Captain Tsubasa: Rise of New Champions – recenzja gry. Nostalgia pełną piersią!

Tsubasa to jeden z tych tytułów, którego wspominanie u wielu osób wywołuje łezkę wzruszenia, przywołując miłe obrazy z dzieciństwa. Tak jak ogromną rzeszę fanów ma Goku z Dragon Balla, tak samo nie mniejsze grono ciepło wspomina Kapitana Jastrzębia. Jak więc sprawuje się gra oparta na tej klasycznej już historii?

Captain Tsubasa: Rise of New Champions to pierwsza pełnoprawna gra skupiająca się na losach Tsubasy Ozory od bardzo dawna. Żeby jednak choć trochę nakreślić ramy franczyzy, z jaką mamy do czynienia, wspomnę też o innych mediach. Historia o niezwykle uzdolnionym chłopcu, pragnącym zostać najlepszym piłkarzem na świecie, miała swoje początki na łamach mangi. Jej pierwszy rozdział ukazał się w Japonii w 1981 roku . Długo nie trzeba było czekać na przeniesienie przygód Tsubasy na serial anime, bo już w 1983 roku ten wystartował w japońskiej telewizji. W Polsce zaś serial zrobił furorę podczas emisji w latach 90. Jak widać, Tsubasie niedługo stuknie czterdziestka, jednak seria nadal zyskuje nowych fanów oraz ciągle rozpala nutkę nostalgii u weteranów.

Captain Tsubasa: Rise of New Champions

Fot. Screen z gry Captain Tsubasa: Rise of New Champions

Zobacz również: Ghost of Tsushima – recenzja gry. Honor to nie wszystko!

Nic więc dziwnego, że zapowiedź nowej gry opartej na tej franczyzie wywołała niemałe poruszenie. Fani młodsi i starsi nie mogli doczekać się możliwości wcielenia w Tsubasę, Kojiro, Misakiego czy Wakabayashiego. Względem Captain Tsubasa: Rise of New Champions pojawiły się nawet porównania do FIFY czy PES-a, ale nie – to zupełnie inne produkcje. Nowa gra opowiadająca o losach Tsubasy to produkcja skierowana głównie do fanów, a twórcy nie chcieli tworzyć konkurencji dla dwóch gigantów. I dobrze, bo tę walkę przegraliby sromotnie.

Na początku wspomnijmy, co znajdziemy w Rise of New Champions. Twórcy zdecydowali się rozpocząć historię od drugiego rozdziału znanej fanom fabuły. Nie wcielimy się więc w Tsubasę z podstawówki, gdy tworzyła się zwycięska drużyna Nankatsu. Nie poprowadzimy Ozory do pierwszego krajowego mistrzostwa i nie zobaczymy wspaniałego starcia z Meiwa FC. Trochę tego nie rozumiem, bo dzięki poprowadzeniu historii od jej początku, moglibyśmy zyskać dłuższą kampanię i lepsze wprowadzenie w świat japońskiej piłki szkolnej (zakreślenie profilu poszczególnych drużyn), a to może mieć duże znaczenie dla osób niezaznajomionych z anime. Można tylko przypuszczać, że zawierająca pierwszy rozdział historia byłaby dla twórców za długa, a terminy gonią. No nic.

Zobacz również: Paper Mario: The Origami King – recenzja gry. Niesamowicie zabawna przygoda w papierowym królestwie!

Zaczynamy więc od drugiej części, gdzie to Tsubasa jest już w ostatniej klasie gimnazjów i przygotowuje się do pucharu krajowego, gdzie ma zamiar wygrać po raz trzeci. Tak, wygrał do tej pory wszystko. I właśnie ten rozdział stanowi pierwszy tryb fabularny dostępny dla graczy. Tutaj klasycznie przejmujemy stery w prowadzeniu Nankatsu do zwycięstwa. Tryb jest dość krótki (jakieś 4-5h) i można traktować go jak bardziej rozbudowany samouczek. Uczymy się wszystkich najważniejszych ruchów potrzebnych do wygrywania kolejnych starć, a przy okazji śledzimy losy Tsubasy aż do wielkiego finału. Można mieć zarzut do twórców o potraktowanie tej części historii po macoszemu. Fabuły jest tu jak na lekarstwo, głównie po prostu lecimy po kolejnych meczach. Ponownie osoby nieznające anime/mangi mogą się pogubić.

Gra pokazuje swoje prawdziwe oblicze dopiero w drugim trybie fabularnym, czyli New Hero. Tam tworzymy własną postać i powoli rozwijamy jej futbolowe umiejętności. Zaczynamy od turnieju Junior Hero League, który został ogłoszony niedługo po zakończeniu ostatniego krajowego pucharu. Jego celem było wyłonienie nowych piłkarzy do reprezentacji narodowej juniorów. Wkrótce bowiem reprezentacja Japonii miała wziąć udział w turnieju The Junior Youth Word Challenge, czyli w takich młodzieżowych mistrzostwach świata. Junior Hero League to oczywiście wymysł twórców gry, aby jakoś w miarę realistycznie wepchnąć nas do reprezentacji, gdzie oczywiście dostajemy się po wygraniu pucharu z naszą drużyną (na początku możemy wybrać między Musashi, Furano lub Toho). A ciąg dalszy, czyli wspomniane mistrzostwa świata, to w końcu dobrze zrealizowana historia, która jest długa i pokazuje też coś więcej niż tylko rozgrywanie kolejnych meczów.

