Facet do wymiany – recenzja komedii, w której francuskie gwiazdy grają samych siebie

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że Guillaume Canet robiąc film o kryzysie wieku średniego wkracza na nieznane kinematografii terytoria. Temat ten został w końcu dość mocno przemaglowany zarówno przez kino, jak i telewizję. Francuz zastosował więc całkiem sprytny trick. Zrobił film o „sobie”. Dzięki temu Facet do wymiany potrafi się podczas seansu skutecznie obronić.

Zgadza się. Guillaume Canet, ten francuski reżyser i aktor, gra tego reżysera i aktora. Tak samo jak Marion Cotillard gra samą siebie, a więc jego życiową partnerkę i walczącą o Oscarowe role aktorkę. Jednak nie da się nie zauważyć, że pomimo portretowania postaci swoim imieniem i nazwiskiem to film nie jest ani dokumentem ani mockumentem, a od początku do końca fabularną fikcją. Z polskiej perspektywy ciężko stwierdzić ile przemycono rzeczywistych elementów z życia Caneta i Cotillard oraz na ile może stanowić funkcję terapeutyczną po aferach plotkarskich związanych z filmem Sprzymierzeni, lecz całość jest podporządkowana głównemu celowi, czyli lekkiej satyrze na męskość i współczesny świat filmowy.

facet do wymiany

Zobacz również: Volta – recenzja nowego filmu Machulskiego

Chodzi oczywiście o przemijanie. Młodość jest w cenie, dotychczasowi bożyszcze się starzeją, więc jest potrzeba bycia wiecznie młodym (nawet pojawia się słynny szlagier Forever Young), aby grać najważniejsze role. Najczęściej słyszymy o tym w kontekście aktorek, które narzekają, że nie ma odpowiednich ról po osiągnięciu dojrzałego wieku, albo są wyśmiewane w kontekście kolejnych operacji plastycznych.  Facet do wymiany przedstawia sytuację inaczej, bo  z męskiej perspektywy. Guillaume Canet ma 43 lata i w swoim najnowszym filmie wciela się ojca. Sam jest tatusiem, jego życie jest nudne, tak do bólu przewidywalne, że toczy się według zegarka, a właściwie wielu zegarków, jak to zobaczycie w filmie. Pewnego dnia partnerująca mu na planie wschodząca gwiazda oznajmia, że dla środowiska już nie jest już gorącym ciachem. Canet postanawia więc udowodnić wszystkim, że jest inaczej, że jest w nim Rock’n Roll. Wyrusza w podróż po młodzieżowych lokalach, willach rockmenów na emeryturze i choć wywołuje kolejne skandale, to jednak łatka coś się nie może odczepić, a na castingach do ról dwudziestolatków wciąż jest odrzucany. Oczywiście do czasu wielkiej metamorfozy dokonanej przy pomocy strzykawek z koksem i botoksem.

Facet do wymiany opiera się głównie na dystansie do siebie występujących w nim gwiazd francuskich i jednej amerykańskiej. I ten luz widać w grze. Oglądamy kłótnie na planie filmowym, kończącą się cierpliwość producentów-przyjaciół, ale w największym stopniu Canet biczuje swoją postać, którą nie tylko przeczołgał niemiłosiernie, ale i dokonał razem z osobami od charakteryzacji przeobrażenia w żywego Kena czy inną męską wersję słynnego Człowieka-Kota. Bawią więc te próby wyparcia swojego wieku, zmagania o role dla dwudziestolatków, kolejne imprezowo-wizerunkowe ośmieszenia, czy montażowe dowcipy sennych wizji. Bawi przede wszystkim wizerunek zdjęty z czerwonego dywanu. Rysowany jest wręcz obraz szarej, przeciętnej rodziny, która ma tylko taką pracę, że trafia na okładki i plakaty. Okazuje się więc, że amanci francuskiego kina żyją pod pantoflem, a gwiazdy wielkiego formatu mieszkają w luksusach, a w na oko dwu-trzy pokojowym mieszkanku w paryskiej kamienicy. Cotillard najważniejsze francuskie nagrody – Cezary – wykorzystuje, jako podstawki pod stół, jest taką perfekcjonistką, że po zaangażowaniu przez Dolana nie wychodzi z roli i gada w kanadyjskim narzeczu (fakt, przesadzono z tym), a w salonie tworzy ogródek warzywny. Inna sprawa, że Canet nie zna umiaru i nie potrafi zrezygnować z żadnej sceny, przez co otrzymujemy dwie godziny powtarzających się motywów.   

Zobacz również: W starym, dobrym stylu – recenzja komedii o dziadkach rabujących bank

facet do wymiany1

Początkowo wydaje się, że Facet do wymiany podąży amerykańskimi trendami komediowymi i przedstawi bunt czterdziestolatka, a na końcu główny bohater odnajdzie sens życia i bogatszy o doświadczenia pogodzi się ze swoim wiekiem. W filmie Caneta do pewnego stopnia jest podobnie, lecz schemat jest odwrócony, gdyż to nie on, a Marion musi „dorosnąć” do jego zmiany zewnętrznej osiągającej taki punkt, z którego powrót do normalności jest niemożliwy, w przeciwieństwie do happy-endu. Dlatego też nie znajdziemy w filmie wyśmiewania czy potępienia dla różnych postaw w kierunku odmłodzenia. Nie ma też oczywiście pochwały, a w zamian otrzymujemy zrozumienie dla wyborów, czułość, szacunek, że nie każdy musi starzeć się z godnością, jeśli nie chce. Canet zdaje się w finale mówić, że najważniejsza jest miłość i akceptacja decyzji przez najblizszych. A praca się zawsze znajdzie. Najwyżej w podrzędnym amerykańskim serialu podobnym do Lassie, tylko że z krokodylem zamiast psa.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Dziennikarz

Kinonarkoman. Fan J. Chastain, M. Wasikowskiej i kina azjatyckiego (w szczególności południowokoreańskiego). W wolnych chwilach ogląda piłkę nożną i udaje, że prowadzi bloga. Kontakt: [email protected]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?