Advertisement



Mortal Kombat 11 – recenzja prawdopodobnie najlepszej gry serii

Choć obecnie na rynku znajdziemy sporo ciekawych odnowionych franczyz związanych z szeroko pojętym gatunkiem bijatyk – od Tekkena aż po Soul Calibura, którego zresztą ostatnia dotąd część była hitem ubiegłego roku – najbardziej wpływowa w branży jest bez wątpienia seria od NetherRealms Studios. Ich rozpoczęta w okolicach grudnia 2018 zakrojona na szeroką skalę kampania promocyjna, jak również ogólne zainteresowanie całym wydarzeniem są tego idealnym dowodem. Od premiery minęło już nieco czasu. W świat Mortal Kombat 11 wsiąknąłem tak głęboko, że recenzja tegoż tytułu pojawia się dopiero teraz. I już sam ten fakt w jakimś drobnym stopniu dowodzi, z jak znakomitym tytułem obcowałem.

Tak jak we wcześniejszych rozdziałach legendarnej serii czy obu częściach Injustice, na wstępie wita nas nieprzeciętna i mocno rozbudowana – szczególnie biorąc pod uwagę gatunek – fabuła. W Mortal Kombat 11 mamy do czynienia ze swojego rodzaju zamknięciem wątków rozpoczętych w poprzednich częściach z 2011 i 2015 roku. I trzeba przyznać, że twórcy mają i wyobraźnię, i rozmach w egzekwowaniu pomysłów. Punktem zapalnym historii jest Raiden, który wskutek pewnego poświęcenia w finałowym starciu z Shinnokiem w Mortal Kombat X przeżył załamanie doprowadzające go do kompletnego przewartościowania jego zasad. Stanął do otwartej wojny ze wszystkimi, którzy czyhają na Ziemski Wymiar. Taka zapalczywość to woda na młyn dla Kroniki – tajemniczej istoty, która wykorzystuje czyny mrocznej wersji Raidena, by połączyć przeszłość i teraźniejszość w jedną linię czasu.

Zobacz również: A Plague Tale: Innocence – recenzja. Szczury, szczury, wszędzie szczury!

Tych, którzy czują się zaniepokojeni zabawami z czasem przez wzgląd na możliwą sztampę czy chaos, mogę już od razu uspokoić. Scenarzystom udało się znaleźć złoty środek, dzięki czemu nie bujają przesadnie w obłokach, ale i daleko im do przyziemności. Co więcej, każdy powinien być względnie zadowolony. Fani otrzymają powrót swoich ukochanych postaci w znajomych stylizacjach, zaś mniej wtajemniczeni i tak mogą być zadowoleni z interesujących zwrotów akcji czy przezabawnych interakcji osób z różnych linii czasowych (oczywiście Johnny vs Johnny to najprawdziwsze złoto). Główna przeciwniczka jest wystarczająco niekonwencjonalna, by nas zainteresować swoją misterną, obejmującą wiele rzeczywistości intrygą (choć znajdzie się też nieco miejsca dla Shao Kahna, bodaj najstarszego antagonisty serii). Interesująca i pełna ciekawych zwrotów akcji fabuła ładnie współgra również z samą rozgrywką. Tak samo jak w przypadku poprzedniej części, w Mortal Kombat 11 warto przejść Story Mode, zanim weźmiemy się za multum innych interesujących opcji. Niesamowite jest to, jak dobrze wyszła ekspozycja postaci. NetherRealms nie siliło się na zabawę w backstory czy przeciągnięte dialogi. Interakcje pomiędzy przyjaciółmi, wrogami czy kochankami dają więcej niż tysiąc słów, dzięki czemu całość ma poziom rasowego kina akcji połączonego z fantasy. Jeżeli kiedykolwiek ma wyjść produkcja adaptująca słynną franczyzę, właśnie tak to powinno wyglądać.

Warty uwagi jest również bardzo rozbudowany samouczek. Zawarte są w nim zarówno ogólnikowe porady, jak i szczegółowe wskazówki tyczące się postaci. To sprawia, że skorzystać na tym mogą nie tylko osoby, dla których to nowa seria, ale również weterani lub wprawieni gracze chcący sobie co nieco przypomnieć tudzież przyswoić mechanikę nowej części. Jak już zresztą o tym wspominamy, walka w Mortal Kombat 11 należy do najbardziej dynamicznych i satysfakcjonujących w całej serii. Przede wszystkim ładnie zbalansowano tempo pojedynków z naciskiem na taktyczne myślenie. Pewne podstawy nie ulegają zmianie – nadal każda postać dysponuje pewnymi uniwersalnymi atakami łączonymi w swoiste już kombinacje, dodatkowo mogąc korzystać z elementów otoczenia. Znaczącą zmianą jest używanie Fatal Blowów. W Mortal Kombat X chociażby mogliśmy używać X-rayów zawsze, gdy pasek był naładowany. Teraz działający w ten sam sposób atak może być użyty tylko raz, i to tylko kiedy pasek życia jest na wyczerpaniu. Nie możemy zatem bezmyślnie szafować „prześwietlaniem” oponenta, co wymusza na graczu większy nacisk na planowanie swoich ruchów.

