Mafia to dla wielu graczy kultowa seria, którą brutalnie skrzywdziła trzecia odsłona. Jedynka wprowadzała nas w realia przestępczego świata z włoskim klimatem, dwójka udowodniła, na co stać czeskie studio, a trójka zaczęła eksperymentować z formułą – niestety z marnym skutkiem. Do niedawna wydawało się, że to nieudane domknięcie trylogii pogrzebało serię na dobre. Na szczęście zapowiedziano prequel, rozgrywający się na wiele lat przed wydarzeniami pierwszej Mafii. Czy Mafia: The Old Country to wreszcie powrót w wielkim stylu?
Ja również nie jestem wobec Mafii obojętny. Niedługo po premierze dwójki poznałem historię Vito i po raz pierwszy wsiąkłem w klimat włoskiej mafii. Dopiero później obejrzałem Ojca Chrzestnego. Trzeciej części nigdy nie tknąłem – odstraszały mnie fatalne opinie i niezbyt przekonująca wizja lat 60., podana w formule pseudo otwartego świata. Twórcy poszli za trendami i zamiast mocnej historii dostaliśmy typową piaskownicę z aktywnościami pobocznymi. Dlatego z ulgą przyjąłem informację, że The Old Country wraca do korzeni i serwuje liniową, filmową opowieść.
Prequel przenosi nas nie tylko przed wydarzenia pierwszej Mafii, ale też na inny kontynent. Tym razem akcja toczy się na Sycylii – tam, gdzie wszystko się zaczęło. Choć fabuła nie opowiada wprost przeszłości Tommy’ego, fani znajdą mnóstwo nawiązań do bohaterów znanych zwłaszcza z dwójki. Smaczków jest tu pełno, ale bez obaw – nie będę spoilerował.
Głównym bohaterem jest Enzo. Poznajemy go jako młodego chłopaka zmuszonego do pracy w kopalni u podnóża Etny – sprzedanego tam przez własnego ojca. Jest początek XX wieku, a mafijne rodziny kontrolują Sycylię w najdrobniejszych szczegółach. Słońce praży, wokół rosną mandarynki, drzewa oliwne i winorośle, a obok nich stoją eleganckie rezydencje i surowe miasteczka z kamienia. To idealne tło dla historii o włoskiej mafii. Na PS5 wygląda to świetnie, szczególnie malownicze krajobrazy.
Enzo, zwany przez innych caruso – czyli chłopiec-górnik – marzy o ucieczce z kopalni. Kiedy jego plan częściowo się udaje, ratuje go Don Torrisi, głowa wpływowej rodziny, oficjalnie zajmującej się produkcją wina. Wdzięczny chłopak dołącza do jego ludzi. Zaczyna od prostych prac w winnicy, ale szybko zyskuje zaufanie rodziny i zostaje wciągnięty w „prawdziwe” interesy. Tak rozpoczyna się jego droga do mafijnego półświatka.
Fabuła to zdecydowanie najmocniejsza strona gry. Akcja ani na chwilę nie zwalnia przez całą grę, która trwa około 12–14 godzin. To opowieść o przemianie Enzo, mafijnych porachunkach, miłości i trudnych wyborach. No i jest jeszcze finał, którego nie da się szybko zapomnieć. Zdecydowanie fabuła jest tu cudowna i jako bardzo długi film lub pełnowymiarowy serial sprzedałaby się wyśmienicie.
Drugim filarem są bohaterowie. Don Torrisi od pierwszych chwil robi piorunujące wrażenie, Isabela urzeka, Cesare rozładowuje atmosferę humorem, Tino przeraża bezwzględnością, a Luka imponuje charyzmą i honorem. Przez kilkanaście godzin naprawdę można się z nimi zżyć. To zasługa świetnie napisanych dialogów, które brzmią naturalnie nawet podczas zwykłej jazdy samochodem. Do tego dochodzą widowiskowe cutscenki – liczne, dopracowane i stojące na poziomie dobrego kina. Gra potrafi być tragiczna, ale są też misje z dużą dozą humoru, gdy zwyczajnie cieszymy się z naszymi bohaterami.
W Mafia: The Old Country mamy więc piękne realia, dopracowaną fabułę oraz postacie z krwi i kości. A jak wypada gameplay? Niestety, dużo gorzej. Głównym elementem zabawy jest system strzelania. Mamy do wyboru trochę różnych broni – które swoją drogą, jak wszystko w grze, są fantastycznie odwzorowane, więc nie musimy się bać o immersję. Jest też system zasłon, dzięki któremu możemy łatwo przykleić się do elementów otoczenia. To wszystko działa po prostu okej. Do tego dostajemy możliwość skradania i cichego eliminowania, do czego gra wielokrotnie próbuje nas zachęcić. No i mamy dość nietypowy pomysł na walkę w zwarciu – zamiast bić się na pięści, walczymy na noże.
I tak jak wszystko oddzielnie brzmi może całkiem interesująco, to niestety zostało to zepsute przez schematyczność i ogólną budowę misji. Przez całą grę wygląda to z grubsza tak samo – wpadamy do jakiejś lokacji, gdzie wrogowie ustawieni są tak, żeby dało się ich minąć lub po cichu wyeliminować. Gdy przejdziemy pierwszy fragment, w końcu i tak uruchamia się sekwencja, gdy zostajemy wykryci, więc zaczyna się wymiana ognia. Na koniec pojawia się boss, którego musimy pokonać na noże (mimo że chwilę wcześniej mieliśmy spory arsenał na plecach). Jest to niestety bardzo powtarzalne i mało spójne. Po co mamy się skradać, jak i tak potem przyjdzie nam wystrzelać małą armię? No i czemu zawsze musimy kończyć ciachaniem się po mordach? Sytuację ratuje kilka misji wyścigowych – konnych i samochodowych – które dawały odrobinę rozrywki.
Mafia: The Old Country to gra pełna kontrastów. Dostajemy być może najlepszą fabułę w całej serii i świetne postacie, ale gameplay został potraktowany po macoszemu. Przygody Enzo na długo pozostaną w pamięci, podobnie jak głos Dona Torrisi czy piękne krajobrazy Sycylii. Niestety, schematyczne misje i brak różnorodności w rozgrywce mocno psują odbiór.
Mimo to trudno nie docenić tego powrotu. The Old Country pokazuje, że Mafia wciąż potrafi opowiadać historie jak mało która gra. I właśnie dlatego – pomimo wad – warto było wrócić na Sycylię.
Ilustracja wprowadzająca: materiały prasowe
Gra więcej, niż powinien. Od czasu do czasu obejrzy jakiś film, ale częściej sięgnie po serial w domowym zaciszu. Niepoprawny fanatyk wszystkiego, co pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni. | [email protected]