Parę miesięcy temu pisałem recenzję Little Nightmares III, które trafiło w ręce zupełnie nowych ludzi – grę bowiem stworzyło Supermassive Games. Niestety Tarsier Studios straciło prawa do marki i deweloperzy musieli pożegnać się z franczyzą po dwóch odsłonach. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by stworzyć coś nowego, już pod skrzydłami wydawcy THQ Nordic. Tak też zrodził się duchowy spadkobierca Little Nightmares, który miał pokazać siłę ojców serii, czyli REANIMAL. Czy to się udało? Czy Supermassive Games przegrało to bezpośrednie starcie? Zapraszam do recenzji.
Tarsier Studios miało co udowodnić. W końcu ich Little Nightmares II swego czasu zostało przyjęte bardzo ciepło i nadal jest wspominane przez graczy jako niezwykłe, horrorowe przeżycie. Z drugiej strony dość niedawno zostało wydane Little Nightmares III od innego studia, które zebrało dość mieszane opinie – można było pochwalić klimat i oprawę, ale trudno było tam szukać jakiejś głębi i bardziej angażującej rozgrywki. Pojawiła się więc dobra okazja, aby pokazać, że to właśnie Szwedzi potrafią w ten gatunek gier najlepiej. I muszę przyznać, że naprawdę im się udało.

Zaczynając od historii – REANIMAL przedstawia opowieść o dwójce rodzeństwa, które trafia na tajemniczą wyspę. Miejsce to jest związane z ich przeszłością, do której raczej nie chcą wracać, ale los sprawił, że muszą. Trafiają tam z misją, aby odszukać zaginionych przyjaciół i uratować ich z uścisku mrocznej wyspy. Tak naprawdę tylko tyle można wywnioskować z początku gry i niedużo więcej dostajemy w trakcie pierwszych godzin zabawy. Spotykamy naszych towarzyszy, musimy pomóc im wyjść cało z opresji i powtarzamy to kilkukrotnie. Oczywiście w tle dzieją się naprawdę dziwne i przerażające rzeczy, a przez te około 5 godzin zabawy próbujemy choć trochę zrozumieć, co tu się wydarzyło, ale nie jest to łatwe. W odróżnieniu od Little Nightmares III historia fajnie skleja się w całość i przemyca sporo symboli, dając nam ogromne pole do interpretacji. Polecam wymianę zdań i pomysłów na wyjaśnienie fabuły ze swoim kanapowym kompanem, który trzyma drugiego pada.

No właśnie, i tu płynnie możemy przejść do największej zalety gry, czyli do kanapowego co-opa. Nie wiedzieć czemu, Little Nightmares III oddawało w nasze ręce możliwość gry w co-opie tylko online. Dlatego ja, preferujący lokalną współpracę, grę przechodziłem w pojedynkę i niestety trochę się nadenerwowałem na mojego towarzysza sterowanego przez SI. Tarsier Studios zrobił to już prawidłowo, dając nam możliwość ogrania przygody w dwie osoby na jednej konsoli. I to ponownie sprawdziło się wyśmienicie. Zawsze jestem deweloperom wdzięczny, gdy dodają możliwość wspólnego przejścia gry, bo zwyczajnie daje to masę frajdy – Hazelight Studios za sprawą It Takes Two oraz niedawnego Split Fiction pokazało, że można to robić cholernie oryginalnie. Oczywiście REANIMAL nie przejawia takiego poziomu, ale robi nadal dobrze.

