Od pierwszych pokazów Krzyku 7 wszędzie pojawiają się chwytliwe frazesy: „najgorsza część”, „najgorszy wynik w historii serii” czy „krytycy nie zostawiają suchej nitki”. Faktycznie brzmi to bardzo źle. Ale czy naprawdę tak jest?
Siódma odsłona serii była przez wielu skreślona już na etapie realizacji filmu. Było to spowodowane zwolnieniem przez studio Spyglass jednej z kluczowych aktorek najnowszych części – Melissy Barrery. Przyczyną tego ruchu były propalestyńskie wpisy Barrery, które studio odebrało jako „antysemickie”. Skutkiem usunięcia aktorki z projektu był bojkot produkcji zarówno przez część twórców, obsady, jak i wielu fanów.
Czy w perspektywie tak dużych kontrowersji można ufać tym wszystkim niskim ocenom? Sama uważam, że w dużej mierze jest to pokłosie cenzury narzuconej przez Spyglass. Bo czy najnowsza część to naprawdę aż taki paździerz? No kurczę, bez przesady – zachowajmy wszyscy spokój.
Krzyk 7 z pewnością jest gorszym filmem niż poprzednie części, będące powrotem do serii. Oczywiście, ma niestety swoje fabularne mankamenty, które prawdopodobnie wynikają z konieczności szybkiego stworzenia scenariusza od nowa, ale wciąż jest to naprawdę fajna rozrywka.

Krzyk 7 przede wszystkim mocno stawia na nostalgię. Po krótkiej przerwie do serii wraca najważniejsza final girl grana przez Neve Campbell – Sidney Prescott. Jednak tym razem główną protagonistką jest jej córka, Tatum. Dziewczyna została oczywiście nazwana po Tatum Riley, najlepszej przyjaciółce swojej matki z młodości. Oprócz tak oczywistych postaci jak Courtney Cox jako Gale czy Roger L. Jackson jako głos Ghostface’a, w najnowszej odsłonie Krzyku możemy ponownie zobaczyć Stu (część pierwsza) czy Romana Bridgera (część trzecia). Sami bohaterowie również nieustannie wspominają słynne morderstwa w Woodsboro. I to również podzieliło fanów – jedni cieszyli się z takich smaczków, drudzy narzekają, że poza tym sentymentem nowa część nie ma zbyt wiele do zaoferowania.
Choć sama lubię tego typu powroty i te nawiązania do oryginału całkiem mi się podobały, to wiem, że w ten sposób starano się przykryć wady fabularne. „Damy im nostalgię i może nie zauważą…” – niestety na niektóre rzeczy ciężko jest przymknąć oko.
Największym problemem jest tu zakończenie. O ile całość dobrze mi się oglądało, finał trochę popsuł odbiór. Motyw morderstw najnowszego Ghostface’a jest na tyle słaby, że przez chwilę myślałam, że czegoś nie zrozumiałam albo coś przeoczyłam. Niestety prawdopodobnie twórcom po prostu zabrakło pomysłu. Nielogiczny był dla mnie również wątek Gale Weathers. Pojawiła się nagle, co jeszcze było sensowne, stała się ponownie istotną bohaterką, ale w pewnym momencie po prostu zniknęła na dobre pół godziny filmu. Cały czas miałam w głowie: „Spoko, spoko, ale gdzie jest Gale?”. No i takich wtop było kilka.

W Krzyku 7 uwierała mnie jeszcze jedna rzecz. Choć cała seria jest pastiszem slasherów, tym razem parodia samej siebie była aż zbyt intensywna. Kilka momentów faktycznie działało (scena z samochodem jest absolutnie wspaniała <3), ale niestety sporo było dla mnie na tyle przesadzonych, że zamiast rozbawienia czułam lekkie zażenowanie. Sama gra aktorska Neve Campbell i przerysowana postać Ghostface’a są wystarczającą parodią – nie trzeba co chwilę przypominać nam, czym ta seria jest.
Ale przecież miało nie być aż tak źle? No i nie jest. Krzyk 7 wciąż spełnia swoją podstawową rolę – rozrywkowego kina w postaci slashera, które na ogół nie ma ambicji zostać prawdziwym dziełem sztuki. Pomimo kilku błędów logicznych, na seansie bawiłam się dobrze. Śmiałam się i bałam. Kilka razy podskoczyłam ze strachu, choć myślałam, że jestem gotowa na to, co zaraz zobaczę na ekranie. Niestety przez to też raz skopałam fotel osoby siedzącej przede mną – droga osobo, wybacz.

Faktem jest, że Krzyk 7, z reżyserem mającym nikłe doświadczenie i scenariuszem pisanym na kolanie, nie jest najlepszą odsłoną serii. Ale bez przesady – nie popadajmy w skrajność. Krzyk to wciąż Krzyk i cały czas przyzwoicie się trzyma. Nie żałuję, że obejrzałam tę część i nie żałuję, że ona powstała. Żałuję jedynie, że powstała w takich okolicznościach, których nie popieram.
Zakochana w filmach i muzyce, a także ich połączeniu w postaci musicali. Pierwszą część Harry'ego Pottera oglądała prawdopodobnie, zanim nauczyła się mówić. Typowy geek, którego mieszkanie pełne jest figurek, plakatów kinowych i płyt CD.