakaki, który swoje cechy pokazuje już w pierwszej części. Chce chronić ludzi oraz za wszelką cenę pokonać Godzillę, która skrzywdziła wielu jego bliskich. Charyzmatyczna postać prąca do przodu z krzykiem na ustach. Brakuje tu jednak czegoś więcej poza ślepą nienawiścią do Godzilli. Odrobina inteligencji w poczynaniach kapitana na pewno by nie zaszkodziło. Twórcy chyba również pomyśleli, że warto by dodać coś do postaci, gdyż postanowili stworzyć mały romans z panią pilot. Niestety zostało to zrobione na siłę, bez żadnych wcześniejszych sygnałów, ot kolejny powód, aby jeszcze głośniej krzyczeć na Godzillę.

Dobrze natomiast prezentuje się Metphies z rasy Exif, który jest tajemniczy i inteligentny. Dostał jednak za mało czasu – czekam na więcej w kontynuacji. Dodać można, że w rozmowie z Sakakim wspomniał on o potworze, który zniszczył jego planetę. Jest to dobrze znany przeciwnik Godzilli z filmów, więc istnieje możliwość, że pojawi się on w trzeciej części. Jego imię pada dopiero po napisach końcowych, warto więc trochę poczekać.

Godzilla

Fot. Kadr z filmu Godzilla: City on the Edge of Battle

Zobacz również: Ant-Man i Osa – recenzja sequela filmu o najmniejszym herosie Marvela

Na koniec napomknę trochę o stronie dźwiękowej produkcji. Godzilla brzmi jak należy, to na pewno. Gdy się przebudzi i ryknie swoim charakterystycznym głosem, to wiadomo, że trzeba się bać. Do tego, by podkreślić majestatyczność króla potworów, mamy świetnie brzmiące chórki, które robią swoją robotę. Skorzystano także ze znanych motywów ze starych filmów, lekko je remiksując. Dzięki temu czuć klimat, jakiego mogliśmy doświadczyć w tamtych produkcjach. Same odgłosy walki, czy np. działa atomowego Godzilli, a także głosy postaci stoją na najwyższym poziomie. Miód dla uszu.

Podsumowanie

Godzilla: City on the Edge of Battle nie jest idealnym filmem. Brakuje tu bardziej rozbudowanych postaci, które posiadałyby głębię. W porównaniu z pierwszym filmem ten przegrywa również pod względem fabularnym – ciężko bowiem przebić zwrot akcji z końcówki Planet of the Monster. Dla niektórych wręcz nie do zniesienia będzie animacja CGI, choć akurat w takim wydaniu jak tutaj, myślę, że nie jest wielkim problemem. Do zalet City on the Edge of Battle można zaliczyć całkiem dobrą oprawę graficzną, świetne udźwiękowienie oraz oczywiście rekordowo dużego Godzillę. Mimo kilku wad seans filmu uważam za przyjemnych. Czekam zatem na efektowne zwieńczenie trylogii filmem Godzilla: Eater Of Stars, który ukaże się w Japonii w listopadzie tego roku, a na Netflixie niedługo później.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor współprowadzący działu Gry

Gra więcej, niż powinien. Od czasu do czasu obejrzy jakiś film, ale częściej sięgnie po serial w domowym zaciszu. Niepoprawny fanatyk wszystkiego, co pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?