W grze przez cały czas musimy się wspierać – czy to pomagając sobie nawzajem, aby dostać się na wysokie platformy, czy podczas korzystania ze środków transportu, jak łódka. W przypadku łódki jedna osoba odpowiada za sterowanie, a druga może świecić lampą lub na przykład wykorzystywać harpuny do eliminowania szarżujących na nas przeciwników. Pojawiają się też inne fajne sekwencje związane z pojazdami, ale nie będę więcej zdradzał. Klasycznie musimy sobie pomagać też, aby otworzyć przejścia czy podczas walki przeciwnikami i bossami – w trakcie starć możemy się również ratować z tarapatów. Podczas rozgrywki znajdujemy również narzędzia, jak łom, który zadziała tylko dzięki wspólnemu wysiłkowi. Ogólnie współpraca wykorzystuje swój potencjał i daje poczucie wsparcia drugiego gracza.
Rozgrywka w REANIMAL jest dość prosta. To chyba najmniej złożona odsłona w porównaniu z innymi grami z serii Little Nightmares. Poza wspomnianymi już mechanikami nastawionymi na grę w co-opie, nie dostajemy tu dużo więcej. Co mnie najbardziej zaskoczyło, to zupełny brak zagadek środowiskowych (poza jedną, ale ta była banalna, więc jej nie liczę). Tytuł przechodzi się praktycznie bez żadnego wyzwania, nie ma tu żadnych miejsc, gdzie można by się choć na chwilę zaciąć. Jedyne momenty, w których zdarzało nam się ginąć, to sekwencje ucieczkowe – jeśli popełniło się mały błąd, przeciwnik nas dopadał i trzeba było wracać do checkpointa. Szczerze nie jestem w stanie określić, czy takie podejście do rozgrywki jest wadą. Osobiście nie tęsknię za zagadkami, które wytrącały mnie z immersji, ale z drugiej strony produkcja bez tego staje się samograjem. Można wręcz powiedzieć, że to bardziej interaktywny seans grozy niż gra logiczna. Ja jestem jednak fanem filmowości i gęstej atmosfery, a w takim stylu rozgrywki wypadło to perfekcyjnie.

Wisienką na torcie w grze od Tarsier Studios jest oprawa graficzna i muzyczna. W tym aspekcie byłem zauroczony od pierwszych do ostatnich minut gry. Już muzyka w menu PS5, która przygrywała po najechaniu na ikonkę gry, sprawiała, że miałem lekkie ciarki. Przez całą grę, dzięki oprawie muzycznej, gęstą atmosferę można było kroić nożem. Ścieżka dźwiękowa jest tu wyśmienita. Oprawa graficzna również została porządnie dopieszczona. Szczególnie na uwagę zasługuje gra świateł, która zaskakiwała na każdym kroku. Ciemność przeplatana małymi ognikami światła towarzyszyła nam praktycznie cały czas, a gdy na ekranie pojawiały się też inne kolory, przyjmowaliśmy to wręcz jak święto, które zapadało w pamięci.
Z negatywnych rzeczy trzeba wspomnieć, że ogrywana przeze mnie wersja przedpremierowa miała trochę bugów. Dziwnie działała latarnia noszona przez dziewczynkę, która raz świeciła, gdy była odłożona za pas, a innym razem nie. Kilka razy zdarzyły się drobne przycięcia animacji postaci, a raz ruchomy przedmiot, który mieliśmy przeciągnąć, zwyczajnie zwariował i się teleportował. Możliwe, że jednak zostanie to naprawione w dniu premiery.
Mając na świeżo porównanie między REANIMAL a Little Nightmares III, mogę śmiało powiedzieć, że przy grze od Tarsier Studios bawiłem się lepiej. Przede wszystkim duża tu zasługa możliwości gry w co-opie na jednej konsoli. Twórcy wykorzystali potencjał kooperacyjnej zabawy, dzięki czemu grę zwyczajnie przechodziło się przyjemniej, mając drugą osobę obok siebie. Poza tym gra fabularnie, choć pozornie nie powiedziała dużo, dała spore pole do interpretacji, co ja bardzo lubię. Świetnie wypadła tu też oprawa audiowizualna. Mimo wszystko pewnie część osób będzie niezadowolona, że produkcja nie stawia przed nami żadnego wyzwania pod względem rozgrywki. Osobiście jednak uważam, że deweloperzy z Tarsier Studios pokazali, jak tworzyć przygodę z dużą nutką grozy, która nie pozostawia nas obojętnymi. To świetny powrót z dobrze znaną formułą, która cieszy jak dawniej.
Ilustracja wprowadzająca: materiały prasowe
Gra więcej, niż powinien. Od czasu do czasu obejrzy jakiś film, ale częściej sięgnie po serial w domowym zaciszu. Niepoprawny fanatyk wszystkiego, co pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni. | [email protected]