Absolute Batman tom 1 – Zoo – recenzja komiksu
Każde tworzone przez dziesięciolecia uniwersum potrzebuje odświeżenia, reinterpretacji czy wreszcie zwykłej zabawy formą.
Tamte dni, tamte noce od dawna funkcjonują jako coś więcej niż tylko queerowy romans. To opowieść o pożądaniu, pierwszym wielkim uczuciu, przemijaniu i tej szczególnej kategorii wspomnień, które z czasem zamiast blaknąć, nabierają intensywności. Film Luki Guadagnino z Armie’em Hammerem (tak, tym samym co grał w kontrowersyjnym filmie Uwe Bolla) i Timothéem Chalametem sprawił, że historia Elia i Olivera trafiła do masowej wyobraźni. Sam jednak przez lata omijałem książkowy pierwowzór szerokim łukiem – romans nigdy nie był gatunkiem, po który szczególnie chętnie sięgałem. Filmowa adaptacja zrobiła jednak na mnie ogromne wrażenie. Tym większą miałem ciekawość, czy powieść graficzna będzie potrafiła odnaleźć własny język. Okazuje się, że jak najbardziej.
Fabuła jest doskonale znana. Na włoską Riwierę przyjeżdża Oliver, Amerykanin zaproszony przez ojca Elia. Początkowo obaj wydają się pochodzić z dwóch zupełnie różnych światów. Elio jest młody, niepewny siebie i dopiero zaczyna rozumieć własne pragnienia. Oliver natomiast sprawia wrażenie człowieka, który już wie, czego chce – albo przynajmniej bardzo dobrze potrafi sprawiać takie wrażenie. Między nimi pojawia się jednak napięcie, którego nie da się długo ignorować. Wakacyjna znajomość zaczyna powoli przeobrażać się w romans, a zwykłe lato nabiera ciężaru doświadczenia, które pozostanie z bohaterami na długo.
Nie ma większego sensu ponownie rozkładać tej historii na czynniki pierwsze. Każdy, kto zna Tamte dni, tamte noce, wie, z czym ma do czynienia. André Aciman stworzył opowieść, która w pewnych kręgach dawno już otrzymała status kultowej, ale jej siła nie wynika wyłącznie z queerowego charakteru. To przede wszystkim bardzo uniwersalna historia o pierwszym uczuciu – tym, które potrafi być jednocześnie najpiękniejszym i najbardziej bolesnym doświadczeniem w życiu.
Queerowość bohaterów nie zostaje tutaj sprowadzona do fabularnego problemu, który należy rozwiązać. Jest częścią ich życia, podobnie jak włoskie lato, muzyka, jedzenie czy rozmowy prowadzone do późnych godzin. I właśnie ta naturalność jest jedną z największych zalet całej historii. Nie ma tu potrzeby nachalnego manifestowania czegokolwiek. Jest za to opowieść o ludziach, którzy próbują zrozumieć własne emocje. Dlatego Tamte dni, tamte noce mogą być dla części odbiorców ważnym głosem społeczności LGBT, ale jednocześnie pozostają historią na tyle uniwersalną, że jej emocjonalny ciężar wykracza daleko poza tę kategorię.

Strona komiksu Tamte dni, tamte noce
Powieść graficzna szczególnie dobrze wykorzystuje to, czego film nie zawsze może zaoferować – możliwość zatrzymania konkretnego obrazu na dłużej. Za warstwę wizualną odpowiada Sarah Maxwell, dla której jest to debiut ilustratorski. Brak wcześniejszego dorobku, do którego można byłoby się odwołać, okazuje się zresztą najmniejszym problemem. Maxwell od pierwszych stron pokazuje bowiem, że rozumie atmosferę materiału, z którym pracuje.
Jej ilustracje są przede wszystkim zmysłowe. Włoska Riwiera nie stanowi jedynie dekoracji, lecz zaczyna żyć własnym życiem. Słońce, roślinność, architektura i wnętrza budują przestrzeń niemal fizycznie wyczuwalną. Można niemal poczuć temperaturę powietrza, usłyszeć cykady i zobaczyć światło odbijające się od powierzchni wody. To właśnie tutaj powieść graficzna pokazuje swoją największą przewagę – pozwala zatrzymać ten moment i przyjrzeć mu się tak długo, jak tylko chcemy.
Szczególnie dobrze wypadają sceny związane z jedzeniem i owocami. W tej historii mają one znaczenie daleko wykraczające poza zwykłe elementy scenografii, a Maxwell doskonale rozumie ich symbolikę. Owoce są kolorowe, soczyste i niemal przesadnie apetyczne. Patrząc na nie, można odnieść wrażenie, że ich smak za chwilę przedostanie się z kart na język. Tak, scena z brzoskwinią również została tutaj zaadaptowana. I dobrze – jej pominięcie byłoby niemal grzechem.

Strona komiksu Tamte dni, tamte noce
Co istotne, graficzna adaptacja nie próbuje budować swojej siły poprzez szokowanie. Intymność pozostaje intymnością, a erotyka jest elementem relacji bohaterów, nie tanim wabikiem. Maxwell potrafi pokazać fizyczność bez odbierania jej delikatności. Dzięki temu nawet bardziej odważne fragmenty nie wybijają z rytmu opowieści.
Największą zaletą tej adaptacji jest jednak to, że nie próbuje być czymś, czym nie jest. Nie konkuruje z filmem Guadagnino i nie usiłuje udowodnić, że oto otrzymujemy ostateczną wersję historii. Bohaterowie w najmniejszym stopniu nie są podobni do aktorów. Zamiast tego bierze dobrze znany materiał i tłumaczy go na język obrazu. Efekt jest zaskakująco naturalny.
I chyba właśnie dlatego zakończenie ponownie potrafi uderzyć. Znam tę historię. Wiem, dokąd zmierza i jak się kończy. Nie było więc mowy o zaskoczeniu. A jednak ostatnie strony zostawiają dokładnie ten rodzaj pustki, który pamiętam z seansu filmu Guadagnino. To nie jest kwestia niewiedzy, lecz emocji. Dobra opowieść nie przestaje działać tylko dlatego, że znamy jej finał.
Tamte dni, tamte noce w formie powieści graficznej okazują się więc czymś więcej niż ciekawostką dla fanów pierwowzoru. To pełnoprawna, bardzo świadoma adaptacja, która zachowuje emocjonalny rdzeń historii, a jednocześnie nadaje jej własny wizualny język.
Jeżeli znacie książkę lub film – sięgajcie bez większych obaw. Jeśli natomiast romansidła zazwyczaj omijacie szerokim łukiem, tak jak ja, również możecie dać tej historii szansę. Komiks czyta się błyskawicznie, a piękne ilustracje Sary Maxwell sprawiają, że włoskie lato wciąga od pierwszych stron. I być może, podobnie jak ja, po zakończeniu będziecie żałować tylko jednego: że te wakacje skończyły się tak szybko.

Tytuł oryginalny: Call Me by Your Name – Graphic Novel
Scenariusz: Andre Aciman, Sarah Maxwell
Rysunki: Sarah Maxwell
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydawca: Poradnia K.
Liczba stron: 256
Ocena: 85/100
Każde tworzone przez dziesięciolecia uniwersum potrzebuje odświeżenia, reinterpretacji czy wreszcie zwykłej zabawy formą.