Captain Tsubasa: Rise of New Champions

Fot. Screen z gry Captain Tsubasa: Rise of New Champions

Zobacz również: Death Stranding – recenzja wersji na PC

W tej części satysfakcjonująco przedstawiono nowe postacie. Tych jest całkiem sporo, w końcu bohaterowie mierzą się z drużynami z całego świata. Poza meczami przeciw nim, jest też czas na krótkie ich przedstawienie, zarysowanie ich mocnych stron i tak dalej. Dzięki temu czujemy jakieś emocje, czego nie można było powiedzeń we wcześniejszym etapie. Z drugie strony znajdą się malkontenci, którzy za długie przerwy od rozgrywki skwitują ziewnięciem. Początek mistrzostw świata jest w tej kwestii wyzwaniem, bo pada możemy odłożyć nawet na blisko godzinę. Do tego wszystkie konwersacje to przede wszystkim statyczne postacie i ściany tekstu. Czasem pojawi się tylko przerywnik w stylu anime. Całe szczęście, że jest pełny japoński voice acting (poza małymi kwestiami w wydarzeniach pobocznych), co nadal nie jest w japońskich grach standardem. Dla mnie osobiście te pozagameplayowe rozwinięcia fabularne to zdecydowanie najlepszy element gry, sprawiał mi najwięcej frajdy.

Niestety nie świadczy to najlepiej o samej grze jako takiej. Rozgrywka w Captain Tsubasa: Rise of New Champions może wydawać się całkiem przyjemna, ale tak jest tylko na początku. Kilka rozwiązań sprawia, że kolejne mecze stawały się dla mnie tylko niepotrzebnym obowiązkiem, który musiałem wykonać w celu odblokowania dalszej historii. Fajnie jest bowiem pierwszy raz wykonać superstrzał i zobaczyć animację, gdzie ręce bramkarza przełamują się, a piłka wpada do bramki. Szybko jednak orientujemy się, że rozgrywka w swoich założeniach jest prosta jak budowa cepa. Bo jak utrudnić strzelanie bramek graczom? Dajmy bramkarzowi pasek staminy, który trzeba zbić niezliczoną ilością strzałów, czy kilkoma silnym strzałami, aby piłka w końcu wpadła do siatki. No przecież bramkarz się męczy, nie? Niby tak, ale fajnie, że jak straci bramkę, to nagle znowu broni wszystko jak nowonarodzony. I nawet strzały na pustą bramkę, gdy bramkarz ma jeszcze trochę paska, kierują piłkę w jego ręce…

Zobacz również: SUPERHOT: Mind Control Delete – recenzja gry. Sympatyczny dodatek za dobrą cenę

Rozumiem, że bez tego wyniki byłyby pewnie dwucyfrowe, ale ciężko godzić się na takie sztuczne utrudnienie zabawy. O zerojedynkowości modelu rozgrywki niech świadczy jeszcze system dryblingu, jeśli można go tak nazwać. Polega on na tym, że jak zbliżymy się do przeciwnika, to możemy wcisnąć albo R1, albo R2. I w kolejności służy to do omijania wślizgów oraz szarży na nas. Więc gdy przeciwnik leci dołem – dajemy R1, a jak biegnie prosto na nas – to wtedy R2. Strzał to po prostu trzymanie przycisku aż do momentu pełnego naładowania paska, aby oddać superstrzał (zwykłe strzały to strata czasu). Pasek ładuje się jednak bardzo wolno, trzeba więc dużo przestrzeni, co łatwo uzyskamy kilkoma dryblingami. Ale wiadomo, tam stoi bramkarz terminator, jak ma jeszcze pasek, to z gola nici.

Oczywiście, na pewno znajdzie się duże grono osób, którym taki prosty system będzie odpowiadał i przy Tsubasie będą bawić się świetnie. Jeśli jednak siedzicie w PESie/FIFie od kilku- kilkunastu lat, jak ja, to szybko was taki model rozgrywki odrzuci. Jest zbyt powtarzalny i nie ratują go nawet fenomenalnie wyglądające zagrania specjalne. Tak, gra wygląda całkiem ładnie. Nie jest to oszałamiające graficzne widowisko, jednak jak na grę na licencji anime wygląda dobrze. Do tego pełny voice acting i cała masa wpadającej w ucho muzyki. Dla fanów prawdziwa gratka.

Captain Tsubasa: Rise of New Champions

Fot. Screen z gry Captain Tsubasa: Rise of New Champions

Zobacz również: Avengers w komiksach, filmach i grach

Captain Tsubasa: Rise of New Champions oczekiwany był przez wielu fanów. Czy spełni ich oczekiwania? Myślę, że większość z nich będzie zadowolona. Osobiście jednak do gry mam sporo zastrzeżeń. Nie wiem, czy po prostu brakowało tu tej legendarnej nostalgii, aby z produkcją czas spędzić milej. Anime o Kapitanie Jastrzębiu pierwszy raz obejrzałem na krótko przed grą i muszę przyznać, że lepiej przemawiał do mnie serial niż Rise of New Champions. Do tego, gdy myślę o grze, to najlepiej bawiłem się, chłonąc kolejne kwestie pomiędzy meczami, nie podczas samej rozgrywki. Myślę więc, że Tsubasa tu nie winny, po prostu gra okazała się kolejną solidną, lecz niewyróżniającą się produkcją na licencji, jakich w ostatnim czasie wychodzi mnóstwo. A szkoda.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor współprowadzący działu Gry

Gra więcej, niż powinien. Od czasu do czasu obejrzy jakiś film, ale częściej sięgnie po serial w domowym zaciszu. Niepoprawny fanatyk wszystkiego, co pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?