Jeżeli chodzi o postacie, również powinniśmy być usatysfakcjonowani. Oprócz przedstawionych w poprzedniej części indywidualności – Cassie Cage, Jaqui Briggs czy odrażającej i niezwykle skutecznej D’Vorah – mamy również starą gwardię, na czele ze Scorpionem, Sub-Zero, Baraką, Kabalem czy Sonyą Blade. Daje nam to naprawdę duże pole do popisu, jeżeli chodzi o dobranie postaci pod nasze preferencje. Nie zauważyłem również, żeby któryś konkretny rodzaj postaci w jakiś szczególny sposób dawał przewagę – w przeciwieństwie do chociażby Injustice 2 i Harley Quinn, która zdawała mi się zdecydowanie zbyt mocna (pamiętacie atak z hienami i combosy, jakie można z nim robić?).Bura należy się z kolei za to, że kilka klasycznych postaci pojawi się na naszych monitorach dopiero za dopłatą. Kronika również daje radę jako niegrywalna przeciwniczka, a jej fatality polegające na zabijaniu w nieskończoność poprzez manipulowanie czasem ma prawo robić wrażenie.

Zobacz również: Injustice 2: Legendary Edition – recenzja bijatyki z bohaterami uniwersum DC

Tym, co może naprawdę przedłużyć rozgrywkę nawet o dobre kilkadziesiąt godzin (nie wliczam tutaj np. grania ze znajomymi), jest ogromny i świetnie przemyślany dodatkowy content. Nawet coś tak pobocznego, jak przebieranie postaci zostało wyciśnięte perfekcyjnie. Paliwem dla gameplayu jest nieprawdopodobna gama trybów rozgrywki, na czele ze świetnymi wieżami czasu. Tutaj widać owocną inspirację poprzednim dziełkiem twórców, wspomnianą już drugą częścią Injustice. Nie mamy co prawda chociażby elementów pancerza z tak wyskalowaną statystyką, jak w ubiegłorocznej grze ze świata DC Comics (co jest dobrą rzeczą, bo to mimo wszystko Mortal Kombat), ale warto wymienić ciekawe i mające spory wpływ na singlową rozgrywkę wspomagacze. Kolejnym trybem przedłużającym gameplay jest Krypta. Znajduje się ona na wyspie Shang Tsunga (i tutaj piękny fanserwis, bo „zagrał” go Cary-Hiroyuki Tagawa, który wcielił się w tego antagonistę w filmie z 1992 roku) i właśnie tam możemy wydać wszelkie dostępne rodzaje waluty, plądrując to ponure i zarazem niezwykle nostalgiczne miejsce. Z jednej strony mnogość rzeczy do odkrycia może zniechęcić tych, którzy zwykle upierają się na przechodzeniu gier na 100%, jednak mimo wszystko nie uznawałbym tego aspektu za wadę. To tylko sprawia, że do Mortal Kombat 11 można wracać wielokrotnie, wciąż zdobywając ciekawe „znajdźki” w postaci np. części ekwipunku czy specjalnych ciosów danych postaci. To także pewna motywacja dla graczy, żeby doskonalić swój styl – bo w końcu o to tutaj chodzi, prawda?

Zobacz również: Adaptacja Mortal Kombat jednak powstanie!

Już kilka razy padły również słowa krytyki odnośnie wprowadzenia ograniczonych mikrotransakcji, które przyspieszają znalezienie konkretnych rzeczy. Z potępieniem tej możliwości także bym się wstrzymał, jako że jest to absolutnie opcjonalna funkcja, która w dodatku nie ma żadnego wpływu na, dajmy na to, multiplayer. A gdy już przy tym jesteśmy, rozgrywki sieciowe urozmaicono jeszcze lepiej niż w Mortal Kombat X. Oprócz rankingowych starć i możliwości sprawnego tworzenia prywatnych turniejów, do nowych funkcji należy planowanie wspólnych treningów. Zatem to, co było już i tak świetne, zostało jeszcze nieco bardziej dopracowane.

Czy Mortal Kombat 11 to najdoskonalsza gra serii? Póki co, po kilku tygodniach dość intensywnego grania zarówno solowego, jak i ze znajomymi, moja odpowiedź jest twierdząca. Jednak bijatyki to o tyle specyficzny gatunek, że ostatecznie najlepiej można docenić ich walory po latach, na podstawie tego, ile czasu były w stanie nas bawić. Mortal Kombat X stawia pod tym względem poprzeczkę bardzo wysoko, ale jego następca w jednym wygrywa już na pewno (nie licząc tak oczywistych kwestii, jak fabuła czy odnowiony silnik): to pozycja, która jest w stanie pogodzić niemal każdego fana gier polegających na używaniu argumentu siły. Młodszych z fanami pamiętającymi nawalanie się w klasycznych automatach. Zwolenników szybkich, dynamicznych starć z tymi, którzy preferują taktyczne myślenie i kontrolowanie walki. Samotnych wilków z etatowymi uczestnikami turniejów, ewentualnie osób lubujących się we wspólnych posiedzeniach. W zasadzie każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

Grę do recenzji udostępniła firma Cenega.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?