Mortal Kombat 11: Aftermath – recenzja DLC. Nie ufaj nikomu

NetherRealm Studios nie należy do ekip, które zostawiają w spokoju swoje udane projekty. Tym razem sfinalizowali całkiem spore rozszerzenie Mortal Kombat 11, jednej z najlepszych gier ubiegłego roku. Czy było warto?

Od razu warto zaznaczyć, że zakończenie „podstawki” uległo pewnym bardzo istotnym korektom. Po pokonaniu Kroniki Liu Kang nie żyje sobie długo i szczęśliwie przez całe millenia u boku Kitany. Zanim bowiem dochodzi do próby stworzenia nowej ery w dziejach wszechświata, spokój nowo upieczonego boga i „uśmiertelnionego” Raidena zostaje zakłócony przez trójkę ważnych postaci, które do tamtej pory były w pewien sposób wyłączony z gry i mogły jedynie obserwować wydarzenia. A pojawiają się nie bez powodu, gdyż najwyraźniej cała nowa potęga Liu Kanga nie wystarczy, by rządzić czasem…

Zobacz również: Saints Row: The Third Remastered – recenzja. Święci, święci, święci…

Zdecydowanie jest to bardzo duża zmiana w tym równaniu i nie da się wręcz powiedzieć, że planowana jakkolwiek wcześniej (zresztą NetherRealm chyba nawet nie próbuje). Ewidentnie ktoś z ekipy Boona stwierdził, że w trakcie tworzenia scenariusza do głównej historii nieco się zagalopowano, zamykając drogę do sensownego fabularnego DLC. No to dokonano pewnych mało subtelnych „poprawek”. I z początku takie podejście nieco mnie zmierziło, ale w miarę jak przechodziłem przez kolejne wątki coraz bardziej przekonywałem się do narracji. Bo choć przy story mode „podstawki” bawiłem się świetnie, sama intryga była dość prostolinijna, przypominająca bardziej hollywoodzki blockbuster niż mortalowe zagrywki, do których jesteśmy przyzwyczajeni.

Aftermath zgrabnie wcina się w trybiki fabularne niczym kij w rowerowe szprychy. Kiedy wydawało się, że operowanie motywem podróży w czasie zostało już wyeksploatowane do cna, Ed Boon i spółka ponownie się nim bawią. I… wychodzi im to całkiem dobrze, bo zasadniczo poza wspomnianym już manewrem i typowymi dla gier serii logicznymi niekonsekwencjami historia wydaje się być bardziej porywająca niż ta w „podstawce”. Przede wszystkim wracamy do ulubionego dania całej franczyzy: każdy może zdradzić każdego. Nie zabraknie też sprytnych nawiązań do poprzednich odsłon.

Idealne zmienne w postaci Shang Tsunga, Fujina i Nightwolfa – niemal do końca najważniejszych postaci dodatku – wyciągają ostatnie soki z tego przewałkowanego już motywu wcale nie aż tak dużo gorzej od Avengers: Endgame. Ten pierwszy – w którego oczywiście brawurowo wciela się Cary-Hiroyuki Tagawa – i jego niecharakterystyczne oddanie „dobrej” sprawie wysuwają się na pierwszy plan. Czyżby ta wersja przestała knuć na każdym kroku..? Choć znam zależności między postaciami w serii już całkiem nieźle, kilka razy zostałem nieźle zaskoczony. Ostatni akt tego rollercoastera to praktycznie dwa plot twisty jeden po drugim, których zwieńczeniem jest finałowe starcie. Wzorem rozwiązania z Injustice 2, wybieramy stronę, jaka według nas powinna zwyciężyć.

mortal

Fot. Materiały prasowe

Zobacz również: Predator: Hunting Grounds – recenzja casualowej zabawy z kosmicznym myśliwym

Pochwalić można oczywiście zestaw nowych postaci. Mamy jednego „gościa” z innego uniwersum i dwie postacie, których nam brakowało. Robocop powinien zadowolić fanów i sprawić wiele frajdy swoimi zabawkami znanymi z filmowej serii. Szczególnie, że można go przeciwstawić samemu Terminatorowi, wchodzącemu w pierwszy Kombat Pack. No i rzecz jasna Sheeva, ulubienica fanów, która została świetnie zaimplementowana do MK11. Najbardziej jednak spodobał mi się model postaci Fujina. Mocno odświeżony styl walki i sam jego charakter zupełnie różni się od dość bezpłciowej odmiany chociażby z fabuły MKX. Dodano także nowe areny: Dead Pool (stage fatality!), Soul Chamber i Retrocade. Każda z nich jest na swój sposób świetna i warto na niej powalczyć. Dostajemy również sporo nowych skórek, więc kto lubi takie dodatki, powinien być usatysfakcjonowany. Tak samo jak powrotem alternatywnych finisherów o wymownej nazwie Friendship. Kolejny element nowych animacji, który wyszedł znakomicie. Jedynie cena – 170 zł – ma prawo skłaniać nieco do zastanowienia, choć na pewno nie można powiedzieć, że płacimy za produkty w rodzaju niesławnej zbroi dla konia.

Mortal Kombat: Aftermath to bardzo udane rozszerzenie genialnej bijatyki z 2019 roku. Większa część najważniejszych aspektów działa tak jak powinna, parokrotnie nas zaskakując. Znajdzie się nieco do narzekania – od pewnych drobnych fabularnych bolączek aż po cenę zestawu – ale mimo wszystko wydaje mi się, że nawet jeśli mogło być lepiej, to doprawdy powiedzenie, że Ed Boon poszedł na łatwiznę niczym jakieś EA byłoby mocną przesadą. Komu spodobała się podstawowa wersja gry, to DLC powinno sprawić zbliżoną radość. W najgorszym razie, jeżeli zawartość kogoś aż tak nie pociąga, powinien najwyżej zaczekać na jakieś przeceny i bawić się krucjatą Shang Tsunga nieco później.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?